piątek, 6 sierpnia 2010

HUGO restaurant / ocena 4.66

Hugo to kolejna restauracja, którą obserwowaliśmy niemalże od samego początku. Nawet wcześniej - śledziliśmy już ją na etapie remontu sali, za każdym razem kiedy wracaliśmy ze sklepu z winami. Po otwarciu zajrzeliśmy tam 2-3 razy żeby sprawdzić menu, które zmienia się ponoć sezonowo, a także poczuć atmosferę miejsca. Za każdym razem rozmawialiśmy z uprzejmą osobą z obsługi, która bardzo chętnie informowała o wszelkich nowościach i promocjach. Teraz przyszła kolej na właściwą wizytę :)


ONA:
Potrzeba kilkakrotnego sprawdzenia lokalu nie wynikała bynajmniej z wątpliwości jakie tenże miałby we mnie budzić. Tak samo jak w przypadku L’Heroine miałam jednak chęć zebrania garści informacji o nowym miejscu. Zdarzają mi się momenty olśnienia, kiedy do restauracji trafiam przypadkiem i to właśnie strzał w dziesiątkę, ale zdarzają się również wyjścia (i te lubię równie mocno) do których przygotowuję się jakiś czas. I tak dowiedziałam się, że właścicielka Hugo miała wcześniej Czerwony Fortepian (w którym nigdy nie byłam i w sumie nigdy też nie wybierałam się). A w Internecie przeczytałam, że szef kuchni wyznaje zasadę „respect for food” i planuje zmieniać menu zgodnie z porami roku, tak aby przygotowywać dania wyłącznie ze świeżych składników. Teoretycznie nie wyobrażam sobie lepszej rekomendacji.

Kilka słów o wnętrzu. Dwa pierwsze, które narzucają się same to przestrzeń i estetyczny minimalizm. Wieje stąd chłodem i spokojem. Szczerze mówiąc mi taka oszczędność środków wyrazu odpowiada. Ściany pokryte białą farbą, spod której wyziera faktura cegieł, czarne meble i lampy, beżowe krzesła – trudno zapamiętać więcej elementów. Bardziej formalny charakter wnętrzu nadają białe obrusy, a prosta, elegancka szafa wypełniona winami sugeruje, że mamy do czynienia z restauracją próbującą zająć miejsce wśród tych wykwintniejszych. Wydzielono tu również przestrzeń, z której obserwować można zmagania kucharzy (i tu właśnie usiedliśmy). Ta część jest siłą rzeczy bardziej nieformalna i swobodniejsza, choć to oczywiście rzecz dyskusyjna, bo tak jak przeszklona ściana umożliwia nam obserwację kucharzy, tak i kucharze mogą również obserwować swoich gości.

