czwartek, 25 lutego 2010

PEKIN / ocena 2.84

W ostatniej ankiecie zapytaliśmy Was - którą z chińskich restauracji powinniśmy odwiedzić przy najbliższej okazji? Miejsca na podium zajęły: Pekin (30%), Azalia (22%) i Wok To Walk (18%). Dalej znalazły się kolejno: Zielony Smok (11%), Panda (6%), Mały Cesarz (4%), China Boy (2%), China Town (2%) oraz Złoty Smok (1%). Tradycyjnie zatem zapraszamy do lektury naszych spostrzeżeń odnośnie zwycięskiej restauracji, a także do udziału w kolejnej ankiecie.


ONA:
Zastanawiam się czasem jaki wymiar mają wyniki proponowanych przez nas ankiet. Czy świadczą o popularności miejsca, wyrobionej marce, czy też o antypatii lub sympatii jaką darzycie wybrany lokal. Sami nie głosujemy w naszych ankietach, zresztą nie wiem, jaką ostatecznie motywację miałabym przy wyborze restauracji. Oczywiście zawsze kibicuję miejscom do których mam największą ochotę wybrać się w najbliższym czasie, niemniej odmienne od moich typy zapewniają element niespodzianki. Przekraczając próg Pekinu, nie miałam jednak wątpliwości, że tym razem chodziło przede wszystkim o popularność.

Zanim zobaczyłam w restauracji spory, jak na ten dzień tygodnia i porę dnia tłum, znalazłam się na chwilę w innym świecie. Moim oczom ukazała się najprawdziwsza z prawdziwych i najbardziej tradycyjna z tradycyjnych - szatnia. Panował tu nastrój jak w dobrym kryminale, lub mrocznym filmie. Pani szatniarka siedziała sobie spokojnie i niespecjalnie zwracała na nas uwagę, ale też niespecjalnie tej uwagi szukaliśmy, od razu kierując nasze kroki na salę restauracyjną (żeby pokrótce zorientować się co i jak oraz dopytać o zdjęcia). I myślę sobie, że taka szatnia choć ewidentnie jest reliktem przeszłości, ma swój urok. Jest w niej również pewna elegancja. To też wygoda dla gości restauracji, więc wszystko byłoby na plus, gdyby nie fakt, że za szatnię trzeba zapłacić (1zł, nie jest jednak obowiązkowa). Z mrocznego pomieszczenia z szatnią, zapowiadającego już pewnymi elementami konwencję tego, co czekało na nas dalej, przeszliśmy do podłużnej sali. Wydzielono w niej dwie strefy – większą dla palących i mniejszą dla nie palących (o czym poinformowała nas Pani kelnerka). We wnętrzu dominował kolor czerwony i złoty. Krwista czerwień ścian przełamana została tu i ówdzie piaskowymi akcentami, nad każdym stolikiem zawieszono chiński lampion, a przejścia między strefami zabudowano solidnymi ażurowo - drewnianymi dekoracjami z motywami chińskich smoków i kwiatów. Dodatkowo, w większej sali, pomiędzy wszystkimi stolikami umieszczono drewniane przepierzenia, suto obwieszone sztucznymi kwiatami. Generalnie