wtorek, 20 kwietnia 2010

PRACOWNIA cafe restaurant - cz. II / ocena 3.84

Założyliśmy sobie, że od czasu do czasu będziemy wracać do restauracji już wcześniej przez nas opisywanych. Tym razem padło na Pracownię. Z jednej strony dlatego, że lokal stał się naprawdę popularny, a z drugiej strony dlatego, że sami mieliśmy ochotę na dania tutejszej kuchni.

PS Opis pierwszej wizyty znajdziecie tutaj.


ONA:
Tym razem daruję sobie opis wnętrza lokalu, ponieważ od naszej ostatniej wizyty niewiele się tu zmieniło. Ciekawy klimat wnętrza niedokończonego, jest już jednak mniej świeży niż na początku. Nie jest to żaden zarzut, ponieważ każde oryginalne wnętrze, które ujmuje na początku, potrafi ”opatrzyć się” zdecydowanie szybciej niż to klasyczne. Podobne odczucia mam względem restauracji Mosaica.

Bez względu na porę dnia i dzień tygodnia w lokalu panuje spory ruch i czasem dość trudno znaleźć tu wolny stolik. Ten duży ruch ma również przełożenie na poziom zadymienia Pracowni. I o ile osobiście nie mam z tym dużego problemu, o tyle, jak już wspominałam wcześniej, jedzenie w oparach dymu skutecznie mnie do wszystkich zniechęca. Tym razem udało nam się jednak trafić do Pracowni o takiej porze, że nikt naszego posiłku dymem nie zakłócił. Zajęliśmy miejsca przy oknie z widokiem na ulicę Woźną i poczekaliśmy chwilkę na bardzo uprzejmą, młodą i sympatyczną osobę z obsługi. W tle usłyszeć można było jazzujące wariacje na temat kołysanki z filmu Dziecko Rosmary, dopóki obsługująca nas osoba nie została zmieniona przez inną, równie sympatyczną, choć o nieco odmiennym od mojego guście muzycznym (muzyka zmieniła się natychmiast i usłyszeliśmy piosenkę Teardrop, a później inne zmierzające bardziej w kierunku lekkiego rocka). Moje obserwacje w tej kwestii są tym razem dość szczegółowe, ponieważ Pracownia zapisała się w mojej pamięci jako miejsce z interesującą muzyką, poza tym, już dawno nie przyszło nam czekać na jedzenie tak długo (pierwsze dania pojawiły się po około 45 minutach). Na początek zamówiłam sałatkę "Trzy kolory". Była pyszna. Świeży szpinak w połączeniu z delikatną słodyczą pieczonej papryki, prażonymi orzeszkami pinii, pomidorkami koktajlowymi, kawałkami rokpolu i dressingiem miodowo – musztardowym, sprawił moim kubkom smakowym dużo radości. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze pieczywa. Zdaję sobie sprawę, że niektóre osoby za porównanie walorów smakowych Rokpolu z Roquefortem postawiłyby mnie przed plutonem egzekucyjnym, jednak ja nie jestem w tej kwestii aż tak bardzo ortodoksyjna i potrafię czerpać przyjemność z jedzenia naszej rodzimej wersji kultowego, francuskiego sera. Po wybornej sałatce i znów dość długim czasie oczekiwania, na stole postawiono przede mną danie główne – Pad Thai. Jest to klasyka gatunku jeśli chodzi o dania tajskie, choć przyznaję, że nie miałam okazji próbować go nigdy wcześniej. Porcja była naprawdę imponująca, myślę, że spokojnie zaspokoiłaby dwie osoby. Wstążki makaronu ryżowego w sosie z tamaryndowca (praktycznie przeze mnie niewyczuwalnym) i sosie rybnym (ten czułam wyraźnie) usmażone zostały z krewetkami, chili, czosnkiem, strzępkami jajka i prażonymi orzeszkami ziemnymi. Danie przyozdobione zostało kawałkiem limonki, trójkątami smażonego tofu i zmielonymi orzechami ziemnymi. To bogactwo składników i orientalny przepis nie przełożyły się jednak na bogaty i orientalny smak. Całość wypadła jałowo, a ja po zasyceniu sałatką i wyłowieniu z dania wszystkich krewetek, niespecjalnie miałam ochotę jeść dalej. Dodam, że jeżeli ktoś obawia się spróbować Pad Thai ze względu na dodatek chili, to uspokajam, że danie zupełnie nie było pikantne. Całość popiliśmy smacznym, białym sauvignon blanc. Tradycyjnie chcieliśmy jeszcze zamówić deser, niestety zabrakło brownie, a na nic innego nie mieliśmy akurat ochoty.