Szczegółowy przegląd menu dostępnego na stronie internetowej miałam już za sobą, dlatego niemalże od samego początku wiedziałam na co się zdecyduję. Pozostała tylko kwestia wina. I tu zaskoczenie, bo dla tych mniej zdecydowanych samo menu sugeruje stosowne do dania wino. Drugie zaskoczenie było takie, że cena trunku nie przyprawiała o chwilowe palpitacje serca. 9 złotych za kieliszek umożliwia dobranie różnych win do każdego z zamówionych dań. Z menu wybrałam chłodnik litewski, łososia sous vide na młodych warzywach i jabłkowo - orzechowe parfait na deser. Dzień w którym odwiedziliśmy Hugo nie należał do najbardziej upalnych, ale nie przeszkadzało mi to wyborze zimnej zupy (nota bene ciepłej w propozycjach nie było). Była to klasyka gatunku, no i ten piękny, soczysty kolor. W zasadzie nie mam żadnych zastrzeżeń. Mogę tylko powiedzieć, że zupa była niezwykle gęsta – nie jest to jednak ocena wartościująca, a raczej opisowa (lubię i te rzadkie i te gęste chłodniki). Na plus liczę ciekawie podane jajka przepiórcze, posypane pyłkiem z buraków (czego nie widać na zdjęciu). Dalej przyszedł czas na drugie danie. Szczerze mówiąc na samego łososia nie miałam specjalnej ochoty, mam wrażenie, że ta ryba to już troszeczkę zgrany temat i niczym nie jest mnie w stanie zaskoczyć. Kusiło jednak „sous vide”, które zgodnie z francuskim źródłosłowem polega na gotowaniu z wykorzystywaniem metody próżniowej. Mój łosoś ugotowany w 55 stopniach, był rzeczywiście inny niż wszystkie, które jadłam dotychczas. Delikatny, bardzo soczysty, w strukturze ocierający się o surowość, jednak smak nie pozostawiał wątpliwości, że mięso poddano obróbce termicznej. Wrażenia jak najbardziej pozytywne. Porcję ryby ułożono na liściach zblanszowanego szpinaku i udekorowano młodymi, gotowanymi warzywami (rzodkiewka, buraki, marchewka, ziemniaki, cukinia). To wszystko podlane zostało bardzo subtelną cytrynową emulsją. W zestawieniu tym na uwagę zasługiwały również gotowane warzywa, które mimo swej delikatności przyjemnie chrupały, dając wrażenie jędrności i świeżości. Danie bardzo mi smakowało. Nie poleciłabym go jednak tym, którzy gustują w potrawach pikantnych i smażonych. Ci właśnie, mogliby uznać to danie za jałowe i (o zgrozo!) dietetyczne. Przyznam, że ja czułam się niezwykle dobrze i lekko, po idealnej porcji ryby i warzywach, które wprost uwodziły ulotnym smakiem. Całość popiłam kieliszkiem wytrawnego chenin blanc. I choć nie jest to mój ulubiony szczep (o czym wspominałam już zdaje się a propos recenzji restauracji Fusion) to wino sugerowane przez kartę Hugo było do wypicia. Dalej przyszedł czas na deser - jabłkowe parfait z orzechami laskowymi i jabłkową granitą. To również propozycja na upalne lato, ale to właśnie ten deser wydawał mi się najciekawszy z karty. Parfait przypominało konsystencją chałwę, natomiast gruboziarnista granita była niezwykle ożywcza i zaskakująca w smaku. I o ile mi to zaskoczenie odpowiadało, o tyle osoba nam towarzysząca była nim troszeczkę rozczarowana. Otóż w granicie wyczuć można było wyraźną nutę selera naciowego. Bynajmniej mi to nie przeszkadzało, a stanowiło ciekawy smaczek (nawet mimo to, że od dawna chodzę z łatką deserowego pożeracza jabłeczników, ciast czekoladowych i creme brulle). Do deseru podano nam wino z tej samej winnicy, ale w wersji półsłodkiej. Było na podobnym poziomie co poprzednik i też ze względu na niego nieco monotonne. Jedzenie do stołu dostarczały nam dwie miłe Panie, z których jedna, obsługująca nas od samego początku, była niezwykle rozmowna, choć potrafiła zachować stosowny dystans oraz chętna do pomocy, choć jednocześnie nienachalna. Jak najbardziej na plus. W idealnym świecie powinna być odrobinę lepiej zorientowana w składnikach poszczególnych dań. Jednak brak tych wiadomości niezwykle chętnie i bez mrugnięcia okiem uzupełniała u kucharzy. Wyjaśnię przy tym, że w Poznaniu póki co nie spotkałam jeszcze w pełni zorientowanego w tym temacie kelnera. Wśród nich mogę jednak wyróżnić takich, którzy chętnie przynoszą informację zwrotną wprost od szefa kuchni (i do nich właśnie zaliczała się owa Pani) oraz takich, którzy na moje pytanie wzruszają tylko bezradnie ramionami. Poza kelnerką, równie mocno starali się obserwowani przez nas kucharze, którzy byli radośni i uśmiechnięci od ucha do ucha, nawet w trakcie wykonywania najbardziej niewdzięcznych czynności kuchennych (czyt. obieranie ziemniaków i krojenie cebuli).