nie jest źle, zakładając że spodziewamy się konkretnej dawki chińskiego kiczu, wzbogaconego postkomunistyczną fantazją. Dzięki temu wyraźnie można odczuć, że czasy świetności tego przybytku przypadały na lata dziewięćdziesiąte. Z wyborem dań z menu nie mieliśmy większego problemu, bo zapoznaliśmy się z nimi już wcześniej. Tradycyjnie jednak dopytaliśmy o kilka potraw. Na wszystkie pytania otrzymaliśmy rzeczową odpowiedź, choć muszę przyznać, że Pani kelnerka była raczej mało zaangażowana. Zdecydowałam się na sajgonki (czy jak kto woli spring rolls) wegetariańskie, a na drugie danie wybrałam mintaja w sosie słodko-kwaśnym. Do tego domówiłam makaron po szanghajsku. Pani kelnerka powiedziała, że w przeciwieństwie do makaronu po pekińsku, jest on usmażony z warzywami (ze względu na te warzywa zrezygnowałam z dodatkowej sałatki, choć kusiła mnie kapusta z szafranem). Sajgonki pojawiły się niespodziewanie szybko, tak szybko, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie są przypadkiem surowe. Na małym talerzu spoczywały trzy, ręcznie zwijane, wysmażone na złotobrązowy kolor, chrupiące roladki z nadzieniem trochę przypominającym miazgę warzywną. Nie podano żadnego sosu, a suche sajgonki jakoś mnie nie zachęcały, więc domówiłam jeszcze porcję sosu słodko–kwaśnego (szkoda, że obsługa z własnej inicjatywy nie informuje o takiej możliwości). Pierwszy kęs sajgonki i stwierdziłam – nie jest źle, choć przyznam z lekkim zawstydzeniem, że po brodzie ściekła mi solidna porcja tłuszczu. Były to zdecydowanie najbardziej ociekające tłuszczem sajgonki jakie w życiu jadałam. Nie należały z pewnością do kategorii tych rewelacyjnych, ale dało się je zjeść. Po jakimś czasie, na stojące na stołach podgrzewacze przyniesiono nam dania główne w porcjach tak ogromnych, iż miałam wrażenie, że przydałyby się tu z nami dwie dodatkowe osoby (i tu kolejny mały minus dla obsługi – fajnie byłoby, gdyby potrafiła np. doradzić, że porcja makaronu jest zbyt duża dla jednej osoby). Powiem krótko - moja ryba była bardzo kiepska. Porcja należała również do sporych – jakieś 8-10 kawałków ryby, jednak już po pierwszym, zakończyłam moją przygodę z mintajem. Nie chce w szczegółach opisywać co było nie tak z moim daniem, bo jak dla mnie w całości i od początku totalnie poległo. Pustki w żołądku postanowiłam uzupełnić makaronem z warzywami, bo choć był nijaki, to mnie nie odrzucał, potraktowałam go więc jako zapychacz żołądka. Wprawdzie wspomniany dodatek warzyw okazał się być niewielką garstką groszku i marchewki w morzu makaronu sojowego, okraszonego kawałkami jajka, ale na sałatkę nie miałam już ochoty.

