piątek, 8 kwietnia 2011

SHIVAZ club & restaurant / ocena 3.69

Restaurację Shivaz odwiedziliśmy 20 marca i choć data ta była iście przypadkowa, to okazało się, że trafiliśmy na Holi - hinduistyczne święto radości i wiosny, podczas którego uczestnicy polewają się barwioną wodą i posypują nawzajem kolorowymi proszkami, symbolizującymi budzącą się do życia przyrodę.



ONA:
Zainteresowanie poznańskimi przybytkami serwującymi kuchnię indyjską już trochę osłabło, natchnęło nas jednak na tyle, że krótko po wizycie w Indian Ocean postanowiliśmy wybrać się do innego lokalu o konotacjach indyjskich. W Indiach jeszcze nigdy nie byliśmy, a jak się okazuje kuchnia Indian Ocean (zarówno ta przed jak i po "Kuchennych Rewolucjach") wzbudziła wiele kontrowersji, stąd poczuliśmy zarówno ochotę jak i potrzebę zestawienia jej menu z indyjskimi specjałami serwowanymi gdziekolwiek indziej. Do wyboru akurat Shivaz skłonił nas pozytywny komentarz pozostawiony przez jednego z Czytelników bloga.

Miejsce, w którym znajduje się restauracja kojarzę z różnymi pomysłami na biznes. Pamiętam, że wcześniej był tam fryzjer - Kenzo, później lokal - Fashion Cafe, żeby w końcu przeobrazić się w klubo-restaurację Shivaz. Przyznam, że estetyka klubowa jest mi obca, nie chodzę i chyba niespecjalnie lubię taki klimat i niestety to odrobinę rzutowało na mój początkowy odbiór Shivaz. Co więcej mieszane uczucia budzą we mnie miejsca, które nie potrafią do końca określić swojego przeznaczenia (przychodzimy tu jeść, czy się bawić?). Muszę jednak uczciwie przyznać, że choć Shivaz jest klubo-restauracją, to po przekroczeniu jej progu i minięciu szatni, nie wyczuwałam w powietrzu zmęczenia zabawą poprzedniego wieczoru. Wnętrze nawiązuje do estetyki hinduskiej, choć jak na owe standardy utrzymane jest w dość monochromatycznej stylistyce. Królują fiolety i ich pochodne. Na ścianie za barem dostrzec można fototapetę z hinduskim bóstwem, a wokół lamp przymocowanych przy suficie zawieszono frędzlowate zasłony. Wnętrze jest bardzo wysokie co sprawia, że trudno tu mówić o przytulności, efekt ten potęguje jeszcze podłoga z jasnych, błyszczących płytek.

Po krótkiej weryfikacji menu zdecydowałam się na zupę pomidorową (specjał południowo indyjski) oraz Fish Curry – specjalność szefa kuchni. Tę właśnie zupę wzięłam dlatego, że chciałam się przekonać, czy indyjska wersja jest mnie w stanie zaskoczyć, natomiast rybę wybrałam po to by zestawić ją z daniem wypróbowanym w Indian Ocean. Zupa była smaczna, pikantna i delikatnie słodka dzięki dodatkowi mleczka kokosowego. Miała jednak jedną zasadnicza wadę, była zdecydowanie zbyt słona. Niewiele brakowało, żeby danie w ogóle przekroczyło akceptowalną granicę „słoności”. A szkoda, bo gdyby nie ta sól zupa byłaby całkiem ciekawa. Równie ambiwalentne odczucia mam względem zaserwowanej ryby. Z jednej strony zaskoczył mnie wyjątkowo smaczny sos, który podobnie jak zupa zgrabnie zbalansował nuty ostrzejszych przypraw z kokosową słodyczą. I tutaj jednak pojawił się konkretny zgrzyt w postaci samej ryby. Wprawdzie po krótkiej rozmowie z Panią kelnerką uprzedzona zostałam, że w moim daniu głównym pojawi się tilapia, ale przyznam, też że nigdy wcześnie tej ryby nie próbowałam (prawdopodobnie ulegając magii jej złej prasy). Ryba miała konsystencję galaretki i muszę powiedzieć, że niespecjalnie mi to odpowiadało. Prawdopodobnie inna ryba sprawiłaby, że oceniałabym to danie dość wysoko, jednak nie mogę tego zrobić. Koniec końców, po zmęczeniu dwóch kawałków postanowiłam zjeść sam sos z ryżem (oba bardzo smaczne). Na minus liczę również nieciekawą i pospolitą sałatkę (kapusta, ogórek, papryka, pomidor, marchewka), która w kontekście swojej ceny (10 zł) wypadła jeszcze bardziej blado. Po wszystkim zdecydowaliśmy się na deser – Gulab Jamun, czyli niewielkie pączki w słodkim syropie, posypane wiórkami kokosowymi. Ten sam deser próbowaliśmy za pierwszym razem w IO i muszę powiedzieć, że te w Shivaz były lepsze - bardziej delikatne i bardziej puszyste.

