czwartek, 20 stycznia 2011

Restauracja AZJA / ocena 2.44

Na chwilę postanowiliśmy przerwać wakacyjno-kulinarne wycieczki w przeszłość. Przed opublikowaniem relacji z wypadu do Berlina oraz wizyty w restauracji Fischers Fritz, zapraszamy Was do lektury recenzji dwóch chińskich restauracji z rodzimego podwórka. Dziś restauracja Azja, a w przyszłym tygodniu Zielony Smok.


ONA:
Kuchnia chińska była traktowana przez nas na blogu nieco po macoszemu. Chcąc nadrobić zaległości zdecydowaliśmy się wypróbować chińskie specjały w poznańskiej wersji serwowane przy ulicy Śniadeckich. Po pierwsze Azja to jedna z tych mniejszych restauracji chińskich, a po drugie znajduje się poza ścisłym centrum, a i ten aspekt naszych kulinarnych wycieczek trochę w ostatnim czasie zaniedbaliśmy.

Niepozorne wejście do lokalu kryło równie niepozorne, nieco tandetne wnętrze. Całość można określić jako orientalizujący miszmasz. Podłużna sala, której ściany ozdobiono malowanymi, azjatyckimi motywami, wypełniona została niewielkimi stolikami przykrytymi połyskującą, bordowo-czarną taftą. Nad każdym z kwadratowych stolików zawieszono lampę z kolorowych koralików. Oprócz azjatyckich dodatków salę urozmaicało solidne akwarium z rybkami i duże lustro na jednej ze ścian. Tuż przy wejściu ustawiono natomiast automat do gry wraz z wysokim stołkiem, a to zawsze wprowadza do wnętrza lekko (wybaczcie kolokwializm) meliniarski klimat. Podobnego miszmaszu można było doświadczyć w przypadku muzyki dobiegającej z głośników (od Sinatry, przez The Stranglers, U2, aż po Cyndi Lauper). Przyznam, że wnętrze nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia, co nie zmienia faktu, że zauważyłam, iż z pewnością ktoś dba tutaj o czystość. Podłoga mimo panoszącego się po ulicach mokrego śniegu,  była czysta, lustro świeżo wypolerowane, a obrusy bez najmniejszej plamy. To samo tyczy się toalety. Można by pomyśleć, że po prostu nikt tutaj nie zagląda – stąd czyste obrusy i podłoga, ale oprócz naszego, w lokalu zajęte były jeszcze dwa stoliki, poza tym regularny szlak wydeptywał tutaj Pan rozwożący jedzenie na wynos.

Czasu na rozglądanie się mieliśmy całkiem sporo, bo jedyna obecna  osoba z obsługi prowadziła akurat dość długą rozmowę telefoniczną. Kiedy w końcu do nas podeszła, miło i rzeczowo doradziła nam w kwestii wyboru dań (sprawiała wrażenie dość dobrze zorientowanej co do składników i porcji). I tak doradzono mi zupę słodko-kwaśną z bambusem, sajgonki, ryż z owocami morza oraz połowę lodowego deseru (chciałam wprawdzie solę w sosie słodko-kwaśnym i banana w cieście, ale tego akurat nie było i wzięłam co polecono mi w zamian). Zupa była do zjedzenia, słodko-kwaśny lekko pomidorowy, pełen warzyw płyn, mimo, że nie zachwycał, nie był też najgorszy (tak na 3-). Za to sajgonki w cieście ryżowym z warzywami, mięsem wieprzowo-wołowym i sosem odpuściłam sobie po pierwszym kęsie, po prostu mi nie smakowały (oddałam je Marcinowi, który zresztą też szybko sobie odpuścił). Dalej przyszedł czas na owoce morza, czyli festiwal miniatur. Pani kelnerka zapewniła mnie, że w daniu będą kalmary, małże, ośmiorniczki i krewetki. Byłam przekonana, że głównym składnikiem mojego dania będzie mrożona mieszanka owoców morza, ale fakt,  że dostałam tylko kilka niezbyt smacznych ośmiorniczek skurczonych do rozmiarów planktonu i tak zaskoczył mnie na minus. Oprócz „owoców morza” w słodko-kwaśnym  (bardziej słodki niż kwaśny) sosie pływały również warzywa - marchewka, papryka, por. Warzywa nie były z mrożonki, jednak wyrazisty smak niedobrych ośmiorniczek zniweczył możliwość docenienia tego miłego akcentu. Do owoców morza podano ryż z curry (jak dla mnie neutralny) oraz dwie sałatki, z białej kapusty oraz wariację na temat sałatki greckiej (o ile ta pierwsza jest w stanie znieść kilkugodzinne przetrzymywanie, o tyle ta druga sprawiała wrażenie sałatki po dużych przejściach, "odstana" , rozmiękczona sałata i zimowy, pokrojony kilka godzin temu pomidor skutecznie zniechęciły mnie do konsumpcji). Na koniec dostaliśmy deser lodowy, czyli kilka kulek kiepskiej jakość lodów z czekoladową posypką i owocami z puszki (ananas i brzoskwinia). Generalnie nic godnego zapamiętania.

