Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w centrum handlowym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w centrum handlowym. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 listopada 2012

BLOW UP HALL - lunch / ocena 4.03

Naprawdę trudno zliczyć ile razy planowaliśmy wizytę w Blow Up Hall, a także ile raz prosiliście nas w mailach, abyśmy właśnie tę restaurację odwiedzili. Początkowo hamowała nas specyficzna polityka lokalu, który wymagał autoryzacji zdjęć przed ich publikacją. Jakiś czas temu na naszą skrzynkę e-mail dotarło jednak zaproszenie prosto z Blow Up Hall z prośbą o obiektywne zrecenzowanie lokalu wraz z zapewnieniem, że w kwestii zdjęć mamy całkowitą swobodę. Temat tej jednej z najdroższych restauracji w Poznaniu wrócił wówczas na naszą wokandę. Zrezygnowaliśmy przy tym ze specjalnego zaproszenia i wybraliśmy się tam incognito, spontanicznie i nieco asekurancko decydując się na menu lunchowe.


ONA:
Być może wybór menu lunchowego nie jest najlepszym sposobem na to, aby poznać kunszt szefa kuchni i możliwości restauracji, ale głównym powodem takiego wyboru była cena i bardzo ciekawy zestaw proponowanych dań (na tyle ciekawy, że kwestia ostatecznej decyzji była co najmniej problematyczna). Trudności zresztą pojawiły się również przy samej ocenie całości. Już wcześniej przyjęliśmy bowiem, że do ofert lunchowych stosujemy nieco łagodniejszą skalę, z drugiej zaś strony cały czas w pamięci mieliśmy, że to prawdopodobnie najdroższy zestaw lunchowy w Poznaniu, wróćmy jednak do początku.

Do restauracji wchodzi się z imponującego hallu, który jest zarazem przestrzenią hotelową. Na drodze do restauracji rozłożyła się jednak ekipa robiąca sesję zdjęciową. Nie byliśmy pewni, czy w związku z tym restauracja jest zamknięta, czy mamy czekać na zakończenie zdjęć, czy też przedzierać się przez rozstawiony sprzęt, ludzi i kable… Nikt do nas nie podszedł, ani sytuacji nie wyjaśnił, w związku z tym na przedostanie się do lokalu wykorzystaliśmy moment przerwy w zdjęciach.

Z menu wybrałam ceviche ze śledzia z chutney buraczkowym, na organicznym pumperniklu, risotto szafranowe ze słodkimi ziemniakami, młodymi buraczkami i cukinią oraz tartę z sezonowymi owocami. Zaznaczę przy okazji, że już na początku posiłku postanowiliśmy wymieniać się talerzami w połowie każdego dania. Przyznaję, że przystawka mi smakowała, choć zdecydowanie największe wrażenie zrobił na mnie sposób jej podania (w tej kwestii pod wrażeniem pozostałam aż do końca posiłku). Co prawda, po lekturze menu zapachniało bardziej oryginalnymi smakami, podczas gdy to co otrzymałam na talerzu, to był raczej taki smaczny, domowy śledzik. Smaczny był również zapiekany ser Halloumi, który na przystawkę wybrał Marcin. W tym przypadku nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że ser poddano zbyt długiej obróbce cieplnej, przez co był trochę przesuszony. Całość tworzyła jednak przyjemną kompozycję ze słodkawą marmoladą z czerwonej cebuli, suszonymi pomidorami oraz podsmażonym młodym szpinakiem (ten ostatni trochę przesolony). Danie główne rozpoczęłam risottem szafranowym. I znów kompozycja dodatków trafiała idealnie w mój gust, ale nie jest tak, że nie mogę się do niczego przyczepić. Moim zdaniem konsystencja dania była zbyt płynna (wiem, że risotto ma być kremowe, ale moje danie zbliżało się konsystencją do gęstej zupy). Tak samo nie do końca odpowiadało mi to, że smak szafranu (który sam w sobie lubię) całkowicie zdominował smak innych składników. Koniec końców, słysząc moje wątpliwości Marcin zapytał, a czy pochwaliłaś risotto z którejkolwiek restauracji w Poznaniu? Przyznam że nie, choć danie to uwielbiam, kiedy jest porządnie zrobione. Powiem tak, risotto w Blow Up Hall było w pół drogi do ideału. Zdecydowanie lepiej zaprezentowało się danie Marcina – przepyszny, soczysty delikatny okoń morski z równie smacznymi warzywnymi dodatkami i kaszą jaglaną. To danie to mój zdecydowany faworyt w zestawieniu. Na koniec pojawiły się tarty, a właściwie tartletki z kruchego ciasta, z śmietankowym kremem oraz malinami i borówkami. Smaczne i niezbyt słodkie (jedynie ciasto trochę za twarde).

Najtrudniejszym elementem do oceny nie jest jednak jedzenie, a wnętrze. Mamy tu bowiem ciekawie i nowocześnie urządzoną przestrzeń, siedzimy w otoczeniu wielkiej sztuki (zdjęcia akcji Spencera Tunicka czy Vanessy Becroft), ale po bliższym przyjrzeniu się łatwo dostrzeżemy rysy na tym spójnym obrazie. Wygodne białe fotele mają mocno sfatygowane obicia (tym samym sprawiają wrażenie przybrudzonych) sąsiadujące z nami stoliki (bez obrusów) w całej okazałości prezentowały spore ubytki w czarnej okleinie, a kilka elementów zastawy miało wyszczerbione brzegi. Całość sprawiła wrażenie opuszczonego po sezonie nadmorskiego ośrodka, aniżeli eleganckiej restauracji.

Przyznam szczerze, że relację z tej wizyty piszę z lekkimi wyrzutami sumienia. Zdaję sobie sprawę, że jeśli przymknąć oko na cenę, jest to zapewne jedna z najciekawszych i najsmaczniejszych ofert lunchowych w Poznaniu. Problem w tym, że całość nie powala. Na koniec zawitał do nas szef kuchni, który jak sam przyznał jest na miejscu od 6 tygodni i dopiero rozwija tu swoje skrzydła, a lunche to na razie eksperyment, nad którym intensywnie pracuje. Zaprosił nas również na Restaurant Day, w którym miał zamiar wziąć udział. Biorąc pod uwagę, że był to człowiek sympatyczny i otwarty oraz fakt, że już nie pierwszy raz zdarzyło nam się odwiedzić restaurację w nie do końca fortunnym dla właścicieli bądź szefa kuchni momencie, Blow Up Hall dostanie ode mnie za jakiś czas jeszcze jedną szansę.

PS  W restauracji podano mi menu bez cen. Wiem, że to prawdopodobnie taka elegancka forma i ukłon w stronę dawnych czasów, kiedy książę na białym koniu płacił bez mrugnięcia okiem za wszystkie wydatki swej księżniczki. Zaklinam się, że nie przemawiają przeze mnie żadne feministyczne zapędy, ale chciałabym znać ceny z czystej ciekawości (na wypadek gdybym miała ochotę wybrać się tam w przyszłości z mamą/koleżanką itd.), w tym celu musiałam zdecydowanie mniej elegancko zwędzić menu Marcinowi.

Jedzenie: 4+
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4


ON:
Nie sądziłem, że oceniając restaurację na dobrą czwórkę, będę kiedykolwiek pisał w kategorii zawodu. Tak się jednak składa, że jakoś podświadomie myślałem, że Blow Up Hall prezentuje najwyższy kulinarny poziom w Poznaniu. Co prawda nigdy wcześniej tam nie jadłem, ale jakbym miał obstawiać, która z poznańskich restauracji jest najbliżej zdobycia gwiazdki Michelin, to w ciemno wskazałbym właśnie to miejsce. Sam nie wiem dlaczego tak łatwo dałem się tak uwieść, ale myślę, że dowodzi to sprawności ich działu PR, który doskonale wykreował wyobrażenie restauracji, w której zjemy drogo, ale jakże dobrze. Myślę, że w normalnych warunkach szydło dość szybko wyszłoby z worka, niemniej wysokie ceny w menu sprawiały, że gośćmi Blow Up Hall bywali zapewne częściej przyjezdni biznesmeni, aniżeli mieszkańcy  Poznania. Tym samym, u mało kogo można było potwierdzić, czy obiegowe opinie o restauracji, to prawda, czy marketingowa wydmuszka.

Z radością przywitałem przy tym ofertę lunchową, którą potraktowałem jak przysłowiowy papierek lakmusowy – oto bowiem w cenie 100 złotych mogliśmy liznąć kunsztu Blow Up Hall i w zależności od wyniku, albo pójść za ciosem i wybrać się tam na kolację, albo definitywnie odpuścić temat.

Zacznijmy od wnętrza – jest nowoczesne i na zdjęciach prezentuje się dobrze, jednak z bliska białe fotele mają trwałe przebarwienia, a czarne stoły charakteryzują uszczerbki w okleinie. I choć zupełnie nie zwróciłbym na to uwagi w restauracji ze średniej półki cenowej, to w Blow Up Hall raziło mnie to równie mocno, jak wyszczerbione talerze, jakie nam podano.

