sobota, 7 kwietnia 2012

MASSIMILIANO FERRE / ocena 3.62

Nie jeden i nie dwa razy polecaliście naszej uwadze restaurację Papavero na ul. 3 Maja. Jako jednak, że to raczej elegancki wybór, to wizytę tam rezerwujemy sobie na specjalną okazję, a póki co próbujemy loklal sąsiedni, który ponoć należy do tego samego właściciela.


ONA:
Rzadko zdarza się tak, że blogowa wizyta jest zarazem moją pierwszą w wybranej restauracji. Tak jednak było z restauracją Massimiliano Ferre. Mimo że wielokrotnie przechodziłam pod jej oknami i pewnie tyle samo razy pomyślałam, że najwyższa pora przetestować tutejszą kuchnię, to musiało upłynąć sporo czasu zanim ostatecznie tam trafiłam.

Jasne wnętrze buduje wrażenie ciepła i przytulności. Uwagę zwraca centralnie usytuowany, półokrągły bar, jedna ze ścian pomalowana na czerwono i długie kotary na przeciwległej ścianie, oddzielające przestrzenie pomiędzy poszczególnymi stolikami. Całość przypomina mi wszystkie poznańskie włoskie knajpki razem wzięte, przesuwając nieznacznie akcent w kierunku tych z nieco bardziej eleganckim wnętrzem. Dla mnie największym atutem wizualnej części restauracji są duże okna. W cieplejsze dni bywają otwarte na oścież, dzięki czemu restauracja wręcz wychodzi na ulicę.

Po szybkiej lekturze menu wybrałam scampi w sosie śmietanowym z brandy i koperkiem, zupę pomidorową z domowym makaronem, solę z sezonowymi warzywami i sosem kaparowym oraz tartę cytrynową. Zamawiając scampi spodziewałam się wprawdzie langustynek, a nie krewetek, ale całość wypadła na plus. Danie trudno było zjeść nie brudząc sobie przy okazji palców, niemniej bardzo smaczny sos śmietanowy rekompensował tę niedogodność. Z przystawką zaserwowano nam koszyk mini bułeczek z masłem, ale zamiast masła chętniej dojadłam pieczywo z resztkami sosu (Marcin zresztą równie chętnie podłapał ten pomysł). Zupa pomidorowa wyróżniała się natomiast intensywną słodyczą, nie jest to może mój ulubiony styl jeśli chodzi o pomidorówkę, ale niewątpliwie uznaje to za ciekawy akcent smakowy (zupa przypominała mi trochę osławioną pomidorową z Donatello). Nie do końca załapałam natomiast pomysł wzbogacania zupy kremu makaronem (jak dla mnie podział jest jasny - albo zupa krem, albo wersja bardziej klarowna z makaronem). Skusiła mnie jednak obietnica makaronu domowego. Niestety albo był to najsłabszy domowy makaron jaki w życiu jadłam, albo nazwa domowy została przepisana z nazwy jego opakowania. Podobną niekonsekwencję zauważyłam, w przypadku określenia "warzywa sezonowe", bo jeśli pod tą nazwą kryje się mrożony bukiet jarzyn (kalafior, brokuł, marchewka) to traktuję to raczej jako żart. Nie był to jednak jedyny problem z moim daniem głównym, bo rozpadająca się, bezsmakowa sola (najprawdopodobniej rozmrożona pod bieżącą wodą) była tu tylko gwoździem do trumny. Niech oceną mojego dania będzie stwierdzenie, że najbardziej z tego zestawu smakowały mi ziemniaki (za którymi raczej nie przepadam) z sosem kaparowym. Na koniec na stole pojawiły się desery co było już dużo przyjemniejszym akcentem. Wprawdzie tarta kojarzy mi się raczej z kruchym ciastem, a tu cytrynowy krem całkowicie je rozmiękczył, ale samo wyważenie kwasowości wypadło idealnie. Jak dla mnie niepotrzebnie tartę zestawiono z jeszcze bardziej kwaskowym sorbetem limonkowym (słodszy smak byłby tu fajnym kontrapunktem). Wierzch tarty pokryty został skarmelizowanym cukrem, co może nie jest niczym oryginalnym, ale stanowiło miłą przeciwwagę dla kwasowości kremu. Całość wieńczył owoc physallisu, który lubię, ale sprawia wrażenie ozdoby, którą w eleganckich restauracjach używano 5 lat temu. Jeżeli miałabym ocenić poszczególne dania to za przystawkę dałabym 4+, za zupę 3+, za danie główne naciągane 3-, a za deser 4-. Co do obsługi, nie mam żadnych zastrzeżeń, była sprawna i nienarzucająca się. Ciężko wskazać coś na zdecydowany plus, ale też raczej trudno skrytykować cokolwiek.