Cała wizyta wypadła mizernie. W zasadzie oprócz zupy zjadłam niewiele więcej. Po prostu mi nie smakowało, a smak właśnie jest podstawowym elementem, który napędza moje ślinianki i sprawia, że po zjedzeniu przystawki mam ochotę na ciąg dalszy. Być może kuchnia chińska to nie moja bajka, choć pewnie to bardziej kwestia chińskiej kuchni w poznańskim wydaniu, która póki co wydaje mi się niejadalna (nie mam ochoty wrócić ani do Azji, ani do Pekinu). Obiecuję, że to nie koniec poszukiwań, gdyż pytania o smaczne, chińskie jedzenie trafiają do nas dość często.

Jedzenie: 2
Obsługa: 3-
Wystrój: 2+
Jakość do ceny: 2


ON:
Jak dla mnie wnętrze dość eklektyczne. Podświetlone i zadbane akwarium liczę na plus. Azjatyckie malowidła na ścianach co prawda kiczowate, ale mi tak bardzo znowu nie przeszkadzają. Za zupełne kuriozum biorę jednak automat do gier w rogu jednej z sal. Bogu dzięki, że akurat nikt przy nim nie siedział, ale gdybyśmy mieli mniej szczęścia, to jakiś hazardzista pewnie przygrywałby nam do posiłku regularnym stukotem przycisku. Pół biedy, gdyby był tam od początku naszej wizyty, bo wówczas bez wahania wybralibyśmy miejsce w sali z akwarium, natomiast gorzej, gdyby pojawił się w jej trakcie. Bardzo to niekomfortowe połączenie i moja rada do właścicieli jest taka, że trzeba się zdecydować i albo robimy restaurację, albo salon gier.

Wnętrze, wnętrzem, ale dopiero rozpiętość karty menu sprawiła, że zacząłem trochę się obawiać o jakość potraw. Siedzę bowiem w niemal pustym lokalu na uboczu od utartych szlaków gastronomicznych, a widzę, że kucharz próbuje przekonać nas ową kartą, że swobodnie czuje się nie tylko w potrawach kuchni chińskiej, ale także czerpie garściami z kuchni europejskiej. Jasne, że cuda się zdarzają, a lokale chińskie słynną ze swoich przepastnych menu, ale jakoś trudno mi było uwierzyć w taką wszechstronność i fakt, że akurat w tym miejscu dysponują świeżymi składnikami do przyrządzenia zarówno nasi-goreng, kaczki po pekińsku, owoców morza, jak i... befsztyka po angielsku, wątróbki drobiowej, czy kebabu. Dlatego też po zamówieniu zupy jajeczno-krewetkowej i dobraniu do niej paluszków krabowych, zwróciłem swój wzrok z stronę wyłuszczonego na czerwono dania firmowego. Dla pewności dopytałem jeszcze Panią kelnerkę, która bez cienia zawahania poleciła mi właśnie tutejsze danie firmowe - indyka z papryką.