Zawsze najważniejsze jest jednak jedzenie, niemniej i tu do ideału było daleko. Zamówiłem zapiekany ser Halloumi z marmoladą z czerwonej cebuli, młodym szpinakiem i suszonymi pomidorami; grillowanego Okonia Morskiego z duszonymi warzywami, kaszą jaglaną i sosem pomidorowym oraz tartę z sezonowymi owocami. Przyznaję, że każde z dań było niezmiernie estetycznie podane. W smaku były już jednak tylko poprawne i nic więcej. I znowu – zachwycałbym się nimi w restauracji ze średniej półki, ale po marce Blow Up Hall spodziewałem się czegoś więcej. Spodziewałem się bowiem, że coś mnie zaskoczy - jakiś smak, jakaś kompozycja. Tak jednak jak w berlińskim Fischers Fritz zaskakiwało mnie wszystko, tak w Blow Up Hall nie zaskoczyło mnie absolutnie nic. Najsmaczniejszy był przy tym Okoń Morski, jaki był tematem przewodnim dania głównego - świeży, idealnie zgrillowany, z delikatnym mięsem i chrupiącą skórą. Problem w tym, że zaserwowane do ryby dodatki nie robiły już takiego wrażenia, gdyż średnio do siebie pasowały (najmniej kawałki szynki w sosie pomidorowym). Jako całość bardziej przypadł mi do gustu starter, aczkolwiek tutaj akurat temat przewodni (ser Halloumi) został za mocno przypieczony, przez co był zdecydowanie za suchy. Sytuację mógłby uratować wybitny deser, niemniej w menu lunchowym dostępna była jedynie tarta, a pech polega na tym, że albo ja tart nie umiem docenić, albo jeszcze nie trafiłem jeszcze na tę perfekcyjną. Ostatecznie zatem przyznaję 4 za starter, 4 za danie główne i 4- za deser.

Co do obsługi, nie mam większych zastrzeżeń do pracy obsługującej nas Pani kelnerki. Zgodni z Anią jesteśmy natomiast co do krytyki tempa pracy w kuchni. Byliśmy jedynymi gośćmi, a trójka widzianych przez nas kucharzy przygotowywała lunch tak, że całość zajęła nam półtorej godziny.

Zmierzając do podsumowań, nie ukrywam, że ocena Blow Up Hall była jedną z najtrudniejszych, jakiej przyszło mi na tym blogu dokonywać. Nie zaserwowano nam bowiem żadnego dania, która byłoby słabe  – wszystko było poprawne. Grunt jednak w tym, że oczekiwania były o dwa poziomy wyższe. Spodziewaliśmy się najlepszej restauracji w Poznaniu, a już w samym Starym Browarze odkryliśmy dwie lepsze (La Passion Du Vin i Piano Bar). Inna sprawa jak w pełni rzetelnie i sprawiedliwie ocenić pracę szefa kuchni, który menu odziedziczył po poprzedniku, a swoje pomysły wcieli dopiero za jakiś czas? Pozostaje mi jedynie kibicować, aby dania z jego autorskiego menu dorównały wyobrażeniom, jakie o tym miejscu mają mieszkańcy Poznania :)

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4


KOSZTORYS:
Zestaw lunchowy: starter + danie główne + deser (Ceviche ze śledzia Bałtyckiego z chutney buraczkowym na organicznym pumperniklu; Risotto szafranowe ze słodkimi ziemniakami, młodymi buraczkami, bobem i cukinią; Tarta z sezonowymi owocami) - 46 zł
Zestaw lunchowy: starter + danie główne + deser (Zapiekany ser Halloumi z marmoladą z czerwonej cebuli, młodym szpinakiem i suszonymi pomidorami; Grillowany Okoń Morski z duszonymi warzywami, kaszą jaglaną i sosem pomidorowym; Tarta z sezonowymi owocami) - 46 zł
Woda x 2 (niegazowana i gazowana) - 12 zł.
Suma: 104 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.03

ADRES: Poznań, ul. Kościuszki 42 (Stary Browar)

Bookmark and Share

czwartek, 4 sierpnia 2011

PIANO BAR / ocena 4.47

Droga do restauracji Piano Bar była dość wyboista. Co prawda w czasach przedblogowych lokal należał do kręgu naszych ulubionych, niemniej kiedy w początkach istnienia bloga wybraliśmy się tam uzbrojeni w aparat, uprzejmie odmówiono nam możliwości fotografowania. Szkoda, że tak się ułożyło, gdyż jedzenie zawsze nam tam smakowało, a i sugestie co do odwiedzenia tej restauracji trafiały do nas regularnie. Odpuściliśmy sobie jednak i skupiliśmy się na lokalach o bardziej otwartej polityce informacyjnej. Tymczasem blog nabierał rozpędu i w maju 2010 r. skontaktowała się z nami osoba odpowiedzialna za marketing restauracji z zapytaniem o możliwość współpracy. Mail ten wzięliśmy za dobrą kartę, sądząc, że Piano Bar postanowił zweryfikować swoje decyzje i skontaktował się z nami w sprawie recenzji, która mogłaby ukazać się na łamach bloga. Odpowiedzieliśmy, że i owszem chcieliśmy, ale nam nie pozwolono. Uzyskaliśmy mało satysfakcjonującą odpowiedź, iż polityka firmy jest taka, a nie inna i jeśli interesują nas zdjęcia wnętrz, to możemy umówić się na sesję poranną przed otwarciem lokalu, przy czym restauracja dysponuje już takimi zdjęciami i mogą nam je udostępnić. Odpowiedzieliśmy - wnętrza, wnętrzami, ale chcielibyśmy przede wszystkim sfotografować zamówione przez nas dania. W odpowiedzi przeczytaliśmy, że taka sesja również musiałaby się odbyć zanim otworzą restauracje. Wizja przygotowanych specjalnie dla nas dań, spożywanych w sztucznej atmosferze przed otwarciem lokalu wydawała nam się nieautentyczna, dlatego z niej zrezygnowaliśmy, zakończyliśmy korespondencję i uzgodniliśmy między sobą, że restauracje odwiedzimy innym razem - całkowicie incognito, bez aparatu. Na początku tego roku marketing Piano Baru ponowił jednak propozycję spotkania w godzinach między 9:00 a 11:00. Zripostowaliśmy, że pomysł ten rozmija się z formułą bloga, gdyż w recenzjach opisujemy wizyty w restauracji od strony anonimowych gości. Wówczas dowiedzieliśmy się, że zrobią dla nas wyjątek, pod warunkiem, że przybędziemy między majem, a sierpniem. W tym czasie mają bowiem otwarty letni ogródek, co ułatwi udostępnienie nam powierzchni nie zajmowanej w danej chwili przez innych gości. Nie obrażając się, ale wychodząc z założenia, że blog jest subiektywnym opisem zdarzeń, które nie podlegają autoryzacji, postanowiliśmy raz jeszcze zakończyć korespondencję.


ONA:
Okazja do pierwszego blogowego testu restauracji Piano Bar pojawiła się całkiem niedawno, gdy zostaliśmy zaproszeni tam na przyjęcie absolutoryjne, a dodatkowym elementem kamuflującym było rodzinne grono (byliśmy w 8 osób). Był aperitif wraz z toastem, przekrój różnych dań z menu, wino, woda i kawa. Skupimy się jednak na naszych wyborach, a ceny za napoje przedstawimy w odpowiednich do naszych zamówień proporcjach.

Wybrana przeze mnie przystawka składała się z przegrzebków i sosu kurkowego, a danie główne z grillowanych langustynek (nie do końca rozumiem dlaczego w menu użyto angielskiej nazwy scampi) z sałatą. Na deser skusiłam się natomiast na szarlotkę z lodami (tym razem nie dzieliłam jej z Marcinem, choć nie ukrywam, że kilka razy mój widelczyk uciekał tęsknie w stronę jego panna cotty). Małże świętego Jakuba to jedne z moich faworytów jeśli chodzi o owoce morza, a że raczej trudno je zepsuć, to już przed zamówieniem wiedziałam, że będą mi smakowały. Podane zostały w połówkach muszel i zalane pikantnym, bardzo smacznym sosem kurkowym. W przypadku tego dania jestem jak najbardziej na tak, choć i tu naszły mnie pewne wątpliwości. Otóż konsystencja małży wydawała mi się być inna (czyt. mniej zwarta) niż konsystencja wszystkich wcześniej wypróbowanych przeze mnie przegrzebków, co więcej każda małża była dość cienka (choć 6 sztuk to jak na standardy polskiej restauracji, liczba zdaje się rekordowa). W pierwszej chwili pomyślałam, że na konsystencję miała wpływ kwestia mrożenia. Tę teorię szybko jednak porzuciłam, bo sama miałam okazję przygotowywać mrożone przegrzebki i choć zawsze były nieco gorsze od tych świeżych, to konsystencja pozostawała ta sama (elastyczna, zwarta i łatwa do pokrojenia – w przeciwieństwie do przegrzebków z Piano Bar). Później doszłam do wniosku, że zaserwowane mi przegrzebki zostały przekrojone w poprzek na pół, więc zamiast 6 sztuk dostałam tak naprawdę 3 i stąd cały ambaras. Marcin stwierdził, że to raczej mało prawdopodobne, ale ja tego jednak nie wykluczam. Tak, czy inaczej danie mi smakowało. Dalej w kolejności pojawiły się langustynki, a dokładnie 6 langustynek z rozkrojonymi ogonami, w towarzystwie sałaty z vinaigrettem. Langustynki, choć miejscami przypalone, były bardzo smaczne, słabszym ogniwem była natomiast sałata. Było tak zapewne dlatego, że na całkiem słuszną porcję sałaty ze smacznym, słodko-kwaskowym dressingiem zużyto zaledwie pół koktajlowego pomidorka i dwa piórka czerwonej cebuli. Trochę licho. Na koniec szarlotka. Ta składała się z dwóch cienkich płatów ciasta, które spajała gruba warstwa owoców – jabłka i brzoskwinie. Podana została z gałką lodów waniliowych ułożonych na plastrze ananasa. Połączenie bardzo udane. Posiłkowi akompaniowało lekkie białe wino, a my cały wieczór spędziliśmy pod opieką niewiarygodnie sprawnej i profesjonalnej obsługi. Młody człowiek, który się nami zajmował był bystry, sympatyczny, rozmowny, bardzo dobrze orientował się w menu i potrafił świetnie doradzić. Panu kelnerowi naprawdę należą się duże brawa. Wspomnę jeszcze o wnętrzu, bo choć ogródek Piano Baru widział prawdopodobnie każdy z Was, przechadzając się dziedzińcem Starego Browaru, to sale restauracyjne niekoniecznie muszą być wszystkim znajome. Wybierać możemy z dwóch sal - pierwszej, mniej formalnej z barem i kolorowymi, pasiastymi kanapami oraz niewielkimi stolikami i drugiej, w głębi lokalu z większymi, okrągłymi stołami nakrytymi białymi obrusami.