Pomiędzy dwoma umieszczonymi na blogu recenzjami Pracownię odwiedziliśmy już kilka razy. Były to jednak szybkie posiłki np. zupa lub deser. Wspomniane wcześniej brownie miałam okazję spróbować już wcześniej i przyznaję, że jest bardzo smaczne - tak samo, jak wszystkie zupy dnia, które dotychczas przyszło mi tutaj skosztować. Mam też wrażenie, że pracujący w Pracowni kucharz (kucharze) jest naprawdę dobry w małych formach – zupy, przekąski, desery, sałatki (choć „ciepła koza” trochę mnie kiedyś rozczarowała). Z mojego punktu widzenia, dania główne wypadają trochę słabiej – choć i tu zdarzają się bardziej i mniej udane propozycje (ja ostatnio trafiłam trochę gorzej). Wizyta w Pracowni jest zatem pewnego rodzaju loterią. Przyznaję jednak, że ja dość często kupuję na nią kupony ;)

PS Długo wahałam się nad ostateczną oceną jedzenia. Kiedy pomyślę o sałatce oraz innych daniach, które wypróbowałam tutaj już wcześniej, bardziej skłaniam się w kierunku 4. Wspomnienie Pad Thai sprowadza mnie jednak trochę na ziemię. Tym samym chcąc być konsekwentną (oceniam jedzenie z konkretnego wyjścia) stawiam „poprawnie z plusem”, czując jednak pewien niedosyt.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 3+
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4-


ON:
Po pół roku wracamy z blogiem do Pracowni. Październikowa wizyta była drugim, a obecna jest naszym trzydziestym siódmym wyjściem. Spróbuję skonfrontować ze sobą te wizyty tak, jak chcąc, nie chcąc - skonfrontowałem dwie wizyty w Kuchni Chrisa - jedynej restauracji, do której powróciliśmy przed Pracownią. Warto przy tym zauważyć, że już sama chęć powrotu, to dla lokalu pewne wyróżnienie. Któż bowiem z Was chciałby wracać do miejsca, które mu nie odpowiada? Ja na pewno nie! Skoro jednak w Pracowni mi odpowiadało, to chętnie tam wróciłem. Zresztą wrócić zamierzaliśmy już wcześniej, ale gdy tam dotarliśmy w pewne popołudnie, to jedyny wolny stolik był w tak gęstej chmurze dymu papierosowego, że spożywanie posiłku wydawało się nieprawdopodobne. Wyszliśmy zatem, aby przybyć ponownie w weekend, który podobnie jak i pora lunchu - jest najwłaściwszym czasem, aby w Pracowni zamawiać posiłki. Wieczorami bowiem, tak i późnymi popołudniami - "cafe restaurant" zamienia się w typowy pub.