Zdaję sobie sprawę, że jest to jedna z dłuższych, napisanych przeze mnie recenzji (i niewielu dotarło do tego momentu, jeśli w ogóle ktoś), ale też ciekawych (przynajmniej dla mnie) obserwacji poczyniłam wiele. Przychodzi czas na podsumowanie. I tu mam problem. Z Hugo (okropna nazwa) wyszłam w dobrym nastroju, a jedzenie bardzo mi smakowało (zapomniałam pozachwycać się nad pięknym podaniem z nowoczesnym twistem). Pozytywnie zaskoczyła mnie też polityka cenowa w kwestii win (nie chodzi o to, że za 9 zł podano nam wino wybitne, zaproponowano nam jednak coś zdecydowanie smaczniejszego i uczciwszego niż 15 zł za kieliszek „fresco”), ale pozostał niedosyt. Sama nie wiem, czym spowodowany. Wnętrze trochę przeraża powierzchnią (być może lepiej sprawdziłaby się jakaś dwustrefowa przestrzeń – lunchowa i kolacyjna), brakowało mi w nim również większej liczby klientów (pewnie to kwestia godziny – byliśmy w okolicach 16), ale też sam formalny charakter sprawił, że restauracja ta będzie mi się kojarzyć z jakąś specjalną okazją (i właśnie jako takie miejsce będę Hugo polecać), aniżeli szybką kolacją w ciągu tygodnia. Przynajmniej tak ustaliliśmy po wszystkim, siedząc i debatując nad butelką wina u Mielżyńskiego, kiedy przed oczami przemykał nam Artur Wichniarek, a my jeszcze wierzyliśmy, że pogoni Spartę.

Jedzenie: 5
Obsługa: 5-
Wystrój: 5-
Jakość do ceny: 4+


ON:
Hugo to obszerna, przestronna, nowoczesna, minimalistyczna, elegancka, a za razem surowa restauracja. Takie przynajmniej miałem odczucie po przekroczeniu jej progu i tak też widzę ją teraz, gdy piszę te słowa. Hugo jest również (a przynajmniej bywa) restauracją opustoszałą. Pozwalam sobie na takie stwierdzenie, gdyż podczas naszej wizyty przechodnie zerkali z ciekawości przez okna, cześć nawet wchodziła na szybki rekonesans, ale i tak summa summarum byliśmy jedynymi gośćmi lokalu. Znam świetnie ten mechanizm, bowiem ilekroć tamtędy przechodziliśmy, sami zerkaliśmy z ciekawości, dwa razy nawet weszliśmy do środka, aby obejrzeć menu, ale ostatecznie i tak się wycofywaliśmy. Każdorazowo tłumaczyliśmy sobie ten fakt brakiem czasu, okazji lub gotówki. Jednak podświadomie mógł to być strach przed nieznanym. Widzimy bowiem elegancką i pustą restaurację i gdzieś tam w środku zadajemy sobie pytanie - dlaczego nikogo nie ma? Mimowolnie nasuwają się sceptyczne podpowiedzi naszego układu obronnego - że może strasznie drogo, że może niesmacznie, że pewnie porcje minimalne, albo co gorsza - wszystko to razem wzięte.

Jesteśmy jednak samozwańczymi eksploratorami poznańskich restauracji i mniej lub bardziej świadomie postanowiliśmy przerwać ten zamknięty krąg wyobrażeń. Wybraliśmy się zatem w nieznane (tym razem w trójkę), a ja podskórnie przeczuwałem, że albo będzie bardzo dobrze, albo słabo. Pewny byłem tylko tego, że nie może być nijako. Skąd to przeświadczenie? Jeżeli restaurator nie ma nic do ukrycia i stawia na tak oryginalny pomysł, jak kuchnia za przeszkloną ścianą, zza której obserwować możemy każdy krok kucharzy, to musi być bardzo pewny swego. Jeżeli w dodatku wita nas na stronie internetowej swoim słowem, twarzą i nazwiskiem, to tym bardziej nie mam wątpliwości, że jest bardzo pewny swego. Oczywiście jeżeli się myli, to może być słabo, ale skoro podejmuje wyzwanie i ryzykuje, to nie może być nijako.