Pekin cieszy się ogromną popularnością i to pozwala mi sądzić, że może ja miałam pecha. Albo może tylko ja nie znam jakiejś oczywistej i powszechnie krążącej prawdy, że w chińskich restauracjach nie zamawia się mintaja. Niestety nie przekonuje mnie również fakt, że w Pekinie jest tanio. Owszem, znając już tamtejsze porcje zamówilibyśmy o połowę mniej, niestety nie mieliśmy takiej wiedzy, a i obsługa w tej kwestii nie służyła pomocą. Za nasz zestaw (bez deseru) zapłaciliśmy prawie 100 zł, a za taką kwotę, w okolicach rynku mogę zjeść bardzo przyzwoity obiad, który sprawi mi przyjemność.

Jedzenie: 2
Obsługa: 3-
Wystrój: 3
Jakość do ceny: 2


ON:
Niech mnie ktoś poprawi, jeżeli się mylę, ale jestem niemal pewny, że w naszym blogowym zestawieniu nie było dotąd lokalu o takich tradycjach, jak Pekin. Restauracja raczy bowiem swoją kuchnią od 19 lat i jest to prawdziwy fenomen, wśród zmieniających się trendów na poznańskim rynku gastronomicznym.

Z zewnątrz Pekin trzyma się całkiem dobrze, jak na swoje lata. Gołym okiem widać, że elewacja była odnawiana, czego mogłoby pozazdrościć Pekinowi kilka całkiem nie tak dawno otwartych restauracji. Po przekroczeniu progu jest już jednak trochę gorzej. Uspokajam, że nie chodzi mi tutaj o żaden odpadający tynk, ani nic z tych rzeczy, a tylko o dość eklektyczny przedsionek z przedpotopową, a zarazem płatną szatnią. Z racji tego, że nie jest obowiązkowa, ominęliśmy ją szerokim łukiem i mijając jeszcze złoty posążek Buddy weszliśmy do sali restauracyjnej. Pomieszczenie jest jednobryłowe, wąskie i długie, jak okiem sięgnął, a po lewej stronie, mniej więcej w połowie jego długości znajduje się bar. Jako zatwardziały przeciwnik palenia w miejscach publicznych zdziwiłem się trochę w kwestii rozdziału tych spraw w Pekinie. Otóż do dyspozycji palących jest powierzchnia wielkości 3/4 lokalu, a dla niepalących nieproporcjonalnie mała strefa na samym końcu sali. Miałem jednak satysfakcję, że do tego wydzielonego skrawku zmierza około 80% gości. Wracając do wystroju trzeba zauważyć, że we wnętrzu zostało niemal wszystko utrzymane w kolorach czerwieni. Do tego dochodzi marmuropodobna, wypolerowana posadzka, ciekawe lampiony i świetliki oraz mniej ciekawe, ogrodowe przepierzenia ze sztucznymi kwiatami i archaiczna piaskowa mozaika, która symbolizuje zapewne Wielki Mur Chiński. Wystrój jaki jest, taki jest, ale bez dwóch zdań - wnętrze, tak jak elewacja zewnętrzna - też zostało odnowione.

Przy stole siedzi się bardzo wygodnie, niemniej miałem wrażenie, że choć czyste, to zarówno obrusy, jak i serwety pamiętają początek lat dziewięćdziesiątych. Z bardzo bogatego menu zamówiłem zupę kwaśno-pikantną, a także kaczkę "He-Czuen". Jako, że Pekin jest jedną z tych restauracji, w której należy osobno domawiać dodatki do dania głównego - domówiłem jeszcze pyzy smażone oraz ostrą sałatkę na zimno. Z racji spodziewanych ostrości, jako napój wybrałem piwo. Zupa została podana niemal ekspresowo. Niewielka miseczka, gęstej, gorącej, kwaśnej z początku i pikantnej na końcu zupy była strzałem w dziesiątkę i śmiało mogę ją polecić. Przepisu nie znam, ale w konsystencji półpłynnego żelu pływały bardzo liczne warzywa oraz drobne kawałki mięsa, a na powierzchni ułożono wiórki z chipsów krabowych. Przyszła kolej na danie główne i stołu niemal nam zabrakło. Danie ląduje bowiem na aluminiowym podgrzewaczu, pusty talerz przede mną, a dodatki dookoła. Tutaj poważny minus dla obsługi, która choć pewnie przyzwyczajona do stałych bywalców, powinna zachować czujność, jeżeli ktoś zamawia z menu, jakby był tam pierwszy raz. Otóż wierzcie mi lub nie, ale jak zamówicie jedno danie główne i jedną porcję ryżu, makaronu lub pyz oraz jedną sałatkę, to w zupełności wystarczy, aby najadły się tym dwie osoby. Tyle o ilości, a teraz o smaku. Pokrojony na paski i dobrze wysmażony filet z kaczki podany został z trzema rodzajami papryki (czerwoną, żółtą i zieloną), a także z grzybami chińskimi (zapewne Mun) oraz delikatnym sosem. Danie było naprawdę poprawne i choć nie wyczuwało się głębszych smaków, to nie można mu nic zarzucić. To już tylko bowiem moja osobista preferencja, że wolałbym, aby filet był bez skóry. Smażone pyzy jadłem z kolei po raz pierwszy i muszę przyznać, że ciekawy to specjał, tylko w tym wydaniu za bardzo opity tłuszczem. Zupełnie nieudana była tylko ostra sałatka na zimno. Bezsmakowa i koloryzowana na żółto kapusta, może i była zimna, ale na pewno nie ostra. W kwestii jedzenia przyznaję zatem ostatecznie 4+ za zupę, 3+ za kaczkę, 4- za pyzy oraz 2 za sałatkę.

