wtorek, 12 lipca 2011

Europa na widelcu 2011

W sobotę, 4 czerwca na wrocławskim rynku miała miejsce wielka biesiada, czyli kulminacyjny punkt programu III edycji festiwalu "Europa na widelcu". Co prawda działo się to w stolicy Dolnego Śląska, a nie Wielkopolski, niemniej byliśmy tam i postanowiliśmy przygotować dla Was krótką relację z tego wydarzenia.


Idea biesiady w skrócie polegała na tym, aby przybliżyć szerokiej publiczności narodowe potrawy z 31 krajów Starego Kontynentu. I choć zainteresowanie kuchniami innych kultur najlepiej realizuje się poprzez podróże i wizyty w etnicznych restauracjach, to nie zawsze możemy sobie na to pozwolić w takim wymiarze, jakbyśmy sobie tego życzyli. Zaradzić temu miało opracowane przez Roberta Makłowicza i Piotra Bikonta festiwalowe menu z 65 potrawami, za których przygotowanie odpowiadali wrocławscy szefowie kuchni. Z jednej zatem strony pokaz kuchni europejskiej, a z drugiej pokaz wrocławskiej gastronomii.

Zdawaliśmy sobie sprawę ze słabości czyhających przy organizacji festiwalu w takiej formie, ale pomysł wydawał nam się na tyle ciekawy, że nawet prognoza pogody zapowiadająca wyjątkowy upał, nie zniechęciła nas do trzygodzinnej podróży pociągiem. Notabene byliśmy chyba jedynymi biesiadnikami w pociągu relacji Poznań-Wrocław, co wydało nam się o tyle dziwne, iż plakaty promujące wydarzenie były w naszym mieście całkiem widoczne.

Kiedy dotarliśmy już na wrocławski rynek krótką chwilę zajęło nam ogarnięcie, jak to wszystko działa. Otóż najpierw, w specjalnie do tego celu ustawionych kasach należało zakupić kupony uprawniające do otrzymania dań. Cena jednego bonu opiewała na kwotę 5 złotych, a w przypadku zakupu większej ilości tychże, w prezencie otrzymać można było festiwalowe gadżety (w ten sposób staliśmy się posiadaczami koszulki i torby na zakupy). Kupony należało wrzucać do zalakowanych skrzynek, a zysk z ich sprzedaży zasilał fundusz stypendialny dla najbardziej uzdolnionych uczniów Zespołu Szkół Gastronomicznych we Wrocławiu. Mniej więcej o 14:00 impreza ruszyła pełną parą i jak na zawołanie ustawiały się wieloosobowe kolejki do poszczególnych stoisk. Postanowiliśmy przeczekać ten szturm i w zamian udać się na rekonesans, który odpowiedzieć miał na pytania - co, gdzie i w jakiej kolejności? Niewątpliwie najwięcej potraw chcieliśmy spróbować ze stoiska z kuchnią francuską, która była wiodącym tematem tegorocznej biesiady. I choć potraw z Francji było więcej niż innych, stoisko było większe i obsługiwane przez liczniejszą ekipę kucharzy, to w obliczu wręcz monstrualnej kolejki, zaczęliśmy od zupełnie nieobleganej Hiszpanii, gdzie serwowano paellę warzywną. Co prawda, już sam widok dania tłumaczył niewielkie zainteresowanie, ale i tak zdecydowaliśmy się na degustację. A posteriori liczyliśmy już tylko na to, że na wrocławskim rynku nie było żadnego Hiszpana, bo wtedy kucharz przygotowujący paellę powinien spalić się ze wstydu (blada bezsmakowa papka nie zasługiwała na swoją nazwę). Dalej mogło być (i było) tylko lepiej. Ustaliliśmy przy tym, że Marcin chce wypróbować kilka bardziej znanych mu tematów z kuchni popularnych, a Ania poeksperymentuje i poszuka mniej znanych ciekawostek zza wschodniej granicy.


Suma sumarum podział ten był jednak tylko umowny, gdyż niemal każde danie spożywaliśmy wspólnie na dwóch. I tak zdecydowaliśmy się na dania kuchni białoruskiej, chorwackiej, cypryjskiej, estońskiej, greckiej, hiszpańskiej, irlandzkiej, polskiej, portugalskiej, rosyjskiej, serbskiej i tureckiej. Konkretnie były to:

