piątek, 13 sierpnia 2010

FABRYKA WSPÓŁCZESNYCH SMAKÓW / ocena 4.06 (zamknięta)

Na przełomie maja i czerwca zapytaliśmy Was - Którą z podpoznańskich restauracji powinniśmy odwiedzić przy najbliższej okazji? W ankiecie wzięło udział 225 Czytelników, a miejsca na podium zajęły: Fabryka Współczesnych Smaków (19%), Gospoda Jaśkowa Zagroda oraz TASTE_it (po 11%). Dalej znalazły się kolejno: Greys (10%), Popas (10%), Stara Wozownia (9%), Pod Dębami (8%), Młyn na Prowincji (7%), Gościniec Sucholeski oraz  Szafoniera (po 5%). Co prawda z pewnym opóźnieniem, ale dotarliśmy wreszcie do zwycięskiej restauracji i zapraszamy do lektury naszych spostrzeżeń :)


ONA:
O tym gdzie leży Wysogotowo dowiedziałam się dzięki wycieczce do Fabryki Współczesnych Smaków. Kiedy miejscowość została przez nas odnaleziona na mapie byliśmy pewni, że czeka nas miła wycieczka za miasto. Najpierw należało dostać się na Junikowo, później złapać autobus 77, przejechać 5 przystanków i dalej już tylko spacer w kierunku Wysogotowa. A posteriori mogę Was jednak zapewnić, że marsz wzdłuż remontowanej, niewiarygodnie wprost zatłoczonej ulicy z przymusową inhalacją spalin w pakiecie, wcale nie należy do wyjątkowych przyjemności. Niech triumfują Ci, którzy posiadają samochód ;).

Ale do rzeczy. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, pierwszym zaskoczeniem był duży rozmiar budynku, który zajmuje Fabryka Współczesnych Smaków. Drugim, jakieś absurdalne pojazdy (zdaje się że były to dwa samochody wojskowe i jakieś motocykle) ustawione zaraz przy wejściu, w sposób sugerujący, że nie są to pojazdy klientów restauracji, a jakaś przykra ekspozycja. Zresztą nie mogły to być pojazdy klientów, gdyż w restauracji było całkowicie pusto, na tyle pusto, że po przekroczeniu jej progu poczuliśmy się cokolwiek zagubieni, tym bardziej, że nie przywitał nas nikt z obsługi. Rzut okiem na salę i stwierdzam, że nie jest źle. Być może duża przestrzeń kojarzy się raczej z miejscówką weselną, albo stołówką, ale dzięki poprzecznemu podziałowi z wykorzystaniem wiszących, okrągłych, „tubowatych” lamp osiągnięto efekt dość zgrabnego zagospodarowania sali. Najbardziej zieje pustką przed barem i tu pewnie przydałoby się coś zmienić. Dominujące kolory to pomarańcz, beż i czerń, stosowane dość konsekwentnie budują wrażenie wnętrza przemyślanego estetycznie. Jeżeli dodać do tego motyw przewodni, czyli okrągłe lampy różnych rozmiarów to odnajdujemy tu jakiś rytm. Kształt lamp współgra także z płachtami materiału półokrągło zwieszającego się pod sufitem. Materiał osłania teoretycznie nieciekawe elementy konstrukcyjne sali, czyli rury. Ogólnie rzecz biorąc jest przyjemnie, choć na mój gust jakoś to wszystko przekombinowane. Bo trochę tu elementów nawiązujących do fabryki, trochę do eleganckiej restauracji (ładnie zastawione stoliki z materiałowymi serwetkami), trochę do stołówki (głównie przestrzeń przy barze) a trochę do klubu. Wolałabym chyba bardziej określony kierunek. Fajnie by było zobaczyć tu np. takie zupełnie surowe,  industrialne wnętrze (w końcu to fabryka) skontrastowane z prostymi, elegancko zastawionymi stolikami.