Jaki stolik wybraliśmy? Oczywiście ten tuż przy kuchennej szybie (niestety są tylko dwa takie) i był to strzał w dziesiątkę (ale o tym za chwilę). Bardzo uprzejma Pani kelnerka wręczyła nam eleganckie, przejrzyste, zaledwie kilku stronicowe menu z którego zamówiłem gazpacho, tatar wołowy oraz karkówkę z grilla. Dwa aspekty karty menu zaciekawiły mnie szczególnie - sezonowość dań oraz kwestia win. Sama, idea sezonowych dań jest ogólnie bardzo ciekawa i godna uznania, jednak w Hugo znalazłem lukę, wobec moich preferencji. Mimo, że jest sierpień i zdarzają się upały, to nic nie poradzę, że na pierwsze danie lubię zjeść ciepłą zupę. Niestety tutaj wybierać mogłem jedynie pomiędzy dwoma chłodnikami. Wzorcowo za to rozwiązano kwestię doboru wina. Odstąpiono od przepastnej karty win, która bardziej wpędza w zakłopotanie (zarówno cenami, jak i dokonaniem właściwego wyboru), niż pomaga. W zamian za to, pod każdym daniem w menu znajdują się dwie propozycję, odpowiednio już wyselekcjonowanego do danej potrawy wina. Pierwsza z propozycji dotyczy zawsze pojedynczego kieliszka i jest to propozycja bardzo rozsądna cenowo (9 zł), a druga dotyczy każdorazowo butelki i są to już wina z trochę wyższej półki (ponad 100 zł).

Pani kelnerka doradziła nam w kilku kwestiach, rozwiała kilka naszych wątpliwości, przyjęła zamówienie i teoretycznie zniknęła za drzwiami kuchennymi. Tyle jednak teorii, bowiem w praktyce widzieliśmy ją nadal - zza szyby, jak referuje szefowi kuchni zamówienie, a ten rozdziela zadania na cały zespół. Maszyneria ruszyła, a my nie odrywaliśmy wzroku od tego co się tam dzieje. Gdy dojrzałem trzy szklaneczki wypełniane czerwonym płynem, wpadłem w konsternację, co to takiego i czy możliwe, że to tak oryginalnie podawane gazpacho?! Gdy szklaneczki dotarły na stół, Pani kelnerka szybko wyjaśniła, że to aperitif w postaci schłodzonego consomme (klarownego wywaru) z papryki, który okazał się niezwykle esencjonalny i bardzo smaczny. Następnie podano mi gazpacho z mięsem kraba pośrodku. Dodatek był pyszny i delikatny, ale z oceną samego gazpacho mam mały problem, gdyż nie wiem, jak powinno smakować to właściwe. Jadłem gazpacho dotychczas tylko dwa razy w życiu (w poznańskich - La Passion du Vin i SPOT. ) i nadal błądzę we mgle. Jeżeli jednak mam wybierać z tej trójki, to zdecydowanie najlepsze było to serwowane w La Passion du Vin, a najsłabsze to w SPOT. Wersja Hugo plasuje się więc pośrodku, choć tak, jak krab był na plus, tak na minus przeszkadzała mi konsystencja zupy, a właściwie wrażenie, że w środku pływają liczne drobinki lodu. Następnie pieczołowicie układano w kuchni coś na kształt jajka na soli morskiej i szczerze mówiąc dopiero, gdy Pani kelnerka postawiła je przede mną, zrozumiałem, że to przystawka do tatara, który został pięknie podany chwilę później. Samo mięso wołowe było niesamowicie świeże, dobrze zmielone/posiekane i wręcz przepyszne. Oprócz wspomnianego jajka były też dodatki w postaci pokrojonego drobno ogórka, cebuli, grzybów i musztardy francuskiej. Domówiłem także pieczywo (szkoda, że odpłatnie), a właściwie bułeczkę z pieczonymi pomidorami w środku oraz designersko podanym masłem. Nieskromnie powiem, że zestawione do tatara portugalskie wino (Casa de Santa Vitoria Alentejo) świetnie się z nim komponowało, potwierdzając niejako słuszność moich wcześniejszych rozważań. Przyszła jednak pora na danie główne, czyli nową wersję karkówki z grilla z puree ziemniaczanym z dymką i sosem tymiankowym. Z perspektywy czasu przyznaję przy tym, że zamieniłbym tę karkówkę na jeszcze jedną porcję tatara. Nie wychwyciłem bowiem, na czym polegała nowość tejże wersji i nie doceniłem zbytnio ani puree (ładnie wyglądało, ale nie zaskakiwało smakiem), ani mięsa (jak dla mnie za dużo niewytopionego tłuszczu między włóknami). Bardzo za to ujął mnie ten jasny mus, który zobaczyć możecie na ciemnym sosie, po prawej stronie talerza. Wszyscy go próbowaliśmy, smakowaliśmy po drobinie, każdy z nas znał ten smak, ale nikt nie umiał go wskazać. Pani kelnerka, choć też nie znała odpowiedzi, udała się do szefa kuchni, który wyjaśnił, że mamy do czynienia z puree cebulowym. Moim zdaniem był to prawdziwy majstersztyk cebulowy! W kwestii ocen, ostatecznie przyznaję zatem 4 za gazpacho, 5+ za tatar wołowy oraz 4 za karkówkę z grilla.