Jasny bulion posypany pietruszką okazał się niestety nijaki w smaku - mało jajeczny i jeszcze mniej krewetkowy. Strzępki białka dało się jeszcze dojrzeć gołym okiem, ale krewetki prawie bym przegapił. Coś mnie jednak tknęło, aby dokładnie przyjrzeć się temu co pozostało na dnie miseczki i zaiste krewetek było tam więcej niż kilka. Problem jednak w tym, że zamrożone wcześniej skorupiaki (najtańszego sortu) po obróbce termicznej (zapewne wielokrotnej) skurczyły się niemiłosiernie, tak jak jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem - do wymiarów 3 na 4 mm. No nic, zupa nie urzekła mnie wcale, ale i tak była rewelacyjna w porównaniu z domówionymi do niej paluszkami krabowymi. Te były zamknięte w grubej skorupie z przypieczonej i ciężkostrawnej panierce, po której przekrojeniu objawiała się pustka, a w niej skurczony, brązowawy, zupełnie pozbawiony smaku paluszek surimi. Teraz byłem już tylko ciekaw dania firmowego, gdyż jak ktoś z pośród kilkudziesięciu pozycji wyróżnia tę jedną jedyną, pogrubia i koloryzuje jej czcionkę, a później zdecydowanie ją poleca, to zapewne jest pewien serwowanej jakości. Nie wiem jednak na czym ta pewność się opiera, bo jeśli ten indyk jest daniem firmowym, to ja takiej firmie wielkiego sukcesu nie wróżę. Kawałki indyka w chrupkiej panierce były w tym wszystkim najlepsze i oceniłbym je nawet na cztery z małym minusem, gdyby nie zalano ich słodko-ostrym sosem chili. Sam takiego sosu często w domu do kanapek i mięs używam, ale od restauracji wymagam czegoś więcej aniżeli finezji wylania sosu ze szklanej butelki, tak aby rozmiękczyć to co chrupkie i odrzeć potrawę z jednego z nielicznych atutów. W każdym razie ryż, warzywa i dwie sałatki dania firmowego nie zdołały wybronić. Poziom deseru lodowego z kolei (jak słusznie domniemywaliśmy) niczym na tle innych dań się nie wyróżniał, aczkolwiek zamówionego przez nas banana w cieście, akurat tego wieczoru nie było. Ostatecznie przyznaję 3- za zupę jajeczno-krewetkową, 1+ za paluszki krabowe, 3 za indyka z papryką oraz 2 za deser lodowy.

Co do oceny obsługi, to muszę przeciwstawić dwie postawy - bardzo uprzejmego Pana, który odebrał moje oba telefony (za pierwszym razem lokal był pełen gości targowych i rezerwacja nie była możliwa, a za drugim razem ruch był minimalny i nie wymagano rezerwacji) oraz Panią kelnerkę, która naszą obsługę zawaliła. Czekaliśmy bowiem do przesady długo i nie chodzi mi tu o podanie dań (nie sposób je podać, gdy nie są jeszcze gotowe), ale o każdorazowy odbiór brudnych naczyń, przyjęcie zamówienia deseru, wystawienie rachunku i przyjęcie zapłaty. W dodatku byliśmy już wówczas jedynymi gośćmi w restauracji, a Pani kelnerka miała nas cały czas w zasięgu wzroku. Zamiast jednak obsługiwać, siedziała dwa stoliki dalej z segregatorem w ręku i stertą papierów na blacie. Prawdopodobnie była to zatem właścicielka lub co najmniej kierowniczka, która błędnie zakładała, że więcej pieniędzy ucieka jej poprzez nieobrobione faktury, niż przez nieobsłużonych gości.