Dla mnie wizyta w Massimiliano Ferre okazała się rozczarowaniem. Wiedziałam, że wystrój to raczej nie moja bajka, ale liczyłam że jedzenie będzie przynajmniej na poziomie tego z Fidelio. Niestety nie dorastało mu do pięt. Być może jeszcze kiedyś zaryzykuję wizytę w MF, ale póki co nie wiem co mogłoby mnie do tego skłonić.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 3


ON:
Do Massimiliano Ferre szedłem z dużymi nadziejami, a żeby wyjasnić dlaczego, przytoczę poznańską wieść gminną, która niesie, że w sołackiej pizzeri Milano można zjeść prawie tak samo dobrze, jak w sąsiadującej z nią eleganckiej restauracji Milano, tylko znacznie taniej. Nie ukrywam, że na podobny efekt liczyłem w przypadku powiazań między MF, a Papavero.

Od Pana kelnera dowiedzieliśmy się, że szefostwo nie jest przychylne fotografowaniu wnętrz, zatem ich opis sobie odpuszę, na jedzeniu się skupiając. Zdecydowałem się na carpaccio, krem szpinakowy, półmisek mięs z grilla oraz jabłecznik. Pewne jest przy tym, że zły lokal wybraliśmy aby zamawiać tak rozbudowane menu degustacyjne, gdyż zwyczjnie nie dało się tego wszystkiego przejeść. Ale do sedna - najlepsze bez wątpienia było carpaccio, choć i tu nie będę bezkrytyczny, bo choć uwielbiam carpaccio, to nie przypominam sobie, abym gdziekolwiek w restauracji jadł równie średnie (no może średnio-dobre). Czosnku w czosnkowym pesto nie wyczułem, a samo mięso jakieś takie wysuszone i trochę bez wyrazu. Co do zupy, to krem szpinakowy nigdzie mnie dotąd co prawda nie zachwycił, ale że Pan kelner tak go zachwalał, to liczyłem że właśnie tutaj te potrawę dla mnie odczarują. Niestety i w tym przypadku czosnku nie wyczułem, a sam krem smakował jakby rozmoczyć mrożony szpinak i go podgrzać. Nic specjalnego, tak zresztą jak i półmisek grillowanych mięs (wołowina, wieprzowina i kurczak). Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie narzekam, bo nie ma na co, ale też nie mogę się zachwycać, bo nie było czym. Brakowało finezji, a koncept pasowałby bardziej do Sphinxa, aniżeli włoskiej restauracji z prawdziwego zdarzenia. Obraz średniego posiłku dopełnił równie średni jabłecznik z kulką całkiem dobrych dobrych lodów i sosem waniliowym. Ostatecznie przyznaję 4 za carpaccio, 3+ za krem szpinakowy, 3+ za półmisek mięs oraz 3+ za jabłecznik.