Tak jak rozumiem, że można do restauracji Hugo nie wejść wcale lub się z niej wycofać, tak polecam do niej wrócić, pozostać i skosztować oferowanych specjałów. Nie ważne - czy dopiero wtedy, gdy zdarzy się szczególna okazja, gdy będzie więcej funduszy lub, gdy ciekawość nie da Wam już spokoju - ważne by w końcu to zrobić. Ja przynajmniej wróciłem, pozostałem, skosztowałem i nie żałuję. Każda historia jest jednak inna, a ja jestem ciekaw tej Waszej :)

Jedzenie: 4+
Obsługa: 5-
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4+


POST SCRIPTUM:
Hugo rozbudziło nas pod względem wina i już kilka minut po wyjściu, siedzieliśmy u Mielżyńskiego (zaledwie 100 m dalej) przy butelce Chardonnay de Pennautier w cenie 32,5 zł (na miejscu).


KOSZTORYS DLA 3 OSÓB:
Pieczywo - 2,5 zł.
2 x chłodnik litewski z jajkiem przepiórczym - 30 zł.
Gazpacho - 16 zł.
Klasyczny tatar wołowy - 38 zł.
Łosoś gotowany sous - vide w 55 Stopniach Celcjusza, młode warzywa, emulsja cytrynowa - 45 zł.
Nowa wersja karkówki z grilla, puree ziemniaczane z dymką, cebula, sos tymiankowy - 40 zł.
Smażony filet z dorady, prowansalskie warzywa, dressing z Anchovy - 55 zł.
2 x jabłkowe parfait, orzechy włoskie, granita z czerwonych jabłek - 32 zł.
Simonsig Chenin Blanc 0,15 x 2 - 18 zł.
Simonsig Franciskaner 0,15 x 2 - 18 zł.
Casa de Santa Vitoria Alentejo 0,15 - 9 zł.
Suma: 303,5 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Pieczywo - 2,5 zł.
Chłodnik litewski z jajkiem przepiórczym - 15 zł.
Gazpacho - 16 zł.
Klasyczny tatar wołowy - 38 zł.
Łosoś gotowany sous - vide w 55 stopniach Celcjusza, młode warzywa, emulsja cytrynowa - 45 zł.
Nowa wersja karkówki z grilla, puree ziemniaczane z dymką, cebula, sos tymiankowy - 40 zł.
Jabłkowe parfait, orzechy włoskie, granita z czerwonych jabłek - 16 zł.
Simonsig Chenin Blanc 0,15 - 9 zł.
Simonsig Franciskaner 0,15 - 9 zł.
Casa de Santa Vitoria Alentejo 0,15 - 9 zł.
Suma: 199,5 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.66

ADRES: Poznań, ul. Wojskowa 4 (Stare Koszary)
INTERNET: www.hugorestaurant.pl

Bookmark and Share

13 komentarzy:

szeryfsylwiak pisze...

Toście się rozpisali :)
dotarłam do końca recenzji, zgłodniałam w międzyczasie :)

dania pięknie i oryginalnie podane, ceny dość wysokie więc jak dla mnie raczej kolacja okazjonalna w Hugo :)

Quriaq pisze...

Jedzenie rzeczywiście wygląda zachęcająco, jednak porcje nie sprawiają wrażenia zbyt dużych - określilibyście je jako zbyt małe (w stosunku do ceny) czy akurat?

Pozdrawiam

Ania pisze...

Fajnie napisane. Rozkręciliście się. Dziwią mnie tylko chłodniki w talerzach typowo zupnych. Bardziej pasują do zup opartych na rosole niż podawanego w mniejszych miseczkach chłodnika litewskiego i gazpacho. Zwłaszcza w lokalu gdzie pozostałe danie wyglądają tak "nowocześnie i desingnersko".

Zjeść Poznań pisze...