Podsumowując, Piano Bar nie rozczarowuje. Trochę przerażające jest może przepastne menu, ale jeśli przyjrzeć się jemu z bliska to łatwo zauważyć, że w karcie znajduje się np. aż 14 dań z langustynkami w roli głównej. Liczba bazowych składników nie jest zatem aż tak bardzo rozbudowana, różnią się przede wszystkim dodatki. Co nie zmienia faktu, że pewnie nie ma osoby, która byłaby w stanie przebrnąć przez całą kartę. W pewnym sensie z ulgą zamawia się pierwsze danie z listy, które po prostu nam odpowiada. Prawdopodobnie w kontekście kwoty, która pojawia się na rachunku można oczekiwać trochę więcej, ale i tak jest nieźle. Jeśli zatem nie przeszkadza Wam lokalizacja w centrum handlowym, a macie akurat jakąś okazję do celebrowania, warto rozważyć tę restaurację jako jedną z opcji.

PS Po posiłku doszliśmy z Marcinem do nieco przewrotnego wniosku, że ideałem byłoby połączenie lokalizacji i wystroju Le Palais Du Jardin, z obsługą Piano Baru i szefem kuchni z La Passion Du Vin. Taka hybryda byłaby na pewno strzałem w dziesiątkę, choć wszystkie te lokale same i tak potrafią się obronić.

Jedzenie: 4+
Obsługa: 5
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4

ON:
Na wejściu nastąpiło małe zamieszanie ze stolikiem. Telefonicznie rezerwowany był bowiem w części restauracyjnej, a obsługa skierowała pierwszych gości do stolika przygotowanego na ogródku. Rozumiecie jednak, że pewne okoliczności wymagają oprawy, której nie sposób zapewnić tuż przy ruchliwym pasażu. Po interwencji gospodarzy, do akcji wkroczył kierownik sali, który dyskretnie, szybko i sprawnie naprostował całą sytuację i tak oto po chwili zasiedliśmy w komplecie przy 8 osobowym stole w części restauracyjnej. Właśnie po tym poznaję wysoką jakość obsługi. Nie sposób bowiem ustrzec wszystkich błędów, ale ważne jak się na te błędy reaguje. W Piano Barze zareagowali wzorowo.

Jak już Ania wspominała, karta jest iście przepastna, niemniej ze 159 pozycji w menu zdecydowałem się dość szybko na bulion wołowy z jajkiem i parmezanem oraz solę z grilla. Przed właściwym posiłkiem podano jednak czekadełko - grzankę z tapenadą z czarnych oliwek z dodatkiem zielonej oliwki i kiszonej rzepy. Niby klasyk, ale jednak nie do końca, gdyż podany w kieliszku, co z jednej strony było efektowne, a z drugiej mało poręczne podczas degustacji. Co do właściwego posiłku, to ciemny w barwie bulion wołowy był jak należy doprawiony, a jajko razem z parmezanem tworzyło pływający w nim ni to puch, ni kluseczki. Może inaczej wizualnie sobie tę zupę wyobrażałem (myślałem, że żółtko będzie w kielonku obok, a tymczasem, było to białko i było już w zupie), ale bardzo udana to kompozycja i godna polecenia, tym bardziej, że cenowo nie odstrasza.

Pozwólcie jednak, że nim opiszę danie główne, cofnę się trochę w przeszłość. Gdy odwiedziłem pierwszy raz Piano Bar zamówiłem danie mięsne, którego zupełnie nie pamiętam. Pamiętam za to, że Ania zamówiła solę z grilla, a ja od niej tej soli spróbowałem. Odtąd ilekroć jadłem w Piano Barze (a zdarzyło się jeszcze dwukrotnie) zawsze zamawiałem solę i nie inaczej było teraz. Polecam przy tym zwrócić uwagę na kartę menu, gdzie obok kategorii "Ryby i owoce morze", jest całkowicie oddzielna kategoria "Świeże ryby". Sola jest właśnie w tej ostatniej kategorii. Z jednej strony polecam, ale z drugiej muszę też Was przestrzec, a przynajmniej zalecić ostrożność tym oszczędniejszym, gdyż łatwo ulec pokusie, że porcja ryby kosztuje 29 złotych. Taka cena widnieje co prawda w menu, ale jest też adnotacja, że jest to cena za 100 gram ryby, a jak się dowiedziałem - sztuki trafiające do Piano Baru mają od 400 do 500 gram. Taka w całości zgrillowana sola została przyniesiona przez kelnera na tacy i pokazana mi, po czym kelner zapytał - "Czy życzy Pan sobie wyfiletować, czy podać w całości?". Zawsze proszę o wyfiletowanie, któremu zresztą mogę się przyglądać, gdyż ma ono miejsce na specjalnym stoliku, zaledwie metr ode mnie. Ryba trafia na talerz w idealnych kawałkach, bez grama ości, nadal w całkiem sporej ilości. Przyrumieniona od zewnątrz i krystalicznie biała w środku. Niesamowicie delikatna w smaku. Tak delikatna, że doprawiam ją cytryną, solą i pieprzem. Może za czwartym razem nie jest to już takie niebo w gębie jak za pierwszym, ale nie pamiętam, gdzie w Poznaniu jadłem drugą tak dobrą rybę. W kategorii "Świeże ryby" jest jeszcze grillowana dorada i grillowany wilk morski, niemniej w Piano Bar jestem na tyle rzadko (kosztowna to przyjemność), że jakoś zawsze na sprawdzoną solę stawiam. Łyżką dziegciu są tutaj dodatki, które rybie nie dorównywały. Są one w cenie i można dowolnie je zestawiać z propozycji kelnera. Ja wybrałem sałatkę, a po fakcie wolałbym jednak wybrać cokolwiek innego (np. szpinak). Sałatka bowiem choć dobrym sosem winigret zalana, to 80% składała się z kawałków sałaty lodowej ułożonych... na liściu sałaty. Nikła to finezja smaków, wobec tak smacznej ryby.

Przejdźmy do wyboru deseru, bowiem ciekawa to historia. Początkowo zamówiłem creme brulle (mimo, że jeden z współbiesiadników ostrzegał, że tutaj mają akurat niespecjalny) ale gdy usłyszałem, jak kelner poleca niezdecydowanej jeszcze osobie panna cottę lub lody, to zapytałem czy bardziej doradziłby zamówiony creme brulle, czy raczej ową panna cottę. Bardzo podobała mi się jego reakcja, dyplomacja i szczerość w jednym. Powiedział bowiem tak - "Mamy dobre jedzenie i równie dobre desery, ale akurat creme brulle mamy nie za specjalny i osobiście doradzam bardzo dobrą panna cottę, z której z pewnością będzie Pan zadowolony". Zdecydowałem się i było jak zapowiadał Pan kelner - byłem bardzo zadowolony z wyboru. Talerz polany był ciepłym sosem z owoców leśnych, na którym spoczywała panna cotta pokrojona na trzy podłużne kawałki, które stykały się na jednym końcu talerza (tu ułożono na niej owoce leśne w postaci malin, porzeczek i jagód), a rozwidlały na drugim, gdzie wyraźnie było widać brzegi posypane wanilią. Całość o idealnej konsystencji, nie za rzadkiej, nie za gęstej. Delikatna w smaku, lekko schładzająca podniebienie. Póki co numer jeden wśród poznańskich specjałów tego typu. Podsumowując całość, bulion oceniam na 4+, solę na 5-, a panna cottę na 5.

Nie muszę chyba wspominać, dlaczego bardzo wysoko oceniłem obsługę, za to krótko wytłumaczę dlaczego dość wysoko oceniłem i wnętrze. Restauracja obchodzić będzie w październiku siódme urodziny, wiec najświeższe z pewnością ono już nie jest. Cenię sobie jednak, że jest uniwersalne i każdy znajdzie tam coś w sam raz dla siebie - salę restauracyjna z białymi obrusami i pianinem na wykwintną kolację, salę lunchową z barem na mniej formalny posiłek lub letni ogródek z widokiem na Dziedziniec Sztuki.

Jedzenie: 5-
Obsługa: 5
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4

KOSZTORYS DLA 8 OSÓB:
2 x muszle św. Jakuba w sosie kurkowym z białym winem - 90 zł.
Bulion wołowy z jajkiem i parmezanem - 13 zł.
Zupa rybna - 29 zł.
Krem z kurek - 20 zł.
Sałata szefa kuchni - 46 zł.
Scampi w tempurze w sosie czosnkowym - 45 zł.
Carpaccio wołowe - 39 zł.
Scampi z czosnkiem, oliwą i pepperoni - 65 zł.
Scampi z grilla - 63 zł.
Sola z grilla - 116 zł.
Polędwica cielęca w sosie pomarańczowym - 85 zł.
Sznycel cielęcy na maśle z rozmarynem - 59 zł.
Sznycel cielęcy z jajkiem - 59 zł.
Polędwica wieprzowa z ananasem - 62 zł.
Polędwica cielęca w sosie z sera gorgonzola - 82 zł.
3 x szarlotka z lodami waniliowymi - 57 zł.
2 x tiramisu - 42 zł.
Lody waniliowe z owocami leśnymi na ciepło - 25 zł.
Karpatka z mascarpone - 20 zł.
Panna Cotta z sosem z owoców leśnych - 17 zł.
Woda niegazowana Acqa Panna 0,75 - 17 zł.
Woda gazowana San Pellegrino 0,75 - 17 zł.
Cava Brut Natura Reserva Castellblanch 0,75 -180 zł.
Gavi D.O.C.G. Pio Cesare 0,75 - 180 zł.
Chianti Clasicco Riserva D.O.C.G. Rocca Della Macie 0,75 - 190 zł.
Kawa x 2 - 20 zł.
Espresso - 10 zł.
Cappuccino x 2 - 24 zł.
Herbata - 6 zł.
Suma: 1678 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Muszle św. Jakuba w sosie kurkowym z białym winem - 45 zł.
Bulion wołowy z jajkiem i parmezanem - 13 zł.
Scampi z grilla - 63 zł.
Sola z grilla - 116 zł.
Szarlotka z lodami waniliowymi - 19 zł.
Panna Cotta z sosem z owoców leśnych - 17 zł.
Woda gazowana San Pellegrino 0,375 - 8,50 zł.
Cava Brut Natura Reserva Castellblanch 0,187 - 45 zł.
Gavi D.O.C.G. Pio Cesare 0,375 - 90 zł.
Kawa - 10 zł.
Suma: 426,50 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.47