Zamówiłem kremową zupę dnia oraz krewetki w tempurze. Domówiliśmy też po lampce białego wina domu. Krem ze szpinaku z serem feta przypominał mi trochę w konsystencji i smaku zupę szczawiową. Był przy tym bardzo delikatny i chciałoby się, żeby feta nadawała mu trochę więcej wyrazistości, niż miało to miejsce. Zupa dnia w Pracowni to zawsze dobry wybór niemniej wszystkie przeze mnie próbowane do tej pory (pomidorowe cappuccino, krem z dyni, czy krem z selera) były lepsze, aniżeli tym razem. I choć bardziej odpowiada mi zupa szpinakowa serwowana w Meze, to i tak fajnie jest być każdorazowo zaskakiwanym inną zupą dnia. Przechodząc do dania głównego, wspomnę, że tempura była do wyboru z warzywami, piersią z kurczaka lub krewetkami. Ja wybrałem krewetki, które zostały usmażone w panierce i podane z miseczką ryżu z sosem sojowym, dwoma liśćmi sałaty oraz dwoma sosami (cytrynowym ponzu i chilli aioli). Choć i tej potrawie zabrakło wyrazistości - delikatna i trochę bladawa tempura, mało pikantny chilli aioli, a także niedoprawiona niczym sałata - to stało poziom wyżej od zupy. Naprawdę oczarowany byłem jednak dopiero winem. Zazwyczaj w polskich warunkach wino domu jest mało wymagającym trunkiem z niższej półki. Jednak nie tym razem! Co prawda wino domu nie było tym które znajduje się w karcie (francuskie La Devoy z winnicy Andre Aubert), niemniej zaproponowane w zastępstwie hiszpańskie sauvignon blanc było kwiatową rozkoszą dla podniebienia. Ostatecznie przyznaję 4- za krem ze szpinaku, 4 za krewetki w tempurze oraz 5- za wino. Najsłabszym ogniwem była tym razem obsługa, bo choć wszystkie panie były bardzo sympatyczne, to efekt nie może być zadawalający, gdy jeden stolik obsługują trzy różne kelnerki (pierwsza zakończyła zmianę, drugą ją zaczęła, a trzecia dopiero się szkoliła). Summa summarum - na danie główne czekaliśmy godzinę, a i pozostałe przestoje były dość długie. Ponadto pod koniec wizyty panowały w lokalu niemalże egipskie ciemności, jednak nie kwapiono się, aby włączyć dodatkowe oświetlenie (od początku paliła się 1/4 zamontowanych lamp). No i po rachunek było trzeba pofatygować się samemu.

Podobnie, jak w przypadku Kuchni Chrisa - moje drugie podejście do Pracowni okazało się nieco słabsze, aniżeli wcześniejsze. Sam nie wiem, czy jest to kwestia wysokiej pozycji, z jakiej lokal startował przy pierwszej ocenie, a może doświadczenia, jakiego ja z czasem nabrałem w kwestii kulinarnej, czy też regularnego obniżania lotów przez lokale, które ugruntowały swoją pozycje na lokalnym rynku gastronomicznym. Jakby nie było, to pozostaję optymistą i mam nadzieję, że już wkrótce zdarzy się okazja, aby wrócić do któregoś z recenzowanych wcześniej lokali i przyznać ocenę wyższą, niż przy pierwszym podejściu :)

PS  Może się powtarzam, ale naprawdę ilekroć tam jestem, zastanawiam się kto wymyślił stoły z tak niepraktyczną i ograniczającą ruchy metalową ramą?

Jedzenie: 4
Obsługa: 3+
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4


KOSZTORYS:
Sałatka Trzy kolory: 18 zł.
Kremowa zupa dnia: 8,5 zł.
Pad Thai: 29 zł.
Krewetki w tempurze: 28 zł.
Wino domu 0,125 x 2: 15 zł.
Suma: 98,5 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.84

ADRES: Poznań, ul. Woźna 17
INTERNET: www.pracowniacafe.com

Bookmark and Share

6 komentarzy:

Misza pisze...

Pad thai takie właśnie jest - nie ma bardzo "bogatego i orientalnego smaku" - rzekłbym, że jest chyba najbardziej neutralnym daniem tej kuchni. Nie jadłem go w Pracowni, więc nie mogę w pełni skomentować, jednak uważam, że ocena powinna uwzględniać też to, że nigdy go wcześniej nie próbowaliście :) Czyli może "nie zachwycił" nie z racji kiepskiego wykonania, co z samego charakteru oryginału.

To tylko taka mała uwaga :) Ogólnie, niedawno wspólnie ze znajomymi odwiedziliśmy Pracownię po raz pierwszy - mając w pamięci Waszą dobrą recenzję. Zawodu nie było, za to kilka miłych niespodzianek i owszem :) Też tam chętnie wrócę, zwłaszcza na te osławione zupy.