Pekin niczym specjalnie mnie nie zachwycił, ale też nie zdyskredytował się w moich oczach. Skoro jednak trwa na swoim miejscu nieprzerwanie od 1991 roku, to oznacza tylko jedno - ma swoich zagorzałych zwolenników i im tam smakuje :)

Jedzenie: 3+
Obsługa: 3
Wystrój: 3
Jakość do ceny: 3+


KOSZTORYS:
Spring rolls z nadzieniem warzywnym - 5,5 zł.
Zupa kwaśno-pikantna – 6,8 zł.
Mintaj w sosie słodko kwaśnym – 18,8 zł.
Kaczka "He-Czuen" – 31,8 zł.
Makaron sojowy smażony po szanghajsku – 5,8 zł.
Pyzy smażone – 4,5 zł.
Ostra sałatka na zimno – 5,5 zł.
Sos słodko–kwaśny - 2 zł.
Tyskie 0,5 x 2 – 16 zł.
Suma: 96,7 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 2.84

ADRES: Poznań, ul. 23 Lutego 33
INTERNET: www.pekin.pl

Bookmark and Share

15 komentarzy:

Anonimowy pisze...

witam. ja glosuje na restauracje, ktore sama chcialbym odwiedzic - po waszej recenzji wiem czy warto tam isc. Np. Bazanciarnia jest droga resturacja, ale czy cena decyduje o tym czy przygotowane jedzenie jest smaczne?
co do pekinu to bylam tam okolo 5 lat temu - jedzenie bylo OKROPNE. Smakowalo, jak polskie mrozonki = polskie smaki ala chinski twist. od tego czasu slyszalam, ze dosyc sie tam poprawilo, ale jak widac po waszej recenzji nie bylo tam jakis zasadniczych zmian.

gania76 pisze...

No, a ja pisałam w którymś komentarzu, że Pekin to jadłodajnia!
Byliśmy kiedyś z mężem - pamiętaliśmy lepsze czasy tej restauracji. Teraz natknęliśmy się na brudne obrusy, wyszczerbioną zastawę stołową, i niezaangażowane kelnerki, które skojarzyły nam się z PRL-em. Jedzenie bardzo takie sobie, ale przynajmniej w miarę tanie w stosunku do ilości (też wpadliśmy w pułapkę ogromnych porcji). Ponieważ byliśmy tam w porze lunchu, zauważyliśmy, że przychodzi dużo studentów i pracowników pobliskich instytucji, którzy po prostu kupują jedną porcję na pół.
My w każdym razie więcej tam nie pójdziemy. Chciałabym znaleźć w Poznaniu jakąś inną chińską restaurację, bo bardzo lubię kuchnię chińską. Popularna Azalia również bardzo rozczarowuje. Pozostaje więc gotować chińszczyznę w domu...

Misza pisze...

Ja głosuję na te lokale, gdzie nigdy/dawno nie byłem, słyszałem pewne opinie (zwykle skrajnie dobre lub złe) i chcę się przekonać, czy coś się zmieniło i/lub na ile to prawda :) Tak było z Fidelio, tak też z Azalią (w której nigdy nie byłem, ale boję się "chińskich" restauracji w Polsce ;) ), teraz jedynie nie wiem, na co zagłosować w kategorii "polskiej" :)

Co do "Pekinu"... Niczego innego spodziewać się nie mogłem. Niestety, ale najlepsi to oni są w dowozie - wielkie porcje są w sam raz na większe, niezbyt eleganckie imprezy (plener, parapetówka itp.). Jakością jednak w niczym nie przewyższają typowych "chińskich" jadłodajni na telefon...

Cały czas liczę, że znajdzie się w końcu (albo ja znajdę) w Poznaniu jakąś dobrą chińską restaurację, ale nadzieja ta wygasa... A może ktoś zna lokal, który śmiało może polecić?