ADRES: Poznań, ul. Półwiejska 42 (Stary Browar)
INTERNET: www.pianobar.poznan.pl

Bookmark and Share

wtorek, 7 grudnia 2010

BAGELS & FRIENDS / ocena 4.29

Tym razem wybraliśmy się do Bagels & Friends mieszczącego się w kompleksie City Park vis a vis hali widowiskowej Arena. Na skutek nieprzewidzianych okoliczności, posiłek przyszło nam spożyć w towarzystwie właściciela lokalu. Zdajemy sobie sprawę, że obecność kogoś takiego, ma zasadniczy wpływ na zachowanie obsługi, stąd Ania nie oceniała tego elementu wcale (skupiając się na innych, których nie da się z miejsca zmienić lub poprawić - wystrój, jedzenie, atmosfera i ceny), a Marcin postanowił obserwować i ocenić nie tyle obsługę naszą, co innych gości.


ONA:
Z rozmarzeniem o bajglach wspomina każdy, kto spędził choć kilka tygodni w Stanach Zjednoczonych. Dla większości bajgiel będzie kojarzył się jednak z wybrakowaną bułką (bo czyż ulegając sile potocznego myślenia, bułka bez dziurki nie wydaje się być bardziej atrakcyjna od bułki z dziurką!?). I choć smakołyk ten ma swój silny, polski akcent (podobno pierwszy bajgiel został wypieczony przez żydowskiego piekarza w Wiedniu dla króla Jana III Sobieskiego, po zwycięstwie nad Turkami) to idę o zakład, że niewielu ludzi byłoby w stanie wskazać miejsce w naszym kraju specjalizujące się właśnie w tym przysmaku. Stąd Bagels & Friends od razu rozbudził moją ciekawość.

Pierwsze co rzuca się w oczy po przekroczeniu progu lokalu, to jasny, czysty, ale nie pozbawiony ciepła i wdzięku wystrój. Ta specyficzna mieszanka charakterystyczna dla stylu skandynawskiego jest bardzo w moim guście. Wysokiej jakości materiały, surowość drewna, kolory ziemi oraz biel. To wszystko składa się na bardzo estetyczne i stonowane wnętrze, które w jakiś tajemniczy sposób spełnia przy tym wszelkie wymogi domowej przytulności. Pod stopami piękna, drewniana podłoga, a nad głową biały stelaż dla ruchomych lamp (dzięki tej zmyślnej konstrukcji oświetlenie można w zależności od potrzeb przesuwać w poprzek sali). Kiedy po chwili stwierdziłam z zadowoleniem, że wnętrze mi się podoba, przyszedł czas na chwilę zdziwienia liczbą gości, chętnych do zjedzenia bajgla w sobotnie południe. Przyznam szczerze, że wcześniej akurat ten dzień tygodnia i ta pora dnia wydawała nam się być idealną dla naszych blogowych poczynań – mało gości – możliwość swobodnego fotografowania. A tu niespodzianka, B&F był prawie pełny. Nie zdążyłam się jeszcze na dobre podzielić tą refleksją z Marcinem, a już wpadliśmy w ręce właściciela lokalu. Zapewniam Was przy tym, że „wpadliśmy” jest tu słowem o bardzo pozytywnym zabarwieniu, bo choć zdaje sobie sprawę, że zadaniem gospodarza jest dbanie o swoich gości, to jednak wiem, że przy skromnych aktorskich zdolnościach i świadomości swojej pracy, pewnych zachowań można się wyuczyć, inne natomiast sprawnie odegrać. W tym wypadku jednak spotkaliśmy niezwykle otwartego i sympatycznego człowieka, który przez dwie godziny z pasją opowiadał nam o jedzeniu, o koncepcji B&F oraz swojej rodzinie. Widząc nasze zainteresowanie pokazał nam również wszystkie zakamarki lokalu, otworzył każdą lodówkę na zapleczu i przedstawił plan rozbudowy o letni ogródek (informując nas przy tym w najdrobniejszych szczegółach, że wyposażeniem kuchni zajęła się firma GTS, wystrojem sali jadalnej jego żona Justyna, a przygotowaniem desek na podłogi oporny góral, który początkowo nie chciał zgodzić się na podniszczenie faktury drewna metalowymi szczotkami). Otrzymaliśmy tak potężną dawkę informacji, że już sama nie jestem pewna, czy przypadkiem nie pomyliłam nazwy firmy, albo górala z Kaszubem, ale po prostu chciałam dać Wam pewne wyobrażenie naszego spotkania.

W trakcie tej szeroko zakrojonej akcji zapoznawczej nie zapomnieliśmy wszak o jedzeniu. Z menu wybrałam zupę krem z zielonego groszku z bajglem z dodatkiem tymianku oraz carpaccio z buraków z bajglem z suszonymi pomidorami. Deser tradycyjnie postanowiliśmy zamówić na pół, a ciastem dnia był akurat sernik. Smaczna, aksamitna zupa, nie atakowała kubków smakowych sztucznymi aromatami. Czaił się też w niej delikatny orzechowy posmak (być może to subiektywne odczucie, a może dodatek jednej z orzechowych oliw). Również sam bajgiel (niewtajemniczonym dopowiem, że bajgle przed wypiekaniem obgotowuje się krótko w wodzie z miodem lub sodą, co nadaje im naprawdę wyjątkowy smak) bardzo mi odpowiadał, skórka była delikatnie ciągnąca, podczas gdy wnętrze pozostało miękkie. Dalej skosztowałam carpaccio z buraków. I tu również smakowo nie mam żadnych zastrzeżeń, gdyż świeżutka, sprężysta rukola, kozi ser, buraki, orzeszki piniowe oraz redukcja balsamiczna są sprawdzonym i bardzo smacznym połączeniem. Danie rozczarowało mnie jednak trochę w kontekście swojej nazwy. Słysząc carpaccio z buraków, przed oczami widzę talerz, na którym pierwsze skrzypce gra właśnie to warzywo, podczas gdy zaserwowane mi danie sprowadziło buraki do rangi niewielkiego dodatku. Tym samym muszę stwierdzić, że gdyby moją potrawę zaserwowano mi jako sałatkę z rukolą, kozim serem i buraczkami byłabym bardzo zadowolona, po buraczanym carpaccio spodziewałam się jednak czegoś innego. Ocena tego co zjadłam rozbija się zatem o kwestię oczekiwań rozbudzonych nazwą dania. Na koniec przyszedł czas na deser, który niestety wypadł dość blado na tle poprzedników. Niewątpliwie najsilniejszym punktem był tu dodatek szampańskich trufli, które spoczęły na talerzu dla towarzystwa i kontrastu wobec sernika od Kandulskiego, który był najzwyklejszym ze zwykłych serników z cukierni (a przynajmniej spełniał moje wyobrażenie o serniku z cukierni, bo na nasze potrzeby wszelkie ciasta piekę sama).

Staram się, aby i tym razem moja ocena była jak najbardziej obiektywna i jak najbardziej pozbawiona emocji. Bo choć wnętrze mnie urzekło, niezwykle sympatyczny właściciel zajmował się nami oraz innymi gośćmi z niespotykaną i nie udawaną serdecznością, to jednak wolałabym, żeby bajgle wypiekane były tu, na miejscu (nawet jeśli wymaga to niemałej wprawy, a bajgle sprowadzane z Berlina do B&F przeszły najpierw ostrą selekcję), żeby carpaccio z buraków, nawet jeśli bardzo smaczne okazało się czymś więcej niż zwykłą sałatką, a ciasto dnia było specjalnością lokalu, a nie cukierni. Szczególnie, że poziom cen stawia wymaganiom poprzeczkę naprawdę wysoko. Ja na pewno tam wrócę, bo atmosfera miejsca i smak bajgli są warte powrotu, a tych kilka „przytyków” być może stanie się dla właścicieli drobną wskazówką na przyszłość. Podobno gość, który ma odwagę przekazać swoje uwagi jest cenniejszy od tego, który nie mówi nic.

Jedzenie: 4
Obsługa: -
Wystrój: 5
Jakość do ceny: 4-


ON:
Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy Bagels & Friends miałem bardzo mieszane odczucia i nie wróżyłem im sukcesu. Właściwie to wróżyłem rychłą klapę. Zobaczyłem idealnie dopieszczone wnętrze w prestiżowej lokalizacji, a także wysokie ceny w menu i podświadomie włączył mi się automat, że lokal powstał dla snobów, a stoi za nim bliżej nieokreślona grupa kapitałowa, która nakierowana jest wyłącznie na zyski. Dziś wiem, że się myliłem. Cieszę się jednak, że nie wyznajemy własnej nieomylności i mimo początkowych obiekcji, nie oceniamy żadnej restauracji a priori. Tym bardziej się cieszę, że Bagels & Friends, to coś zupełnie nowego w Poznaniu i stanowi dla mnie swoiste wyzwanie przy pisaniu recenzji, zamiast kolejnego opisywania podobnych wrażeń tylko innymi słowami. Ostatnio na blogu było Sushi-Bushi i choć bardzo lubię sushi, to był to już siódmy opisywany przez nas sushi bar i szczerze Wam przyznam, że chyba wyczerpały mi się oryginalne środki opisu tego typu lokali. Z Bagels & Friends jest inaczej.