Krystyna pisze...

Hm, tempura chyba jest w cieście a nie panierce? Jak dla mnie to właśnie jej bardzo delikatny smak decyduje o tym, że została przeze mnie zamówiona już dwa razy w tym lokalu. Cieszy mnie, że smak nie był wyrazisty jak hot wings. I sosy genialnie do niej pasowały. Mogę się jednak wypowiedzieć na temat pozostałych tempur, a nie z krewetkami. Moje tempury były też podane z kiełkami lucerny, które się świetnie komponowały. Każda zupa dnia, jaką przyszło mi spróbować w tym lokalu była cudowna.

Zjeść Poznań pisze...

Misza, oczywiście zgadzam się z Tobą, dlatego też w recenzji umieściłam informację o tym, że Pad Thai nie jadłam nigdy wcześniej (w domyśle - mogę oceniać tylko czy mi smakowało, czy nie). Oczywiście moja ocena uwzględnia fakt, że nie znam oryginału - dlatego zdecydowałam się na bezpieczne "poprawnie". Będę jednak obstawać przy swoim - osoba, która Pad Thai nie próbowała wcześniej, po opisie w menu będzie spodziewała się czegoś wyrazistego i orientalnego, a nie prawie bezsmakowego. Niemniej dziękuję za ciekawe informacje o samym daniu, trochę mnie od niego odstraszyłeś ;), ale jeśli kiedyś będę miała okazję wypróbować wersję oryginalną, to skuszę się z czystej ciekawości.

Krystyna, tempura to usmażone w cieście warzywa, owoce morza lub ryby, niemniej ciasto po usmażeniu przypomina delikatną, półprzezroczystą panierkę i takie właśnie określenie zostało użyte w karcie menu Pracowni. Dodam przy tym, że ideałem potrawy w tempurze było dla mnie do tej pory jedno z dań w restauracji Fusion - sałatka z homara marynowanego w orientalnych ziołach i smażonego w tempurze oraz świeżego szpinaku i kruchej sałaty z dodatkiem pikantnej pomarańczy podana z sosami teryiaki oraz syropem pomarańczowo-szafranowym. Tam też sama tempura była bardzo delikatna, ale całość zniewalała bogactwem smaku. Pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Witajcie,
nadal regularnie czytam Waszego bloga, w większości odwiedzam też te miejsca, powiem więcej - zamawiam to, co Wy (siła sugestii). Przekażę też moją - taką językową, z życzliwości - zwróćcie uwagę na "NIEMNIEJ" (nadużywacie, chyba ONA bardziej, stąd wiem, kto pisał komentarz powyżej. Pozdrawiam :)

Anonimowy pisze...

Witajcie, również śledzę bloga, z dużą przyjemnością. Pracownię lubię, zupy pyszne, dania główne poprawne, tu się zgodzę. nawiązując do wypowiedzi przedmówcy o słowie "niemniej" - ja znalazłam inne słowo, którego nadużywa z kolei Marcin: "aniżeli" - wydaje mi się, że neutralne "niż" jest o wiele lepsze (mnie trochę to "aniżeli" drażni). Wybaczcie tę drobnostkę, recenzje czyta się dobrze. Co do pizzerii, spróbujcie (ale tylko pizzy) w Luigi na Woznej, pracuje tam Włoch i pizza najlepsza chyba w Poznaniu.

Anonimowy pisze...

Zgadzam się z przedmówcą odnośnie pizzy w Luiggii - warto pójść i spróbować.Jestem stałą bywalczynią i szczerze powiem,że tak jak pozostała część dań nie powala tak oprócz pizzy warto tam zajrzeć dla:chłodnik-latem,tiramisu i ciepłe ciastko czekoladowe,poncz(m.in z wina poziomkowego,które można też u nich nabyć).Miejsce jest klimatyczne,atmosfera rodzinna-miejsce spotkań "wolnych zawodów",prawie każdy zna każdego,a właścicielem jest Włoch,prowadzą-matka z córką.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...