Jeśli miałaby porównać Shivaz z IO byłoby to trudne zadanie. Z jednej strony ze względu na fakt, że Shivaz jest bardzo przestronną , urządzona z pewnym rozmachem i w centrum miasta restauracją (podczas, gdy IO nadal pozostaje skromnym przybytkiem) z drugiej ze względu na to, że obie restauracje są w rękach Hindusów (wierzę, że wbrew temu co mówi Magda Gessler oba lokale starają się przedstawić Poznaniakom choć skrawek autentycznej kuchni). Zarówno Shivaz jak i IO mają też swoje kulinarne plusy i minusy, ale ostatecznie w mojej ocenie wypadają na zbliżonym poziomie. Dodam jeszcze, że po posiłku, klubowa przestrzeń (parkiet na półpiętrze) zyskała na chwilę nieco mojej sympatii. Hinduskie święto i muzyka sprawiło, że kilka osób poderwało się do tańca. I choć królem parkietu nigdy nie byłam, to rytmiczne kołysanie i pełne gracji ruchy innych skłoniły mnie do nieśmiałego spytania Marcina, czy przypadkiem nie miałby ochoty na wspólny taniec. Odpowiedział pytaniem: „A Ty nie miałabyś przypadkiem ochoty na jeszcze jeden kawałek ryby!?” No i wyszliśmy, a ja postanowiłam przyjąć tę potwarz ze stoickim spokojem ;)

Jedzenie: 4-
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 3+


ON:
Tak jak niedawno opisywana Cactus Factoria, tak i Shivaz to zarówno restauracja, jak i klub. Nie jestem zwolennikiem takich mariaży, a w Shivaz podoba mi się to jeszcze mniej aniżeli we wspomnianej CF. Tam bowiem lokal ma 3 piętra i tylko ostatnie przeznaczone jest pod działalność stricte klubową. Tu natomiast nie ma żadnego rozdziału - jedna i ta sama przestrzeń wykorzystywana jest inaczej w dzień, a inaczej wieczorami. Nie oceniam klubu, ale restauracja traci na tym pod kątem przytulności i klimatu, który notabene nie zmienił się zbytnio od czasów niegdysiejszej Fashion Cafe. Zmianie uległy tylko kolory i ozdobne detale. Dodatkowo miałem trudne do wytłumaczenia wrażenie jakby wciąż trwał tam remont. Co mnie jednak zdziwiło z początku, to fakt, że w senne niedzielne popołudnie wszystkie stoliki w lokalu były zajęte. Dość szybko zorientowaliśmy się jednak, że trafiliśmy na hinduskie święto, a większość gości wygląda na rodzinę i przyjaciół właścicieli lokalu, którzy zebrali się tutaj, aby razem świętować. Świadczyła o tym nie tylko ciemniejsza od słowiańskiej karnacja co drugiego biesiadnika, turbany i sari, ale także pomalowane na różowo twarze.

Przy akompaniamencie głośnej hinduskiej muzyki (ilustrowanej wyświetlanymi na rzutniku teledyskami Britney Spears) zdecydowałem się na zupę oraz danie z baraniny. Z wyborem konkretnych pozycji wstrzymałem się jednak do rekomendacji Pani kelnerki, która poleciła mi zupę z soczewicy (Mulligatawny) oraz baraninę w sosie cebulowym (Bhuna Gosth). Do tego wespół z Anią domówiliśmy dodatki - miseczkę ryżu basmati oraz sałatkę ze świeżych warzyw. Tradycyjnie też, wspólnie zamówiliśmy deser. Początkowo miał nim być sernik o smaku mango (Mango Sondesh), niemniej był on niedostępny, a my zdecydowaliśmy się na małe indyjskie pączki w słodkim syropie (Gulab Jamun), które znaliśmy już z pierwszej wizyty w Indian Ocean.