Jak człowiek z nadzieją idzie, to i rozczarowanie jest większe i stąd pewnie taki, a nie inny wydźwięk mojej recenzji. Jakbym nastawił się, że idę do średniej klasy włoskiej knajpki, to może i bym wyszedł oczarowany. W tym przypadku rozczarowanie jest jednak podwójne - nie tylko nie uśmiecha mi sie do MF wracać, to jeszcze wcale nie jest mi spieszno do Papavero - jeśli bowiem rzeczywiście obie restauracje należą do tego samego właściciela, to zważywszy na fakt, że sąsiaduja ze sobą - prawdopodobnie mają jedną kuchnię, z której dania wychodzą do dwóch restauracji (a jeśli nawet nie, to zapewne kucharze z jednej restauracji w zależności od potrzeb praktykują w drugiej). Trudo mi przy tym uwierzyć, że ktoś kto przygotowywał dla mnie dania, umie robić to znaczne lepiej, jeśli tylko goście zamówią je z droższego menu, wchodząc wejściem od ul. 3 Maja.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 3


KOSZTORYS:
Scampi w sosie śmietanowym na brandy z pomidorami concassee - 37 zł.
Carpaccio z polędwicy wołowej z pesto czosnkowym - 29 zł.
Krem pomidorowy z domowym makaronem - 10 zł.
Krem szpinakowy z czosnkiem i śmietaną - 10 zł.
Sola saute w sosie kaparowo- rozmarynowym z ziemniakami i sezonowymi warzywami - 39 zł.
Półmisek mięs z grilla lawowego z ziemniakami frit, zestawem domowych surówek i trzema rodzajami sosów – 43 zł.
Tarta cytrynowa podana z sorbetem limonkowym i culis truskawkowym - 15 zł.
Jabłecznik na ciepło z kulką lodów i sosem waniliowym - 14 zł.
Piwo Żywiec 0,5 x 2 - 14 zł.
Suma: 211 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.62

ADRES: Poznań, Plac Wolności 14
INTERNET: www.mf.art.pl

Bookmark and Share

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Jakiś czas temu trafiłem do MF zupełnie przypadkowo, za namową swojej dziewczyny. Muszę przyznać, że to miejsce ma swój niepowtarzalny urok. Można tu niewątpliwie poczuć gościnność obsługi, która jest zarówno przyjazna jak i fachowa. Jest to niewątpliwa zaleta, gdyż to, oprócz dobrego jedzenia, sprawia, że chce się powrócić do Massi.
Co do potraw to ogólnie rzecz biorąc, bardzo smaczne ( mogę powiedzieć to o tym co zamawiałem Polędwica wieprzowa z sosem Gorgonzola z frytkami i gotowanymi warzywami, naleśniki z jabłkami duszonymi w pomarańczach - przepyszne!, Sałata z Fetą, oliwkami i sosem vinaigrette ).
Podsumowując - ciekawa restauracja, którą obecnie polecam swoim znajomym, a oni także sobie chwalą podawane tam jedzenie.

kriszmisz pisze...

kiedy będzie SPOT?

Lisa pisze...

Przyjemne miejsce, na wspólną kolacje, by się spotkać i zaznać od czasu do czasu przyjemności w tak zabieganych czasach ;)

Marique pisze...

MF również mnie nie zachwyciło, raczej podobnie jak Was - rozczarowało. Wystrój to jedno, nie przyczepiałabym się, gdyby można tam wpaść na smaczny lunch czy szybki niedzielny obiad. Tak właśnie traktowałam Bar Milano i nigdy mnie nie zawiódł. Nie zgodzę się jednak z opinią na temat Papavero. Ta restauracja znajduje się w grupie moich ulubionych poznańskich lokali. Cechuje ją jakość, świeżość składników, oryginalne receptury, klimatyczny wystrój i świetna obsługa. Niestety żadnej pochwały z powyższych nie mogę przypisać do MF. Jestem zdziwiona, że to biznes tego samego właściciela, bo profil oraz jakość owych restauracji jest zgoła odmienna. Chyba jedyną cechą wspólną są kelnerzy - panowie w średnim wieku. Ale tak naprawdę tylko płeć i wiek podobne, bo styl i jakość obsługi także bez porównania. Z MF oprócz dań z gęstymi, ciężkimi sosami zapamiętałam bardzo negatywnie przynoszenie wszystkich napojów w ręku. To kojarzy mi się z PRL-owskimi barami, a nie restauracją, która chociażby aspiruje na miano dobrej.

Odwiedźcie Papavero koniecznie. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...