Zjeść Poznań pisze...

Anonimowy, dziękujemy za uchylenie rąbka tajemnicy co do wyników ankiety. Bardzo to dla nas ciekawe. Rzeczywiście widać "taki trend", że w czołówce zawsze znajduje się miejsce dla tych droższych. A co do Bażanciarni, to na razie prowadzi (ex aequo z Młyńskim Kołem). Zresztą nawet jeśli nie wygra, to i tak prędzej czy później się tam wybierzemy. Mieliśmy już nawet kilka podejść, ale coś nam zawsze przeszkodziło. Będzie to zatem i dla nas wyprawa w nieznane. Pozdrawiamy serdecznie.

Gania, co by nie mówić, Pekin chyba nikogo nie pozostawia obojętnym :) Spotkaliśmy już zagorzałych przeciwników tego miejsca, ale też kilku bardzo zadowolonych klientów. Trochę sympatii na pewno należy mu się z racji tego, że to już kawałek historii Poznania. 19 lat na rynku, to całkiem niezły wynik. Aż wstyd się przyznać, że byliśmy tam dopiero pierwszy raz ;) Rzadko jadamy chińszczyznę na mieście, choć faktycznie często "chińskie eksperymenty" przeprowadzamy w domowej kuchni. Pozdrawiamy serdecznie!

Misza, dziękujemy za informacje w kwestii głosowania (swoją drogą jesteśmy ciekawi, na ile nasze recenzje Fidelio zgadzały się z Twoimi odczuciami). Co do najnowszej ankiety, to restauracji z rodzimą kuchnią jest oczywiście znacznie więcej, staraliśmy się jednak o jakiś przekrój cenowy. W kwestii restauracji chińskich ekspertami raczej nie jesteśmy. Oczywiście byliśmy w kilku już wcześniej, ale mamy wrażenie, że wszystkie reprezentują podobny poziom. Będziemy jednak szukać dalej, może trafi się jakaś perełka. Pozdrawiamy serdecznie.

Anonimowy pisze...

Ale tak w sumie, to co było nie tak z tą rybą?
pozdr. Boo

Zjeść Poznań pisze...

Nie chodzi o to, że ryba była zepsuta. Samo "mięso" byłoby raczej nieszkodliwe, gdyby nie przesiąkło tłuszczem i smakiem ciasto-panierki. Sama nie jestem pewna co to ostatecznie było, bo ciasta z wyglądu nie przypominało, a z drugiej strony było zbyt "rozmokłe" jak na panierkę. Zresztą inne dania z mintajem w panierce były wyraźnie oznaczone w menu. Generalnie dominował smak wielokrotnie odsmażanego ciasta (miejscami ciemnobrunatnego). Powiem szczerze, że mój mintaj smakował tak, jakby ktoś przez cały tydzień zbierał niedojedzoną przez innych śmiałków rybę, przechowywał w lodówce, żeby się nie zepsuła, ponownie odsmażył ją dla mnie, a później polał kleistym sosem, co zawsze trochę utrudnia ocenę jakości składników. Po zjedzeniu jednego kawałka ryby, jeszcze do późna towarzyszyło mi uczucie "ciąży spożywczej", tak jakbym zjadała całego rekina, a nie kawałek ryby (choć efekt mógł zostać spotęgowany przez tłuste sajgonki). Oczywiście jest to raczej moja wyobraźnia, aniżeli rzeczywiste praktyki stosowane w restauracji, ale starałam się przekazać swoje odczucia w sposób najbardziej obrazowy. Pozdrawiam serdecznie :)

Maciek pisze...

Czasami lubie zjesc w restauracji "chinskiej". Ale juz od dawna odpycha mnie ich jednakowy tanio-chinski kiczowaty wystoj jednakowy w 99,9% restauracji.
Swietna ilustacja do knajp chinskich jest jedna ze scen w "Big Bang theory": Leonard mowi-Don´t ask if its a tangerin or orange chicken. Ask if it´s a chicken.