Sylwia, ceny do najniższych nie należą, więc i dla nas Hugo pozostanie na specjalne okazje :)

Quriaq, porcje były "w sam raz". Nie za duże, nie za małe, choć raczej obliczone na złożenie 3 daniowego zamówienia. Jedyną osobą, która czuła się trochę rozczarowana rozmiarami dania była nasza towarzyszka, która zdecydowała się na doradę. Sama ryba była podobno bardzo smaczna, ale porcja zdecydowanie najmniejsza z wszystkich zamówionych dań.

Ania, chłodnik faktycznie podany został w "typowych" talerzach, ale i tak prezentował się bardzo fajnie.

Pozdrawiamy wszystkich serdecznie!

Monica pisze...

Hej. W pierwszej części recenzji piszesz o kelnerce, że "chętna do pomocy, choć jednocześnie nienachlana." - świetnie, że kelnerka była trzeźwa; no chyba że chodzi o to, że była nienażarta. A tak serio: warto poprawić tę literówkę, bo stwarza niezamierzony efekt komiczny. :)

Pozdrawiam i jak zawsze z niecierpliwością czekam na kolejną recenzję.

Zjeść Poznań pisze...

Monica, wielkie dzięki za czujność. To przekleństwo worda, który z automatu sprawi mi czasem takiego psikusa ;)W sumie wyszło całkiem śmiesznie, mam nadzieję, że chwilowo rozbawiłam też niektórych z Was. Pozdrawiam serdecznie!

Mimi pisze...

Od kiedy zalało Czerwony Fortepian i dowiedziałam się iż będzie otwierana nowa restauracja w City Parku, nie mogłam się doczekać. Zdziwiło mnie że nie chcieli kontynuować wieloletniej tradycji i zmienili nazwę restauracji na Hugo. Byłam już w pierwszym tygodniu otwarcia i mile zaskoczyło mnie menu. Żeczywiście ceny może nie są najniższe ale wg mnie adekwatne do pożywienia i podania. Dla przykłady w Willa Magnolia posradali zmysły z cenami a jedzenie jest jak dla mnie poniżej przeciętnego, a ceny win jak piwnicy rosyjskiego biznesmena.
W Hugo znalazłam moje ulubione przegrzebki, mało miejsc w Poznaniuje podaje. Są wyśmienite.
Wyborne jest również risotto z grzybami oraz nowe z ogórkiem krabem i łososiem, zupy kremy mieszczą niezliczoną ilość smaków, szczególnie wyśmienity był krem z karczochów izraelskich, nowa wersja karkówki z grilla pychota, supreme z perliczki, pierś z kaczki barberie oraz smaony filet z dorady wręcz powaliły na kolana moich przyjaciół.
Teraz czekam na jesienne menu, ciekawe czym nie zaskoczy!

Anonimowy pisze...

Czekałam na opis Hugo, bo mam je pod nosem.
Dotychczas sterylne wnętrze i pustki kompletnie zniechęcały mnie do odwiedzin.
Może teraz się skuszę?

Anonimowy pisze...

a ja się zawiodłam na hugo - moim zdaniem zdecydowany przerost formy nad treścią, bo w tym owszem ładnym wnętrzu dania zupełnie przeciętne, jakby udające coś lepszego i snobistycznego. Poza tym po zdjęciach widzę, że Wam podano zdecydowanie większe porcje niż mi i moim towarzyszom. cóż, widać liczyli, że ich zareklamujecie;)

Ponurak pisze...

A ja byłem i sprawdziłem, menu bardzo fajne(pozycji choć mało to myślę że każdy znajdzie coś dla siebie).
I choć fakt podania mi do tatara jajka klasy trzeciej(moim zdaniem za te pieniądze chyba składniki używane naprawdę powinny być najwyższej jakości) uprzedził mnie na dalszą część wieczoru to muszę przyznać iż wypróbowane przez ze mnie pozycje ze menu( a było ich dojść sporo gdyż każdy z moich znajomych brał co innego-a była nas czwórka)choć bardzo smaczne to bardzo małe i choć w czwórkę zostawiliśmy tam około 600zł to na nic zdały się prawie cztery dania które zjadłem(starter,przystawka,danie główne, deser)gdyż po powrocie do domu musiałem zajrzeć do lodówki-a w moim odczuciu nie jestem jakiś strasznym pasibrzuchem:)

Co do wnętrza i wystroju to mam wrażenie iż oficjalne stoliki z białymi obrusami nie zbyt dobrze korespondują z z surowym stylem loftów.