Z dość chłodnego w odczuciu wizualnym korytarza City Park weszliśmy do jasnego, przestronnego, a jednocześnie przytulnego B&F. Wówczas powitała nas uśmiechnięta Pani kelnerka, pytając rutynowo - w czym może nam pomóc? Zazwyczaj nie mamy problemu z szybką i równie rutynową odpowiedzią, ale tym razem przez dłuższą chwilę zaaferowani byliśmy wnętrzem. Rozglądaliśmy się dookoła, zastanawiając się, gdzie chcemy usiąść - przy masywnym stole pośrodku sali, wysokich stolikach pod ścianą, w miękkich fotelach przy oknach, a może na długiej sofie? Wydusiliśmy wreszcie z siebie, że chcielibyśmy zamówić lunch i udaliśmy się w kierunku sofy ułożonej w literę „L”, na której zmieści się spokojnie 12 osób. Drogę przestąpił nam jednak Pan w średnim wieku, który przywitał się, wskazał na napis na mojej kurtce i oznajmił „Trespass – I worked for them, 20 years ago”. Kurtkę mam od niedawna i jakoś nie zdążyłem zgłębić historii wspomnianej firmy, ale przytaknąłem z nieśmiałym uśmiechem. Kurtuazyjną rozmowę podjęła jednak Ania, która mieszkała jakiś czas za granica i dużo pewniej ode mnie (nie bez podstaw) czuje się w angielskim. Okazało się, że jest to Pan Matthieu, który pochodzi z Holandii i razem z żoną Justyną (Poznanianką) założył i prowadzi restaurację Bagels & Friends. Co ciekawe, okazało się, że zna naszego bloga. Jakoś nie mieściło mi się to w głowie, ale szybko wytłumaczył, że po zajęciach na pływalni przychodzi tu regularnie jeden młody chłopak i zawsze zajmuje to samo miejsce. I jak raz z nim porozmawiał (a musicie wiedzieć, że właściciel ma to w zwyczaju i bynajmniej dla nas nie zrobił specjalnego wyjątku), to tamten chłopak mu mówi „Ma Pan taką fajną restaurację, a nie ma Pana w Zjeść Poznań” - „W czym mnie nie ma?” - dopytał. „W Zjeść Poznań”- padła powtórna odpowiedź. Kazał sobie ponoć zapisać to trudne sformułowanie i tak o to się o nas dowiedział. A że jedzenie jest jego pasją, to z szybkiego lunchu zrobiła nam się dwugodzinna, bardzo ciekawa rozmowa i wspólny posiłek. Miałem przy tym wrażenie, że w biesiadzie poniekąd towarzyszą nam inni stali bywalcy lokalu, bowiem Pan Matthieu rozmawiając z nami rozmawiał także z amerykańskimi studentami siedzącymi stolik dalej, a w ogóle to zagadał do każdego z gości restauracji. Jak nie przy wejściu przywitał, to przy wyjściu zapytał się o wrażenia. Jak podczas posiłku nie zapytał o ocenę bajgla, to przyniósł po posiłku kieliszek wina musującego. Cały czas miał oczy otwarte i jak nie usunął filiżanek, które mogły zawadzać mi na zdjęciu, to wezwał ochronę, jak tylko zauważył, że ktoś się naprzykrza jednej Pani. Nam przyznał z kolei, że jego ulubionym zajęciem jest dyskretna obserwacja uśmiechu na twarzach gości, gdy skosztują pierwszy kęs bajgla. Z pewnością jest to zupełnie inna od polskiej mentalność, jednak uspokajam wszystkich nieśmiałych, że nie ma tutaj mowy o żadnej natarczywości, ani nachalności ze strony właścicieli. Jest tylko gospodarska gościnność i życzliwość w takim wymiarze, w jakim powinno to funkcjonować wszędzie. A że nie spotyka się tego prawie nigdzie, to przywołuję każdy najmniejszy gest, który mnie ujął. Obawiałem się bowiem nieokreślonej grupy kapitałowej, a tymczasem siedział z nami właściciel, dania projektowała jego żona, bajgle przyrządzał nam szwagier, a podawała do stołu małżonka tegoż szwagra. I tak oto przyglądaliśmy się, jak funkcjonuje rodzinny interes, gdzie wszyscy czerpią przyjemność z pracy, wiedzą na co pracują i wiedzą, że goście są najważniejsi :)

Przyznam, że miało to być moje pierwsze spotkanie z bajglem i nie bardzo wiedziałem co mnie czeka, a konkretnie jaki jest wyróżnik tegoż bajgla od reszty pieczywa, że poświęca mu się tyle uwagi oraz dedykuje osobne restauracje. Co mnie strasznie zaskoczyło, to fakt, że bajgle z samego początku miały polskie konotacje, a później poszły w świat razem z falą emigracji, stały się niezwykle popularne za oceanem i dopiero teraz wracają do nas za sprawą obcokrajowców. Dziwny to zakręt historii, ale tym bardziej byłem ciekaw, z czym się to je. W B&F samych bajgli naliczyłem 10 rodzajów, przy czym każdy z nich serwują w 14 odsłonach, a ponadto stanowią one nieodzowny dodatek do każdego innego dania. Aby nie zdawać się na ślepy los, poprosiłem Panią kelnerkę o kilka sugestii i porad w sprawie odpowiedniego doboru. I tak do kremu ze świeżych pomidorów, a także do carpaccio z truflową oliwą poprosiłem bajgiel z suszonymi pomidorami, a jako ukoronowanie lunchu zamówiłem bajgiel z dynią. Z odsłoną tego ostatniego również zdałem się na poradę Pani kelnerki, która zdradziła, że goście najbardziej chwalą sobie bajgiel z szynką parmeńską i serem „bursztyn”. Gęsty krem pomidorowy, tak jak i próbowany przeze mnie od Ani krem z zielonego groszku, to zupy dużo więcej niż poprawne, a jednak mam z nimi pewien problem. Nie zachwycały bowiem, a właśnie tego (być może trochę na wyrost) wymagam, gdy widzę, że w menu są tylko dwie tego typu pozycję, a każda kosztuje 18 zł. I tak, jak zachwycała mnie chrzanowa w Metro, dyniowa w Fusion i balijska w Violet, to kremy w B&F mi wyłącznie smakowały i bliżej im było do domowej, aniżeli restauracyjnej uczty. Zachwycił mnie natomiast dodatek do zupy w postaci bajgla z suszonymi pomidorami. Podany na ciepło, był lekko chrupki na zewnątrz i przyjemnie miękki od środka. Wręcz rewelacyjnie rozsmarowywało się na nim masło, dojadało się go do zupy oraz popijało się czerwonym winem domu (oferowanym przy współpracy z pobliskim Wine Bar Mielżyński). Przyszła jednak kolei na carpaccio, od którego widoku nie mogłem się wręcz oderwać. Dość sporej porcji wołowiny z dodatkiem parmezanu, rukoli, orzeszków piniowych i redukcji balsamicznej, do ideału brakowało jedynie odrobiny więcej ostrożności w dawkowaniu oliwy truflowej. Oliwa nadawała unikalny smak i na pewno wrócę do B&F na carpaccio, aczkolwiek marzyłbym sobie, aby smak mięsa był bardziej wyczuwalny, a oliwa grała drugie (jeśli nie trzecie) skrzypce. Nie zrozumcie mnie źle – danie nie było zalane oliwą, ani przez nią schrzanione – było naprawdę pyszne. Tylko, że ideał był w zasięgu ręki, która pozwoliła spłynąć czterem kroplom za dużo. Pora jednak na ocenę dania głównego, którym był wspomniany już bajgiel (jakby trochę większy niż ten dodawany do zupy i carpaccio) z szynką parmeńską, serem „bursztyn, a także z rukolą, orzeszkami pinii oraz sosem pesto. To co od razu wyczułem, to fakt że dużo bardziej smakował mi bajgiel z suszonymi pomidorami, aniżeli ten z dynią. Był on jaśniejszy od poprzednika, trochę jakby twardszy i z wierzchu bogato obsypany pestkami dyni. Zatem suszone pomidory to mój numer jeden, tymianek to numer dwa, a dynia póki co na szarym końcu. Nie powiem, całość wyglądała niezwykle apetycznie, a dodatki z szynką parmeńską na czele, wręcz wylewały się poza bajgiel. Tylko sera "bursztyn" mam niedosyt. Widziałem go, niemniej w smaku nie wyczułem. Albo było go za mało, albo inne składniki smakowo go zdominowały. I tak, jak byłem zadowolony po degustacji, to po obejrzeniu galerii wszystkich bajgli wiem, że w przyszłości będę próbował innych... najpierw z carpaccio, a później z łososiem. Po prostu czuję, że będzie to bardziej moja bajka i wyjdę nie tyle zadowolony, co zachwycony. Odnośnie jednak tej wizyty, to najmniej emocji wzbudziło we mnie ciasto dnia, które okazało się sernikiem z cukierni Kandulski z dodatkiem trufli czekoladowych. Rozpisywać się tutaj nie ma co, bo pewnie jesteście sobie w stanie wyobrazić smak takiego sernika po samym zdjęciu. Jeżeli nie, to i tak na pewno macie cukiernie Kandulskiego w pobliżu i za 10 minut nie będziecie już musieli sobie tego wyobrażać. Ot, sprawne cukiernicze rzemiosło, bez uniesień, aczkolwiek bardzo estetycznie podane. Ostatecznie przyznaję 4 za krem pomidorowy, 5- za carpaccio, 4 za bajgiel oraz 3+ za sernik.