Zdecydowanie wolę polecać lokal, aniżeli do niego zniechęcać. Ukrywać swoich odczuć jednak nie mogę, gdyż wychodząc z Azji moglibyście poczuć się oszukani przeze mnie nie mniej, niż ja poczułem się oszukany przez kogoś, kto zamieścił w materiale promocyjnym sformułowanie "Powiew Chin w sercu miasta. Będziecie mieli do czynienia z elegancką restauracją serwującą wyśmienite dania chińskie i europejskie". Dla mnie to zwykła farsa, a olbrzymie rozczarowanie stanem faktycznym sprawia, że taka reklama bardziej restauracji szkodzi, niż pomaga.

Jedzenie: 2+
Obsługa: 3-
Wystrój: 3
Jakość do ceny: 2


KOSZTORYS:
Sajgonki - 8 zł.
Paluszki krabowe – 8 zł.
Zupa słodko-kwaśna z bambusem – 7 zł.
Zupa jajeczno-krewetkowa - 7 zł.
Frutti di mare – 21 zł.
Danie firmowe: indyk z papryką – 19 zł.
Deser lodowy – 10 zł.
Tyskie 0,5 x 2 – 12 zł.
Suma: 92 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 2.44

ADRES: Poznań, ul. Śniadeckich 11
INTERNET: www.restauracjaazja.pl

Bookmark and Share

13 komentarzy:

ewww pisze...

Współczuję Wam tej wizyty, ale cieszę się, że zamieściliście recenzję z Azji. Najwyższy czas rozprawić się z tymi knajpami chińskimi, które serwują podłe jedzenie a potem nazywają to "elegancką restauracją z wykwintnymi potrawami". Jak dla mnie jedyną godną polecenia restauracją chińską jest "China Town" w Starym Browarze. Porcje są duże,sycące i naprawdę pyszne, do tego stopnia, że gdy mam ochotę na "chinola", to już tylko knajpka w SB wchodzi w grę. Resztę przetestowałam i wszystko tapla się w podobnym, nijakim i zniechęcającym sosie.

Misza pisze...

No niestety, ale prawdą jest zdanie o "poznańskim wydaniu" kuchni chińskiej - uważam bez cienia przesady, że dobrej chińskiej restauracji w Poznaniu po prostu nie ma - nawet określenie "chińskawe" nie bardzo przystaje...

Kiedyś dodałbym, że pewnie dotyczy to całej Polski (porównuję do przybytków odwiedzonych w kilku krajach Azji i Pacyfiku, a także Irlandii i Niemczech), ale niedawno dojrzałem szansę na zmianę tej opinii po ujrzeniu menu dim sum w knajpie na "dolnym parterze" Złotych Tarasów w Warszawie. Ceny za ten "chiński tapas" były dość wysokie, ale z całą pewnością przy kolejnej wizycie w stolicy tam zawitam.

Tymczasem życzę udanych azjatyckich odkryć, bo czasem jednak się zdarzy zjeść coś odbiegającego od typowej "chińszczyzny na telefon".

Anonimowy pisze...

ja jestem prawdziwą fanką kuchni chińskiej i jedyną dobrą restauracją w Poznaniu serwującą takie dania jest Azalia na Św. Marcinie. Polecam zupę pikantno-kwaśną i 3 mięsa w sosie ostrygowym lub schab na gorącej płycie. Miałam niestety przyjemność błądzić zarówno do Pekinu jak i Azji oraz Zielonego Smoka, Pandzie i paru innych... bez komentarza w domu robie lepsze chińskie jedzenie jedzenie.

Aleksandra pisze...

Jak dla mnie jedyne dobre chińskie jedzenie jest na ul. Szamarzewskiego - bar nazywa się bodaj Thanh Ha. W środku wygląda strasznie ale ich kurczak na ostro z czosnkiem nie ma sobie równych. I ceny bardzo przyjazne.
Choć - oczywiście - nie jest to miejsce wysokich lotów.

Olga pisze...

ja jestem raczej umiarkowaną fanką chinszczyzny... bardziej poszukiwałam dobrej indyjskiej knajpki w Poznaniu lub okolicach :) wczoraj odwiedziłam Taj India koło jeziora Malta i okazało się całkiem przyjemnie i smaczno :)

ewww pisze...