PS. Gratuluje pomysłu na bloga,każdą recenzje czytam z zapartym tchem.Pozdrawiam

Skrobi pisze...

Witam,
zaintrygowani Państwa ocenami, odwiedziliśmy Hugo z małżonką. Nasze wrażenia:

1) Jedzenie - 5 (6 rezerwuje sobie na jadłodajnie, w których mnie coś absolutnie powali z nóg); bardzo dobre, bez żadnych ale; podane w ilościach, dzięki którym można zasmakować czegoś dobrego, a nie się nażreć (jak miałbym ochotę się najeść po ciężkim dniu pracy, to bym sobie kupił kurczaka spod Kupca Poznańskiego i dwie sałatki z Piotra i Pawła i piwo - razem za 40zł)
Uwaga metodologiczna - na prawym pasku mają Państwo 'Skalę ocen' - nie ma na niej 4+, 5- itp... dlaczego zatem dają Państwo takie oceny? czym się różni potem 4+ od 5-?? 'Skala ocen' jest bardziej przejrzysta.

2) Obługa - ja bym dał 6; chyba nie ma jakościowo idealniejszej obsługi; wszystko jest, wszystko na czas, zero nachalności, grzecznie, minimalistycznie, uprzejmie

3) Wystój w Państwa skali mi trudno ocenić, bo ja bym zastosował skalę od '-2' do '2', gdzie '-2' = wystrój bardzo nieprzyjemny; przeszkadza w spożywaniu posiłków; '-1' = wystrój mało przyjemny jak na jadłodajnię; '0' - wystrój neutralny; '1' - wystrój przyjemny; '2' - wystrój niezwykle przyjemny, dobrze się tam można poczuć; w przypadku Hugo wahałbym się między 0 a 1

4) Podobną skalę zastosowałbym do stosunku cena/jakość:
'-2' = bardzo drogie w stosunku do jakości (np. kebap za 60 zł)
'-1' = drogie w stosunku do jakości (np. Państwa menu dla 2 osób w Hugo za 450zł)
'0' - cena odpowiednia do jakości
'1' - cena korzystna do jakości
'2' - cena bardzo korzystna do jakości (np. Państwa menu w Hugo za 80zł)
Tutaj dla Hugo dałbym '0' - cena jest odpowiednia do jakości.

No i na koniec pojawia się kwestia średniej z ocen. Moim zdaniem ona mało mówi, bo właściwie powinna być to średnia ważona, przy czym każdy ma swoje własne wagi. Dla mnie np. ocena jakości jedzenia to 70% wartości, a jakość/cena 30% - ale przy ocenach wystroju od 0 do 2 i obsługi od 4 do 6; jeśli wystrój czy obsługa są fatalne, to ocena jakości jedzenia przesuwa się na dalsze miejsce (w ocenie ogólnej), a bardziej 'waży' ta zła obsługa i zły wystrój

MagdaLena pisze...

Witam serdecznie,

wasza dobra opinia o tym miejscu spowodowała,że całą, liczną familią udaliśmy się tam ostatniej niedzieli. Cóż mogę powiedzieć - chyba tylko tyle, że spodziewałam się bardziej zaskakującego jedzenia. Było... poprawne. Risotto niczym mnie nie zadziwiło, okoń morski był wręcz mało doprawiony. Sałatka z polędwicą wołową i serem bursztyn zwyczajna... Tatar z łososia ciekawy, aczkolwiek mnie nie urzekł. Najgorsza jednak była cena wina. Za butelkę liczą tam 125 zł. Wino smaczne - wybraliśmy Prosecco - ale za tę cenę?
Szczerze mówiąc ja dała bym im 4- za jedzenie, a może nawet 3+. Spodziewałam się czegoś smaczniejszego. Podobno w SPOCIE mają znacznie lepsze jedzenie - mieliście okazję tam gościć?
Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

tak na marginesie, chyba nie ma czegos takiego jak wino z regionu Pays d'Oc, raczej jest to rodzaj Vin de Pays z regionu Languedoc-Rousillon, pozdrawiam :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...