W przypadku Bagels & Friends nie mógłbym zakończyć recenzji bez odniesienia się do poziomu panujących tam cen. Pod zapowiedzą dotycząca tegoż posta na Facebooku pojawiło się bowiem kilka komentarzy i każdy właśnie o ceny haczył. O ceny także i mi chodziło przy początkowych obiekcjach wobec lokalu i o ceny musiało paść pytanie z naszej strony. Zapytaliśmy zatem szczerze, czy Pan Matthieu z pozycji „człowieka sukcesu”, a zarazem obcokrajowca dostrzega problem, że przeciętnego mieszkańca Poznania nie będzie jednak stać, aby stołować się w B&F i że chcąc nie chcąc ogranicza tym samym klientelę do zagranicznych gości oraz ludzi o wysokich zarobkach? Miałem wrażenie, że uzyskaliśmy szczerą odpowiedź, że miejsce to jest spełnieniem marzeń jego, a także żony i że chcąc być w pełni szczęśliwi zdecydowali nie iść na żadne kompromisy i przy wykorzystaniu najwyższej jakości materiałów stworzyć swoją przystań, w której godnie będą mogli przyjmować gości, tak jak to sobie zawsze wyobrażali. Zdają sobie przy tym świetnie sprawę, że nie każdego stać na to aby poczuć ten klimat, ale cieszą się tym, że jest coraz więcej ludzi, którzy wychodzą z ich restauracji z uśmiechem na ustach, a oni mogli ich w swojej przystani ugościć. Doskonale przy tym wiedzą ile funduszy ta przystań ich kosztowała i zdają sobie sprawę jakie muszą pobierać opłaty, aby nie pozwolić jej upaść. To jest właśnie cała ta tajemnica. Poza nawiasem możemy jednak dodać, że ogólny poziom cen może i jest trochę wyśrubowany, ale jak uważnie spojrzycie na menu, to znajdziecie także i śniadanie za 37,50 zł. A nie jest to byle jakie śniadanie, tylko full opcja z jajecznicą, bajglem, szynką parmeńską, łososiem, konfiturą, twarożkiem, nutellą, świeżo wyciskanym sokiem i dowolną kawą. Przyglądajmy się zatem uważnie menu, bowiem i drogich przybytkach trafimy czasem na okazję.

Wiem, że Bagels & Friends nie jest dla wszystkich. Wiem, że nie stać mnie, aby jadać tam śniadanie codziennie, a nawet raz na tydzień. Bardzo jednak byłoby mi miło, gdybym mógł spędzić w B&F jeden beztroski poranek w ciągu miesiąca i myślę, że plan ten jest jak najbardziej wykonalny. A jeżeli ktoś może bywać częściej, to powinien czerpać z tych chwil, bo jest z czego. Inna sprawa, że wypadałoby przywrócić bajgle do korzeni i związać je na stałe z polską tradycją kulinarną. B&F zrobiło w tym kierunku pierwszy krok, a ja już czekam na kolejny. Po cichu mi się bowiem marzy, żeby rozwinęli się i zaczęli bajgle wypiekać sami :)

PS Trudno opierać się na moich ocenach, skoro były to moje pierwsze bajgle w życiu. Dwa stoliki dalej siedział jednak student medycyny z USA, który zachwalał się, że jest specjalistą w tej dziedzinie i zna niemal każdą „bajglownie” na Manhattanie. Gdy skończył posiłek, to towarzyszący nam właściciel B&F poprosił go o szczerą ocenę. Student odpowiedział - „Your bagels are really good. I'll definitely come back again”.

Jedzenie: 4
Obsługa: 5-
Wystrój: 5-
Jakość do ceny: 4-


POST SCRIPTUM
Mniej więcej miesiąc po pierwszej wizycie dotarliśmy do Bagels & Friends na śniadanie dla dwojga „Król Sobieski” z świeżo wyciskanym sokiem i dowolną ilością dolewek kawy/herbaty w cenie 75 zł.


KOSZTORYS:
Krem z zielonego groszku - 18 zł.
Krem ze świeżych pomidorów - 18 zł.
Carpaccio z buraczków - 35 zł.
Bajgiel z szynką parmeńską i serem „bursztyn” - 24 zł.
Carpaccio z truflową oliwą - 35 zł.
Ciasto dnia - 12 zł.
Château de Pennautier 0,15 x 2 - 18 zł.
Henkel 0,1 x 2 - 18 zł.
Suma: 178 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.29

ADRES: Poznań, ul. Wyspiańskiego 26 (City Park)
INTERNET: www.bagelsandfriends.pl

Bookmark and Share

piątek, 29 października 2010

LA PASSION DU VIN / ocena 4.78

Wielokrotnie pytano nas o ulubioną restaurację lub miejsce, które moglibyśmy polecić w ciemno na jakąś wyjątkową okazję. Niezmiennie i zaskakująco jednomyślnie przychodziło nam wtedy do głowy La Passion du Vin. Biorąc jednak pod uwagę, że byliśmy tam ostatni raz około półtora roku temu, postanowiliśmy się upewnić, co do słuszności naszych wskazań.


ONA:
La Passion du Vin zapisało się w mojej pamięci jako miejsce kulinarnego spełnienia. To tam po raz pierwszy przekonałam się, że owoce morza jedzone w Poznaniu nie muszą rozczarowywać (zaznaczam, że było to jakiś czas temu, teraz sytuacja z owocami morza w naszych restauracjach nieco się poprawiła). Co więcej, każda z naszych wizyt nieodmiennie kończyła się w ten sam sposób. Szef kuchni wychodził z restauracji i pytał czy smakowało, pogawędził o daniach serwowanych w menu i udzielał kilku praktycznych rad choćby w kwestii miesięcy najlepszych do kosztowania ostryg. Przyznam, że nieco bałam się powrotu do tego miejsca, ponieważ bardzo nie chciałam się rozczarować. Z drugiej jednak strony La Passion du Vin wzywało mnie od dawna.

Lokal znajduje się w Starym Browarze i z mojego punktu widzenia jest to jego największa bolączka. Rozumiem, że jest to także (a może przede wszystkim) sklep z winami, więc z tej perspektywy lokalizacja w centrum handlowym jest uzasadniona. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że jest to restauracja z wyższej półki cenowej, co niejako z urzędu pociąga za sobą wizję wyjątkowych chwil i okazji, to niestety odium miejscówki w centrum handlowym skutecznie ową wyjątkowość dewastuje. Po przekroczeniu progu restauracji, znajdujemy się w długim, dość eleganckim pomieszczeniu z ceglanym sklepieniem kolebkowym. Po prawej stronie ustawiono długie półki z winami ze wszystkich stron świata, po lewej natomiast wygodne, obite jasną skórą siedzisko, wzdłuż którego, w równym rzędzie stoją niewielkie, kwadratowe, nakryte białymi obrusami stoliki. Na końcu sali znajduje się bar i półotwarta kuchnia. Wnętrze urządzone zostało zgodnie z wymogami skromnej elegancji, przełamanej surowością półek wypełnionych butelkami.

Tym razem mój wybór padł na lekko pikantną zupę rybną, smażone przegrzebki i czekoladowe parfait. Zupa była wyśmienita. Delikatnie pikantny płyn, konsystencją przypominający aksamitne veloute, był nieziemsko smaczny. Głównym jego problemem była lilipucia porcja. Ten niedostatek miało chyba zrekompensować kilka muli i kawałek smażonej barweny ułożonej na nich pośrodku talerza. Zaiste ten dodatek wzbogacał ilościowo samą porcję dania, niemniej to właśnie przepyszny płyn smakowo grał tutaj pierwsze skrzypce. Po zupie, przyszedł czas na danie składające się z trzech pozbawionych korala przegrzebków (vel małży świętego Jakuba). Było równie smakowite co pierwsze. Delikatne, po mistrzowsku usmażone przegrzebki (po obróbce termicznej zachowały swoją świeżość, jędrność i soczystość) nieznacznie wzbogacone anyżową słodyczą kopru włoskiego i subtelnym aromatem sosu waniliowego wprost oszałamiały smakiem. Jednak i tu problemem była porcja dania. Możecie mnie uznać za pasibrzucha, ale tak dobra kompozycja smakowa sprawiła, że mój żołądek stawił się w gotowości do zjedzenia tuzina tych smakołyków. Żeby jednak oddać restauracji sprawiedliwość wyjaśnię, że porcja składająca się z trzech przegrzebków podyktowana była zapewne tym, że owo danie umieszczone zostało w kategorii przystawki (tak naprawdę rozważałam danie główne z turbotem i puree z topinamburu, jednak moja miłość do przegrzebków zwyciężyła). Na deser otrzymałam objętościowo największe danie. Niestety, choć lubię czekoladowe przysmaki, to jednak zamówiony przeze mnie deser nieznacznie minął się z moimi preferencjami. Millefeuille, czekoladowy krem przełożony czekoladowymi płatkami, podany z czekoladowym truflem, czekoladowym tuilles (rodzaj cienkiego ciastka) i lodami czekoladowymi, przerósł moje możliwości afirmacji tego smaku. Deser wykonany z wytrawnej, ciemnej, wysokoprocentowej czekolady, był bardzo smaczny, jednak po kilku kęsach zaczynał nieco nużyć. Mogę go jednak z czystym sumieniem polecić bardzo zdeterminowanym czekoladoholikom.

Przez cały czas zajmował się nami bardzo sympatyczny, uprzejmy Pan Krzysztof, który brylował wiedzą na temat dań z karty oraz win, które mogłyby z tymi daniami dobrze się skomponować. Minus w tym wypadku muszę przyznać za jedną rzecz. Domyślam się, że nie ma w tym winy obsługującej nas osoby, a jedynie organizacji lokalu, niemniej raziło mnie, że po wybraniu stolika zupełnie nie miałam co zrobić z płaszczem i zdezorientowana musiałam położyć go na kanapie. Poza tym, do obsługi nie mam żadnych zastrzeżeń.