Paella de verduras (paella warzywna)
Caldeirada (portugalski kociołek rybny)
Oкрошка (okroszka — chłodnik szczawiowy na kwasie chlebowym)
Pассолник (rasolnik — rosyjska zupa ogórkowa)
Kihiline peedi-juustusalat (7-warstwowa sałatka z buraczków i śledzi)
Spanakopita (ciasto filo nadziewane serem i szpinakiem)
Htipiti (pasta z sera feta i pomidorów)
Stubica (polędwiczki wieprzowe nadziewane suszonymi śliwkami) 
Srpska vješalica (szaszłyk wieprzowy z jarzynami)
Klasik köfte (klopsiki mięsne z mięsa baraniego)
Õunakissell (kisiel jabłkowy — deser z gotowanych jabłek)
Chocolate cake with whisky (ciasto czekoladowe z whisky)
Kasza manna z konfiturą z owoców leśnych

W trakcie całego kulinarnego maratonu zrobiliśmy sobie dwie przerwy na wypicie piwa. Niestety za pierwszym razem dostaliśmy nieschłodzone, dlatego przy drugim podejściu obeszliśmy wszystkie stoiska w poszukiwaniu najzimniejszego. I tak oto po raz drugi w życiu wypiliśmy po zimnym piwie z browaru Edi. Przerwy te sprawiły jednak, że nie załapaliśmy się na żaden z francuskich smakołyków. Ogólnie zresztą po zaledwie godzinie i kwadransie w połowie stoisk brakowało już co ciekawszych dań. I tak oprócz zupy piwnej, żabich udek i ślimaków, koło nosa przeszły nam również szparagi na zimno, lody piwne, czy baklava. Chcąc jednak wykorzystać bony, które nam zostały wzięliśmy kilka potraw, których wcześniej nie planowaliśmy degustować (spanakopita, kasza manna z konfiturą z owoców leśnych oraz htipiti), a które okazały się całkiem smacznym i trafnym wyborem.


Pomysł zorganizowania festiwalu był świetny, atmosfera bardzo pozytywna (z przymrużeniem oka wliczając w to nawet śpiewających kelnerów), nie brakowało jednak pewnych niedociągnięć. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj niewystarczająca dla wszystkich chętnych liczba porcji (w efekcie czego ludzie, którzy przyszli kwadrans po 15:00 niewiele mieli już do spróbowania), kiepska organizacja jeśli chodzi o porządek (wylewające się z koszy na śmieci na płytę rynku tacki, talerze, sztućce i resztki jedzenia), a także brak choćby prowizorycznych stolików (tak, aby można zjeść w spokoju potrawy wymagająca nieco większej ekwilibrystyki „sztućcowej”). Do życzenia sporo pozostawiała też kwestia jedzenia, bo choć można było znaleźć kilkanaście mniej lub bardziej interesujących smakołyków, to jednak większość dań nie zachęcała zbytnio do odkrywania innych kulturowo kuchni. Winne temu były zapewne specyficzne warunki, które wymuszały na kucharzach kompromisy. Wykwintnej kuchni nie sprzyjał bowiem, ani budżet potrawy, jej wcześniejsze przygotowanie, jak i warunki przechowywania. I tak o ile podgrzewana zupa nadal będzie smaczna, to niektóre potrawy przetrzymywane na rynku w podgrzewaczach i pudełkach, traciły na swojej atrakcyjności. Niespecjalnie też sprawdziła się wielka scena, na której głośno brylował Robert Makłowicz, bo choć rozumiemy, że trzeba czasem robić show, to serce festiwalu biło zdecydowanie gdzie indziej.

Po wszystkim leniwym krokiem, niczym wojownicy po zaciętej walce (Marcin z malowniczą plamą z ciasta z whisky na koszulce oraz Ania w kolorze świeżo ugotowanego homara za sprawą połączenia jasnej karnacji i ostrego słońca) wracaliśmy w stronę dworca, debatując o tym, że co, jak co, ale nikt nam już nie wmówi, że Wrocław jest dużo ładniejszy od Poznania :)


POST SCRIPTUM
Gwoli ścisłości należy dodać, że opisywana przez nas biesiada to główny i kulminacyjny, ale nie jedyny punkt programu "Europy na widelcu". Festiwalowi towarzyszył także przegląd filmów kulinarnych "Apetyt na kino",  Turniej Nalewek oraz Potyczka Destylatów Owocowych. Przez cały tydzień trwał również jarmark produktów spożywczych, w którego ramach funkcjonowały - „Aleja Win” i „Aleja Piw”.

KOSZTORYS: kupon na danie degustacyjne - 5 zł

ADRES: Wrocław, Rynek
INTERNET: www.smakiwrocławia.pl

Bookmark and Share

1 komentarz:

Ania pisze...

Akurat trafiłam na opis "degustacji porównawczej" pizz http://modularpeople.com/news/architecture-in-helsinki-tour-diary/8568.html tak nie a'propos Wrocławia a planów przyszłych.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...