Przyznam, że soczewica gotowana w bulionie baranim i mleku kokosowym w smaku przypominała zwyczajną polską fasolówkę, a tym samym daleko jej było do wyrazistych smaków, które z Indiami kojarzyłem i które w indyjskiej restauracji miałem nadzieje poznać. Z tego co doczytałem po fakcie, to do wyboru była wersja łagodna i pikantna. Ja niestety wyboru takiego nie miałem (nikt mnie o to nie dopytał), a z pewnością bardziej odpowiadałaby mi wersja pikantna. W ogóle dziwnie z tą zupą chyba było, bowiem podawana miała być również z ryżem i plasterkiem cytryny. Ja takich dodatków nie pamiętam, a i zdjęcia ich obecności również nie wykazują. Przyszła jednak kolej na danie główne, które było swoistym kontrastem pysznego sosu cebulowego i beznadziejnego mięsa baraniego. Nie rozumiem, jak szef kuchni, który potrafi przyrządzić taki sos, może zupełnie nie zwracać uwagi, jakie mięso do niego wkraja. Kawałki baraniny były otłuszczone, tak jakby nikt tego mięsa nie oporządził wcześniej, tylko kroił barana jak leci, aby nic się nie zmarnowało. Początkowo myślałem, że może mają jakiś problem z baraniną i tylko kwestia tego mięsa u nich szwankuje. Gdy jednak spróbowałem od Ani rybę (strasznie obślizgła), to zrozumiałem, że problem jest szerszy i albo kucharz jest wegetarianinem, który nigdy tej ryby i tego mięsa nie próbował, albo restauratorzy nie szanują swoich gości, przykrywając wybornymi sosami składniki wątpliwej jakości. Przy czym, co jak co, ale zarówno mięso, jak i ryba, to nie poboczne składniki, a baza zamówionych przez nas potraw. Kontrast cechował zresztą również dodatki i tak oto na stole mieliśmy przepyszny ryż i zupełnie nieudaną sałatkę. Porcja tej ostatniej była równie spora i kolorowa, co pozbawiona smaku. Brakowało w niej jakiegoś spoiwa lub chociażby myśli przewodniej. Były za to suche elementy, których kosztowanie nie sprawiało żadnej przyjemności. Co innego ryż basmati, który był bodajże najsmaczniejszym ryżem, jaki miałem okazje kiedykolwiek w poznańskiej restauracji próbować. Sypki, delikatny, z nutką goździków - poezja. Z perspektywy czasu i jakby była taka możliwość, to zamówiłbym sam ryż z sosem cebulowym. Domówiłbym do tego także Gulab Jamun na deser, bo choć w Indian Ocean małe pączki mnie nie zachwyciły, to w Shivaz mnie oczarowały. Nie były tak przesłodzone, jak te wcześniejsze i wręcz rozpływały się w ustach. Podane zostały na ciepło, a ich delikatność smaku idealnie komponowała się z syropem, który je otaczał. Także wiórki kokosowe, w których były obtoczone sprawdziły się bardziej aniżeli płatki migdałów. I choć deser mnie zaczarował, to zapomnieć o pewnych sprawach nie mogę. Ostatecznie przyznaję zatem 3+ za zupę, 3 za danie główne, 5 za ryż, 3- za sałatkę i 5 za deser.

Przygodę z indyjską kuchnią rozpoczynałem w nieistniejącym już Reeta's Haveli. Później dwukrotnie było Indian Ocean, a teraz Shivaz. Do sprawdzenia w granicach miasta zostały już zatem tylko Buddha Bar i Taj India. Nie wiem, która z wymienionych restauracji ostatecznie będzie moim indyjskim faworytem, ale póki co jest nią jednak Indian Ocean. Gdyby jeszcze lokal ten miał lokalizację Shivaz i serwował taki ryż i takie Gulab Jamun, jakie w Shivaz serwują, to już dalej faworyta bym w ogóle nie szukał.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4-
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4=


KOSZTORYS:
Shahi Raj Rasam (zupa pomidorowa – południowoindyjski przysmak - łagodna lub pikantna) – 8 zł.
Mulligatawny (soczewica gotowana w bulionie baranim i mleku kokosowym, podawana z ryżem i plasterkiem cytryny - łagodna lub pikantna) - 10 zł.
Shivaz Special Fish Curry (kawałki ryby w łagodnym sosie kokosowym – specjalnosci szefa kuchni) – 30 zł.
Bhuna Gosth (baranina w sosie cebulowym) – 28 zł.
Plain Rice (ryż basmati) - 6 zł.
Sałatka ze świeżych warzyw - 10 zł.
Gulab Jamun (małe indyjskie paczki w słodkim syropie) – 8 zł.
Paulaner 0,5 x 2 - 20 zł.
Suma: 120 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.69

ADRES: Poznań, ul. Podgórna 6

INTERNET: www.shivaz.com.pl

Bookmark and Share

7 komentarzy:

Makdaam pisze...

Uuu, to rzeczywiście można kiepsko trafić. Co prawda nie miałem problemu z zamówieniem wersji pikantnej, ale też w nowych lokalach zawsze szczegółowo czytam kartę dań, a dopiero w drugiej kolejności polegam na obsłudze.