Zjeść Poznań pisze...

Haha, świetny cytat Maćku. Tym bardziej, że kiedy na stół wjechała ryba, on w pierwszej chwili myślał, że to jego panierowana kaczka ;)

zuzamoll pisze...

..o jej ...od razu dodaje tego bloga do ulubionych ! :)

Anonimowy pisze...

Dzisiaj cos mnie podkusilo, zeby wybrac sie do Pekinu...Masakra. Najpierw "ta" szatnia, potem kelnerka, krora miala wszystko i wszystkich gdzies, a chwile pozniej zauwazylam, jak kelner POPRAWIA po poprzednich gosciach serwetki, oglada je, zwija ponownie i prosze...po co prac. kiedy mozna ulozyc je jeszcze raz... Oczywiscie obrzydzenie serwetkami rzutowalo na dalszy przebieg zdarzen.
Zdziwil mnie fakt, ze jesli danie sie nazywa "kurczak z warzywami" to jest tam tylko ten kurczak z jakimis warzywami,ale juz zadnych innych dodatkow. Porcja rzeczywiscie jest duza, o czym nie informuje nic, ani karta dan ani kelner/ka. Kurczak z dania o nazwie "Kurczak w ostrym sosie" okazal sie byc pocietym, smazonym filetem, do tego podsmazanym chyba kilka razy, bo czasami az twardym jak skala (tutaj rowniez doznaje wrazenia, jak autorka bloga,ze resztki dan sa zbierane z powrotem "do gara" i podawane wielokrotnie)ulozonym na jakiejs czerwonej, barwionej kapuscie( ta akurat byla smaczna) i wszystko bylo polane jakims tlustym, brazowym sosem, wcale nie ostrym. Natomiast danie o nazwie "kurczak z warzywami" to ugotowane kawalki filetu z warzywami typu: marchewka, papryka, por, grzyby(nie wygladaly mi na Mun), kapusta, pedy bambusa i jakies kielki. Wszystko to w sluzowatym sosie. Raczej nie polecam. Przede wszystkim te serwetki i obsluga ponizej przecietnej powoduja, ze nie mam zamiaru sie tam wiecej pokazywac. Nie polecam. Milena

Daria pisze...

uwielbiam jedzenie w Pekinie.
przez półtorej roku jadałam tam raz-dwa w tygodniu. dla mnie to jest pycha. lubię taką kuchnię.

teraz minusy:

- kelnerki, które zawsze i wszędzie mają człowieka w tyłku. zaprowadzają do stolika chyba po 10 minutach, dają karty i czmychają gdzieś jak najdalej. mam wrażenie, że wiele rzeczy robią z łaski.
dobrze, że jedzenie mi to rekompensuje...

- taaak... jak już ktoś wcześniej zauważył, to zwijanie napkinsów (serwet, które kładzie się na kolankach) po poprzednich gościach nie jest na miejscu. Ludzie wycierają sobie w to buzie po jedzeniu (a fuj), a kelnerki ponownie zwijają je i układają na stołach. obleśne zagranie. nie wiem... przecież one chyba myślą o tym, że klienci widzą jak one to robią, więc co z nimi ??!!

- karta rabatowa
ZAPOMNIJCIE!
jak już wcześniej pisałam, chodzę tam raz-dwa razy w tygodniu. Na moje pytanie ( po półtorej roku jedzenia u nich) czy dostanę kartę stałego klienta, urocza kelnerka poinformowała mnie, że NIE. bo to oni wybierają sobie kto dostaje taką kartę i ja za mało do nich przychodzę.
Byłam oburzona. ale cóż tam.