@Olga: to odwiedź jeszcze Indian Ocean (vide recenzja na Zjeść Poznań) i już będziesz miała wszystkie indyjskie restauracje zaliczone :)

Co do "chińszczyzny": właśnie na Azalię na Marcinie się szykuję... Po pozytywnej opinii oczekiwania wzrosły :)

Anonimowy pisze...

W pełni się zgadzam :). Rzadko komentuję Waszego bloga, mimo że czytam regularnie, ale w Azji przegięli niestety. Jedzenie było obrzydliwe, chyba jendo z gorszych jakie jadłem w knajpie kiedykolwiek. Sajgonki to dramat jakieś kluskowate, pierożki nie lepsze, zupa bez smaku a to ich danie lokalu :D. Do tego wszystko tak nieprzyzwoicie ostre, że z trudem to zjadłem. Kelnerka miła, tylko do chwili przyjęcia zamówienia. Kiedy nie mogłem doczekać się rachunku podszedłem do baru i okazało się, że panie kelnerki plotkują sobie przy malowaniu paznokci. Żałuję, że tam jadłem.
Ktoś w komentarzu porównywał tą knajpkę z zielonym smokiem. Tu zgodzić sie nie mogę, bo mimo, że speluna okrutna i śmierdzi tłuszczem, to kurczak w cieście z sosem curry jest mistrzem :)

Akacja pisze...

Chyba by się rozstąpił sufit i strzelił we mnie piorun, niczym w Monty Pythonie, w momencie wyciągania tej stówy z portfela. Nic mnie tak nie irytuje jak cena 21 zł za podłe danie. Dziękuję Wam moi drodzy za ostrzeżenie! Pozdrawiam :)

Piotr pisze...

Dawno nie byłem w tak beznadziejnej knajpce. Wystój jakby z lat 70-tych - gdy trudno było o coś lepszego. Niestety jedzenie okazało się gorsze niż wystrój. Na koniec niemiła obsługa zraziła nas do siebie nieuprzejmością. Zdecydowanie niepolecam nikomu.

Anonimowy pisze...

Z chiniolów to tylko "Orient Express" (azjatycki poznan) i tylko na zamówienie. Sajgonki i kurczak na ostro z czosnkiem rox :]

Anonimowy pisze...

Wczoraj mieliśmy przyjemność gościć w Azji (kolacja firmowa) i muszę napisać,że jestem zaskoczona negatywnymi opiniami.Lokal przytulny,gustowny,panie obsługujące uśmiechnięte,bardzo miłe.Polecono nam danie firmowe-wyśmienite i danie z polędwicy w ciemnym sosie-smak wykwintny.Zapowiedzieliśmy się że dzisiaj też przyjdziemy i na targach będziemy wszystkim polecać. MAJKA.

Anonimowy pisze...

zgadzam sie , najlepsza chinska to china town w starym browarze ale jest tez cos nieco dalej - ulica szamarzewskiego , Than ha orient express ,,,, polecam szczegolnie danie KURCZAK CHANG Tu, ZUPA SLODKO KWASNA
nie ma lepszego lokalu z kuchnia chinską w poznaniu. Moze odwiedzicie ten lokal i napiszecie cos wiecej, warto, choc wystroj nie jest rewelacyjny to jedzenie smaczne i nie drogo

Anonimowy pisze...

Anonimowy z 2 marca - naprawdę te tandetne, kiczowate rysunki na ścianie nazywasz "gustownymi"?

Mam Azję pod nosem i fakt, ze tempo obsługi jest fatalne.

Natomiast do jedzenia tam polecam szaszłyki z sosem z orzeszków ziemnych.

Sos z dania firmowego - widzę, że w tańszych lokalach jest hit nr 1. Już kilka razy na niego wpadłam w potrawach "orientalnych" - nawet w tych lokalach, które były tu chwalone.

Elfir

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...