Gdy byłem tam ostatnio trafiłem na lepszą baraninę (kruche mięso), a znajomi narzekali na to, że chyba podano im ostrą wersję zupy z soczewicą (wersja łagodna też była odpowiednio przyprawiona). Zaskoczyło mnie więc to, że jakość w Shivazie to taka loteria.

Misza pisze...

Mi w Shivaz smakowało, choć o zachwytach też nie może być mowy, ale to może kwestia możliwości próbowania tej kuchni również "bliżej źródła" ;).

Bardzo szerokie menu, dania o "prawdziwych" nazwach, droższe niż w IO, a porównywalne cenowo z BB, gdzie jednak jedzenie moim zdaniem było lepsze (ale to 1,5 roku temu).

Także polecam BB, natomiast co do Taj India - ostatnio byłem tam z 6-7 lat temu i pamiętam dość wysokie ceny, a kuchnię może smaczną, ale niekoniecznie autentyczną. No ale może od tej pory coś się tam zmieniło.

Anonimowy pisze...

Też uległam manii na kuchnię hinduską. Zaczęłam od IO (chciałam tam być przed emisją programu w telewizji), potem odwiedziłam Taj India, dziś Shivaz. Miejsce takie sobie, mnie nie zachwyciło, tym razem muzyka hinduska plus Fashion TV (ciekawe po co?) i raczej pustki. Zupa z soczewicy w wersji chyba pikantnej mnie smakowała, zawierała i ryż, i plasterek cytryny. Ryba w sosie curry w przeciwieństwie do zupy była zbyt łagodna (a nawet niedoprawiona) i również jakby rozgotowana. Ryż faktycznie smaczny z kawałkami cynamonu czy innych orientalnych przypraw. Taki zestaw plus herbata RichMond - 52 zł. Moim faworytem pozostaje Taj India, choć tam trzeba uważać na pikantność dań, bo nawet łagodne (w menu) okazują się bardzo ostre.
Dusia
PS Nie jadłam nic pomidorowego, bo po Taj India wiem, że to zupełnie inny smak niż nasz i dziwny malinowy kolor.

Jasek pisze...

To paskudna sytuacja wydać sporo za kiepskiej jakości obiad. Fajnie, że ostrzegacie przed takimi wtopami. Z kuchni indyjskiej próbowałem tylko Buddha Bar i muszę powiedzieć, że lubię ich jedzonko, choć mam wrażenie, że kiedyś było lepsze. Fakt połączenia klubu i restauracji trochę przeszkadza, zwłaszcza, że kiedy jedliśmy tam trochę późniejszy obiad, zaczęli już pojawiać się goście klubowi ;). Muszę spróbować Indian Ocean, bo widzę, że dla Was jest to, taka ulubiona spelunka jak dla mnie Zielony smok ;). Powodzenia w nowej pracy! Fajnie patrzeć jak pasja zmienia się w zawód :).

Anonimowy pisze...

Tak kręcicie się po peryferiach indyjskiej kuchni. To tak jakby opisywać Tatry spod kramów góralskich przy Okrąglaku. Proponuję wejść do Thai India i sprawdzić

Anonimowy pisze...

nie wiem jak opisac w skrocie sytuację, która zdarzyła się w tym okropnym miejscu, ktore nie zasluguje na miano restauracji. wybrałysmy sie tam z kolezanka korzystając z zakupionego kuponu. kelnerka była bardzo miła, złozyłysmy zamówienie po czym po okolo 15-20 min czekana na danie przyszła do nas baba w brudnej marynarce, wstretnym makijazu o twarzy pani spod zabki zbierajacej na piwo i powiedziala nam, ze nie mozemy dostac tego co zamowiłysmy bo jednak w gruponie jest bład i danie moze zjesc tylko jedna osoba?! tłumaczac jej, ze znamy jezyk polski niestety kobiecie, która z wyksztaceniem nie miała nic wspolnego ciezko było prztłumaczyc, ze zwrot ,,do wyboru" nie oznacza, ze dotyczy to tylko jednej osoby i trzeba wziac zarowno zupe, danie, kawe, sok z mango i pieczywo?! a tak własnie sie okazało. Okazało sie równiez, ze dania sa juz gotowe jednak urocza pani wolała je wyrzucic niz dac je nam zgodnie z zamowieniem. Calkowicie odradzam miejsce i radze omijac je szerokim łukiem, niestety jak widac pani nie wie co podpisuje zwiazujac umowe z gruponem a do tego kompletnie nie potrafi się zachować. Totalnie odradzam!!!!

Anonimowy pisze...

Ta restauracja to jedna wielka KATASTROFA. Fatalne jedzenie, hamska obsługa - w gorszym miejscu w życiu nie byłem (aż sam się dziwie, że to piszę :))

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...