- śmieszy mnie jeszcze kwesta rezerwacji stolików. śmieszy tak, że to szok!
nie wiem, czy ktoś z Was zauważył, że rezerwacje położone są na KAŻDYM stoliku, nawet jeśli nie są zarezerwowane. kilka razy siedziałam w tej restauracji trochę dłużej niż 3 godziny na spotkaniu biznesowym i da się zauważyć, że ludzie którzy przychodzą do Pekinu "z ulicy" nie dostaną tam stolika chociaż są one wolne.
śmieszne jest to, że jak się zadzwoni 15-30 minut przed przybyciem to stolik owszem się znajdzie, ale jak już tam będę przypadkiem i wejdę coś zjeść, zostanę odprawiona z kwitkiem.

To tyle na temat minusów.

Ktoś się doczepił Pani, która siedzi w szatni. Jest bardzo miła i uważam, ze to dobrze, że jest szatnia w restauracji. Poza tym, ta Pani dba o czystość w toalecie (tak mi się wydaje), bo zawsze tam jest bardzo czysto i pachnąco.
Trochę mi brakuje zamka w drzwiach w męskim WC, ale na szczęście ja wchodzę do WC z kółeczkiem na drzwiach.

mam swoje ulubione potrawy w Pekinie. jednakże przejadłam już chyba całą kartę.
uwielbiam zupę słodko pikantną, pieprzową. kurczak z orzechami nerkowca też jest OK:)

Anonimowy pisze...

Coś mnie podkusiło, żeby z Pekinu zamówić jedzenie do pracy.
Zamówiłam zupę pieprzową, zamiast której otrzymałam wan-tan, oraz pierożki z nadzieniem mięsno warzywnym.

Pierożki obrzydliwe: ciasto zbyt grube, odgrzewane, twarde. Nadzienie to papka posiekanych, mam nadzieję, warzyw i śladowych ilości mięsa.
Nie chcąc ryzykować złego samopoczucia, zupę oddałam koleżance ;-)

Omijać będę Pekin szeeeeerkim łukiem.

Anonimowy pisze...

Witam serdecznie,

Co prawda wizyta w "Pekinie" już dawno pewnie została zapomniana, jednak muszę wtrącić pewną uwagę. Chodzi mi o Państwa oburzenie dotyczące wielkości porcji w restauracji chińskiej. Otóż, jednym daniem z dodatkiem (ryżem lub makaronem) w oryginale, najada się około 3-4 osób. I jest to zaczerpnięte z azjatyckiej kultury.Nie komentuję smaku a jakości potraw, jednak fakt "podziału" ptrawy wśród kilku jest zawsze obecny w kuchni azjatyckiej. I powinien on zostać zauważony przez osoby, które podejmują się oceny poszczególnych smaków.

Pozdrawiam.
Paulina

Loriel pisze...

Byłam w Pekinie jeden jedyny raz jakieś cztery lata temu. Mimo upływu czasu moje wspomnienia z tej wizyty są jednak niezwykle wyraźne i nigdy w życiu nie pozwolą mi zawitać ponownie do tego miejsca. Porcje rzeczywiście przyprawiły mnie o lekki zawrót głowy. Niestety przyprawiły mnie także o rozstrój żołądka. Po Pekinie przez kilka dni mogłam jeść tylko kleik. Hm. Ryżowy. Szczerze odradzam to miejsce.

Anonimowy pisze...

Byliśmy w "Pekinie" pierwszy i ostatni raz, z kuchnią chińską niewiele to miało wspólnego. Zamówiliśmy zestaw dla dwojga w skład którego wchodziły sajgonki z mięsem, pierożki z serkiem, zupa i 4 rodzaje mięsa. Kaczka - najtłustsza jaką jadłem, podobno tłusta przez sos ostrygowy. Wołowina - także tłusta z wyraźnymi chrząstkami, przyprawiona jedynie sosem sojowym i świeżą papryką. Polędwica - w sosie sojowym i papryką, mięso bardzo miękkie ale niestety jedynie wyczuwalny słony smak.
W żadnym daniu nie było przypraw, sosów czy warzyw które mogłyby nadać im smak orientalny. Sajgonki całkiem dobre.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...