Słowem zakończenia, restauracja La Passion du Vin, po raz kolejny mnie oczarowała. Zdaję sobie jednak sprawę, że rachunek, który przyszło po wszystkim uregulować trochę przekraczał granice przyzwoitości. Niestety tym razem nie było mi dane pogawędzić z szefem kuchni i żałuję, że nie miałam okazji osobiście podziękować mu za tak znakomity posiłek. Restaurację polecam, jednak proszę, zwróćcie uwagę, że wizyta w tym miejscu wymaga poświęcenia kilkuset złotych, a to niestety zakrawa już na coś na granicy okrucieństwa.

PS Po trzech daniach, i trzech kieliszkach bardzo smacznego wina (zdaję sobie sprawę, że tym razem kwestię napoju Dionizosa potraktowałam po macoszemu, ale paradoksalnie moje zmysły całkowicie skupiły się na jedzeniu) zostaliśmy namówieni na niewielką butelkę wina Rioja, a po krótkiej pogawędce skusiliśmy się jeszcze na mały tapas składający się z marynowanych ośmiorniczek i krewetek na grzance. Nawet jeśli po deserze, było pysznie!

Jedzenie: 5+
Obsługa: 4+
Wystrój: 5-
Jakość do ceny: 4+


ON:
La Passion du Vin to moim zdaniem całkowicie nieodkryte miejsce. Stary Browar stoi bowiem już 7 lat, a ilekroć przechodzę za rzeźbą Mitoraja, to w La Passion albo pustka totalna, albo zajęty jest jeden stolik. Domniemam, że wpływ na taki, a nie inny stan rzeczy ma pewien kontrast. Oto bowiem w atrium najpopularniejszego centrum handlowego w Poznaniu mamy jedną z najdroższych w mieście restauracji. Dlaczego tak jest? Znam bywalców Starego Browaru, których zwyczajnie nie stać na kolację w La Passion du Vin. Grupa docelowa zawęża się zatem do ludzi majętnych lub takich którzy odczuwają kulinarną pokusę i są w stanie zaoszczędzić, aby zaryzykować i poznać smak za kilkaset złotych. Problem w tym, że Ci drudzy zainteresowani są tym, aby ich oszczędności zostały użyte na specjalną okazję i przy specjalnej oprawie, której w centrum handlowym może zabraknąć. I nie są to tylko moje dywagacje, a raczej informacja zwrotna, jaką otrzymujemy przy polecaniu tegoż lokalu.

Wnętrze La Passion du Vin jest skromne, acz eleganckie. Taka sama jest też karta menu. Widnieje tam na przykład tylko jedna zupa, za to każda pozycja opisana jest w sposób wyczerpujący. I tak nie zamówiłem zwykłego Carpaccio, ale Carpaccio wołowe z marynowanym selerem naciowym, kaparami i sałatką z zielonych szparagów, skropione dressingiem truflowym. Nie zamówiłem też jagnięciny, a duszoną jagnięcinę zawiniętą w liście z kapusty rzymskiej podaną na puree z białej pietruszki ze smażonymi warzywami polaną sosem własnym. Deser to również nie zwykły creme brulee, a creme brulee podany na sosie wiśniowym ze świeżymi owocami i "tuiles" czekoladowym. Jak zatem widzicie - prawdziwe bogactwo składników. Wierzcie mi, ze przekłada się to na bogactwo smaków, choć rozczaruje się ten, kto wyobraża sobie talerz zastawiony mnóstwem dodatków. Porcje są bowiem skromne, a dodatki ilościowo wręcz symboliczne. W La Passion du Vin skupić się należy jednak na smaku, który na dzień dzisiejszy w dużej mierze przerasta moje umiejętności pisania o jedzeniu. A jeżeli nawet nie przerasta, to jakbym miał to wszystko spisać - wyszłaby mi zapewne recenzja o długości przekraczającej Waszą cierpliwość wobec mojej osoby ;) Ograniczę się zatem do tego, że Carpaccio było przyrządzone wzorcowo, acz było go dwa razy mniej niż bym sobie tego życzył. Jagnięcina była delikatna i przepysznie skomponowana z pietruszkowym puree, ale w tym przypadku chciałbym większą porcję dodatków (mięsa akurat było w sam raz). Creme brulee był z kolei podręcznikowo skarmelizowany z wierzchu (jak nigdzie indziej w Poznaniu), choć zamysł podania go bez naczynia, w którym był zapiekany - z jednej strony utrudniał jego porcjowanie, a z drugiej wymusił konsystencję bardziej piankową, aniżeli kremową. Ostatecznie przyznaję 5 za Carpaccio, 6- za jagnięcinę (a chciałem pierwotnie zamówić stek, tylko nie stać mnie było) oraz 5- za creme brulee. Prawda jest jednak taka, że po trzech daniach i wydaniu 145 złotych - nie byłem do końca najedzony. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, bowiem uznane restauracje europejskie serwują posiłki złożone z 3, 5, 7 a nawet 9 dań. Idąc za przykładem z zachodu, a raczej za wołaniem żołądka zdecydowaliśmy się zatem na czwarte danie - grzanki z tapasem. Co prawda przetasowaliśmy tutaj trochę właściwą kolejność, ale nie ukrywam, że bardzo zachęcający aspekt miała cena. Poza tym, bardzo byłem ciekaw, jak danie na poziomie 7 złotych wypadnie w tak drogiej restauracji. Wypadło lepiej niż dobrze, a ja przyznaję dodatkowy plus za udostępnienie smakoszom wina fajnych przystawek, przy których nie oszczędzano na składnikach najwyższej jakości. A dlaczego nie wspominam nic o karcie win? Bowiem w La Passion du Vin kartą taką jest ściana lokalu, która po brzegi została wypełniona butelkami z całego świata. Kartą win jest również obsługa, gdyż to Pan kelner po dokonaniu przez nas zamówienia polecił trunki pasujące do naszych dań. W dodatku uwzględniały one nasze wyśrubowane preferencje cenowe, a mieliśmy w czym wybierać, ponieważ wina są tam serwowane w cenie sklepowej bez dodatkowej marży. Suma summarum dość znaczącym minusem jest jednak doliczanie do rachunku 10% za obsługę - zupełnie jakby ceny w menu nie przyprawiały o zawrót głowy ;)

La Passion du Vin trwa konsekwentnie na swoim miejscu 7 lat, a przecież jak się możemy wszyscy domyślać - czynsze w Starym Browarze do najniższych nie należą. Skłania mnie to zatem do refleksji, że być może tak naprawdę La Passion nie chce zostać odkryte, a obecny stan w pełni zadowala kadrę zarządzającą. Znowu tutaj gdybam po omacku, ale wytłumaczeniem może być hipoteza, że sklep z winami przynosi taki dochód, że restauracja jest traktowana jedynie jako prestiżowy dodatek do biznesu. I choć duża część z Was nadal może mieć opory, aby świętować szczególne okazje w centrum handlowym i sklepie z winami, to szczerze powiadam, że strawa jest tam wyśmienita :)

Jedzenie: 5+
Obsługa: 4+
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4+


KOSZTORYS::
Małe ośmiorniczki marynowane z ziołami, oliwą i czosnkiem podane na grzance - 7 zł.
Krewetki "Black Tiger" marynowane z czosnkiem i chili podane na grzance - 7 zł.
Lekko pikantna zupa rybna, podana z koprem włoskim, mulami i smażoną barweną - 43 zł.
Carpaccio wołowe z marynowanym selerem naciowym, kaparami i sałatką z zielonych szparagów, skropione dressingiem truflowym - 40 zł.
Smażone świeże małże św. Jakuba podane na kremie z kopru włoskiego, z marynowaną marchewką i puree z zielonego groszku polane "veloute" waniliowym - 50 zł.
Duszona jagnięcina zawinięta w liście z kapusty rzymskiej podana na puree z białej pietruszki ze smażonymi warzywami polana sosem własnym - 70 zł.
Czekoladowe "Parfait" podane z czekoladowym "Millefeuille", oliwą waniliową i czekoladowym "Tuiles" - 30 zł.
Creme brulee podany na sosie wiśniowym ze świeżymi owocami i "tuiles" czekoladowym - 35 zł.
Cuyum Mapu Torrontes 2005 0,15 x 2 - 20 zł.
Marlborough 2008 orchard hill Chardonnay 0,15 x 2 - 30 zł.
Bodegas Ontanon Crianza 2006 0,375 - 38 zł.
Obsługa - 37 zł.
Suma: 407 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.78

ADRES: Poznań, ul. Półwiejska 42 (Stary Browar)
INTERNET: www.winnica.pl

Bookmark and Share

piątek, 30 lipca 2010

WOK TO WALK / ocena 3.78

Część restauracyjna w Galerii Malta kusi bogactwem małych lokali gastronomicznych, których oferta obejmuje dania lekkie, klasyki fast food, azjatyckie specjały oraz bardziej tradycyjne posiłki. My sami mieliśmy już kilka podejść do maltańskich lokali, ale nigdy wcześniej nie zabraliśmy ze sobą aparatu. Dlatego też pierwszą recenzję z bodajże najmłodszego, poznańskiego centrum handlowego publikujemy dopiero teraz.


ONA:
Każdy, kto choć raz stołował się w Galerii Malta wie, że próżno w tym wypadku silić się na kwieciste opisy wnętrza. Małe restauracyjki ustawione są tu w równym szeregu (poza kilkoma wyjątkami), naprzeciw ogromnych okien, z których rozpościera się widok na jezioro Malta. Tuż przy oknach ustawione zostały rzędy identycznych, białych stolików przedzielonych gdzieniegdzie swoistymi „zasiekami” z zieleni. Jedynym bardziej oryginalnym akcentem są tu nowoczesne lampy w przyjemnych kolorach, zawieszone w regularnych odstępach nad stolikami. Ten wizualny ascetyzm rekompensuje jednak widok na jezioro, co potwierdza fakt, że najchętniej zajmowane miejsca, to właśnie te usytuowane wzdłuż okien.

Wok to Walk (szczerze mówiąc w myślach zawsze przekręcam tę nazwę na Walk to Wok) wyróżnia się w tym długim szeregu szybą oddzielającą przestrzeń kuchni, od przestrzeni zajmowanej przez klientów stojących w kolejce. Za tą szybą możemy obserwować zmagania mistrza woka z wybranymi przez klientów daniami. Wszystko idzie naprawdę sprawnie i szybko. Najpierw na woku ląduje trochę oleju, czosnek, później jajko, które w trakcie ścinania się sprawnym ruchem rozdzielane jest na mniejsze kawałki, dalej wybrane dodatki oraz sos. Po wszystkim szybkie mycie woka i widowisko zaczyna się od początku. Zasady są proste, w pierwszym kroku wybieramy makaron lub ryż, w drugim tofu/warzywa/krewetki lub mięso, a w trzecim sos (od łagodnego po całkiem pikantny). W myśl tej zasady wybrałam makaron pełnoziarnisty, krewetki oraz sos curry kokosowe (do tego standardowo dodawany jest także skromny zestaw warzyw). To wszystko usmażone i podrzucone kilkoma sprawnymi ruchami ląduje w papierowym pojemniku, dokładnie takim, jaki w czasach dzieciństwa oglądałam w amerykańskich filmach, których bohaterowie zamawiali „chińszczyznę”. Wydawało mi się wtedy, że takie pudełko tu synonim lepszego, niedostępnego świata, teraz wiem, że to wyjątkowo nieporęczna alternatywa w stosunku do zwykłego talerza lub miseczki. Pomijając kwestię pojemnika, samo dania było smaczne. Wolałabym wprawdzie większe krewetki i więcej warzyw (w przypadku warzyw była taka opcja, jednak każdy dodatek, to kolejne kilka złotych i bardzo łatwo skomponować danie na poziomie cenowym regularnej restauracji), ale reszta składników nie dawała powodów do narzekań. Danie zostało oznaczone w menu dwoma płomieniami i rzeczywiście za sprawą smacznego sosu było dość pikantne. Zauważyłam również, że w moim kubełku znalazła się zdecydowanie najmniejsza z zamówionych trzech porcji. Jest to zapewne wynikiem odmierzania składników „na oko”, jednak idę o zakład, że niektóre osoby mogłyby poczuć się rozczarowane. Spróbowałam również łyżkę zupy z mleczkiem kokosowym. Łagodny płyn był smaczny, choć niewątpliwie raziło to, że został podany w temperaturze pokojowej. O obsłudze mogę powiedzieć niewiele, gdyż nasz kontakt z osobami pracującymi w barze ograniczył się do złożenia zamówienia i spokojnej obserwacji tego co dzieje się za szybą. Musieliśmy sprawiać wrażenie dość zaciekawionych całym procesem przygotowania dania, gdyż kucharz powiedział, że teraz specjalnie dla nas zaprezentuje kilka sztuczek. Sztuczki przykuwały wzrok, niestety aparat nie chciał uwiecznić żadnego z bardziej spektakularnych momentów, kiedy np. ogień buchał wysoko ponad głowę kucharza (zawsze lepiej obwiniać aparat ;)).

Podsumowując, w tym wypadku dość ciężko ocenić wystrój oraz obsługę, choć niewątpliwie propozycja "pokazu" była ujmująca. Niewygodne kubki to też raczej kwestia wyboru baru szybkiej obsługi, a nie restauracji. Niewątpliwym atutem jest to, że niemalże cały proces przygotowywania dania odbywa się na naszych oczach. Stąd osoby, które drżą na myśl o tych wszystkich legendach miejskich traktujących o płynach ustrojowych, które znalazły były się w daniach serwowanych w niektórych restauracjach, będą tutaj czuły się znacznie pewniej. Bez wątpienia, odwiedzając w przyszłości Galerię Malta jeszcze nie raz skuszę się na Wok to Walk, ale za najlepsze szybkie, azjatyckie dania nadal będę uważała te serwowane w Fast Woku.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4-


ON:
Każdy kto ustawi się się w kolejce do Wok to Walk ma możliwość kompozycji własnej potrawy, dokonując wyboru w trzech krokach. Przyznać jednak muszę, że nie od razu było to dla mnie takie oczywiste i kilka dobrych sekund upłynęło nim połapałem się w tym zamyśle i jego kolejności. Pierwszy krok kosztuje zawsze 11,9 złotych i jest to wybór między makaronem (jajecznym, pełnoziarnistym lub ryżowym), ryżem (białym lub pełnoziarnistym), a warzywami z woka. Drugi krok, to wybór dodatków w cenie od 3 do 6 złotych, na których paletę składają się mięsa (kurczak, wołowina lub wieprzowina), krewetki, rozmaite warzywa, grzyby shiitake, pieczarki i orzechy ziemne. Trzeci, a zarazem ostatni krok, to gratisowy wybór sosu (teriyaki, słodko-kwaśny, curry kokosowe, pikantny, ostrygowy, czosnek i czarny pieprz lub fasola i soja). W sumie jest zatem 589 możliwości i być może właśnie to bogactwo tłumaczy obsługę, która nie umiała odpowiedzieć mi na proste pytanie - "Co Państwo polecacie?". Dowiedziałem się jedynie, że wszystko jest dobre i wszystko zależy co lubię. Ostatecznie wybrałem "na czuja" makaron jajeczny, wołowinę i sos pikantny. Domówiłem również zupę dnia oraz półlitrową butelkę Cherry Coke, która miała mnie uchronić przed trzema płomieniami, jakie w menu znajdują się obok sosu pikantnego.

Po złożeniu zamówienia zazwyczaj siadamy przy stoliku i oczekujemy na zamówione dania. W Wok to Walk było inaczej. Z zaciekawieniem bowiem obserwowaliśmy, jak za szybą w oka mgnieniu powstają nasze potrawy. Trudno to opisać, niemniej sprawność z jaką kucharze posługują się wokiem jest iście imponująca. Ostatecznie zawartość woka ląduję w tekturowym pudełku, na plastikowej tacy w obecności drewnianych pałeczek i plastikowych sztućców, a my idziemy w kierunku otwartej przestrzeni konsumpcyjnej w poszukiwaniu wolnego miejsca. Właśnie ta przestrzeń, te kartoniki i te sztućce to najsłabsze punkty specyfiki Wok to Walk, które chcąc nie chcąc pozycjonują lokal bardziej jako jadłodajnię, niż restaurację. Oczywiście widzę zabiegi w postaci wprowadzonej roślinności, które miałby tę przestrzeń trochę ocieplić, niemniej efekt stołówki przy tych meblach i sztućcach jest nie do odczarowania. Tym co najbardziej rekompensuje nam sytuację jest jednak widok na jezioro maltańskie i panoramę części Poznania.

Nie jednak widok, ani sztućce są dla mnie najważniejsze w ocenie lokalu, a jedzenie. Zupa dnia (na mleczku kokosowym z kurczakiem, papryką i cebulą) była połączeniem mistrzostwa z niedbalstwem. W smaku bowiem świetna - wyrazista i pikantna, ale jednocześnie łagodna. W konsystencji lekko aksamitna. No prawie ideał (zapomnijmy na chwilę o plastikowym talerzyku). Jak jednak wiemy - prawie robi różnicę - a w tym przypadku była to różnica około 10 stopni Celsjusza. Chciałoby się bowiem zupy ciepłej, a dostaje się nie tyle lekko przestudzoną, co w ogóle nie podgrzaną. Inaczej było z makaronem. Ten był gorący, co akurat wcale mnie nie zdziwiło, gdyż na własne oczy widziałem, jak wokół niego buchał żywy ogień. Muszę przy tym przyznać, że smaki mają tutaj bardzo ciekawe, głębokie i wcześniej mi nieznane. Widać też, że wprawne ruchy wokiem przekładają się wprost proporcjonalnie na idealne wymieszanie składników oraz obtoczenie sosem zarówno mięsa, makaronu i warzyw. Drugi raz wybrałbym co prawda sos curry, zamiast pikantnego, bowiem mimo łapczywie pitej zimnej coli, z czoła musiałem wycierać krople potu, które powodowała pikantność trzeciego stopnia. Lubię jeść ostro, ale trzy płomienie Wok to Walk to dla mnie zbyt wiele. Zastanowiłbym się też nad krewetkami zamiast wołowiny, bowiem były bardzo delikatne, a wołowina lekko zbita i ciężka. Ostatecznie przyznaję 3+ za zupę (2 za temperaturę, a 5- za jej smak) oraz 4+ za makaron z wołowiną.

Jak dowiedziałem się z ulotki, lokale Wok to Walk znajdują się m.in. w Nowym Jorku, Londynie, Barcelonie i Amsterdamie. Teraz przyszedł czas na Poznań i szczerze mówiąc cieszę się, że po zakupach lub kinie dostępna jest tutaj taka alternatywa posiłku. Z drugiego końca miasta może bym specjalnie nie jechał, ale chętnie zawitam ponownie przy okazji wizyty w Galerii Malta. W końcu zostało mi jeszcze do wypróbowania 588 pozycji z tutejszego menu :)

Jedzenie: 4
Obsługa: 3+
Wystrój: 3
Jakość do ceny: 4+


KOSZTORYS DLA 3 OSÓB:
Makaron pełnoziarnisty + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + wołowina + sos Hot Asia (pikantny) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Zupa dnia - 6 zł.
Sok Cappy 0,33 - 4,9 zł
Cherry Coke 0,5 - 4,9 zł.
Kawa z mlekiem - 4,5 zł.
Suma: 74 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Makaron pełnoziarnisty + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + wołowina + sos Hot Asia (pikantny) - 17.9 zł.
Zupa dnia - 6 zł.
Sok Cappy 0,33 - 4,9 zł
Cherry Coke 0,5 - 4,9 zł.
Suma: 51,6 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.78

ADRES: Poznań, ul. Abp. A. Baraniaka 8 (Galeria MALTA)
INTERNET: www.tpfood.pl

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...