Z menu wybrałam zupę krem z pomidorów, trio z ryb i creme brulle. Zupa była smaczna, dość intensywna w smaku i mocno przyprawiona pieprzem, co sprawiło, że była pikantna. Pływało w niej kilka listków bazylii oraz mozzarella, która pod wpływem ciepła stała się jeszcze bardziej miękka. Smacznie, ale bez fajerwerków. Trio z ryb, po raz kolejny uświadomiło mi natomiast, że w moim słowniku nie istnieje takie pojęcie jak panierka, bo o ile zapytałam się jakie ryby będą wchodziły w skład dania (i tu uzyskałam kompetentną odpowiedź – łosoś, halibut, sola) to zupełnie nie przyszło mi do głowy, żeby spytać jak zostaną przyrządzone. No i kiedy napędzałam swoje ślinianki wizjami pieczonych/grillowanych kawałków rozpływających się w ustach ryb, przed moim obliczem postawiono ryby w panierce. I choć nadal panierki nie lubię, to ryby wchodzące w skład mojego dania były bardzo smaczne (najbardziej halibut i łosoś, mniej sola). Wszystkie były soczyste, delikatne i usmażone na świeżym tłuszczu, który nie zrujnował subtelnego smaku mięsa. Jeżeli chodzi o ryby i samo podanie dania (dekoracje z melona i ogórka, szczypior, kiełki) to byłam zadowolona. Trochę gorzej miała się sprawa ze szpinakiem, którego de facto jestem wielką fanką. Pomijając fakt, że był z mrożonki, to nie został nawet odpowiednio podgrzany. W efekcie czego, smakowite dary morza ułożono na niezbyt estetycznym kopcu zimnego szpinaku. W menu podano również, że w skład mojego dania wchodzi szpinak (to się zgadza) z pomidorkami koktajlowymi (to się nie zgadza). Na talerzu spoczywał bowiem pomidorek koktajlowy sztuk: 1 (raczej w formie garni) i nawet mimo tego, że był pokrojony na cztery, jestem na tyle bystra żeby zorientować się, że o liczbie mnogiej nie powinno być tutaj mowy ;). Do dania głównego można było wybrać 2 dodatki z karty. Zdecydowałam się na zestaw surówek i pieczywo z masłem smakowym (za które nie pobrano dodatkowej opłaty, chociaż teoretycznie wybrałam aż 3 dodatki). Surówki były proste i domowe, raczej w stylu stołówki niż restauracji, ale smaczne i co ważne przygotowywane na miejscu. Na miejscu wypiekane były również apetyczne bułeczki z ziołami i suszonymi pomidorami. Przypominały trochę mini ciabatty i nawet jeśli ich skórka była odrobinę zbyt twarda, bardzo mi smakowały (te same bułeczki zostały podane do zupy - szkoda, że Pani kelnerka nie poinformowała o tym fakcie, kiedy wybierałam dodatki). Na koniec creme brulle. Wyglądał nie najgorzej, choć wydawało mi się, że cukier nie skarmelizował się w sposób poprawny, tworząc w kilku miejscach duże bąble, a nie zwartą skorupkę. I tak właśnie było, brakowało tej genialnej skorupki pokrywającej całą powierzchnie kremu. Samo wnętrze również mnie nie zachwyciło, powinno być gładkie, a było grudkowate. Jeżeli chodzi o smak, było ok, niestety konsystencja pozostawiała trochę do życzenia.

Podsumowując, widzę w tym miejscu jakiś potencjał, bo wnętrze jest dość fajne (gorzej sprawy się mają z miejscówką i widokiem za oknem), tak samo jak jedzenie (nawet mimo kilku tych moich uwag). Obsługująca nas Pani była bardzo sympatyczna i kompetentna (przyniosła mi odpowiednie sztućce do ryby, choć zbyt wcześnie pozbawiła mnie talerzyka do pieczywa). Dla mnie będzie to kolejna czwórka i jeśli jakimś zrządzeniem losu znajdę się w okolicy to na obiad chętnie wpadnę. Wpadnę, żeby dowiedzieć się, czy kiepski szpinak to standard, czy tylko jednorazowa wpadka.

Jedzenie: 4-
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4


ON:
Publikując ankietę dotyczącą podpoznańskich lokali, spodziewałem się w weekendowego wypadu w nieznane. Zaiste było to nieznane, aczkolwiek gdy zlokalizowaliśmy Wysogotowo okazało się, że na eskapadę nie potrzeba nam całej soboty, tylko kilka godzin po pracy. My co prawda wybraliśmy się przez Junikowo, ale teraz już wiemy, że najłatwiej dostać się do Wysogotowa tym samym autobusem 77 od drugiej strony (z Bałtyku na Malwową jedzie w 21 minut). Co prawda konieczny jest jeszcze 20 minutowy spacer, jednak w przeciwieństwie do Ani, nie narzekam na ten aspekt wcale. Zaiste był remont jednego pasa jezdni oraz hałaśliwy sznur samochodów zmierzających w kierunku Poznania, ale przez całą drogę był też wygodny chodnik oraz las po prawej stronie. Dla mnie liczyło się przede wszystkim owo nieznane i towarzyszącą temu ciekawość, którą coraz trudniej wykrzesać mi w granicach miasta. Większości poznańskich lokali jest mi bowiem znana, jeżeli nie z doświadczenia, to z widoku, lektury lub rozmów. Z Fabryką Współczesnych Smaków było inaczej. To była moja tabula rasa i przyznam, że lubię ten stan napięcia i oczekiwania.

Gdy przy szosie ukazała się nam pomarańczowa tablica, z którą identyfikowaliśmy FWS (kolor strony internetowej), weszliśmy między dwie hale magazynowe w poszukiwaniu wejścia do lokalu. Wyobrażałem sobie, że jedna z tych hal ma gdzieś na zapleczu wygospodarowane miejsce na restauracyjkę. Tym czasem, jedna z tych hal (w dodatku ta większa), to właśnie ta niby restauracyjka, a właściwie moloch restauracja. Jak można nie zauważyć czegoś tak dużego? Wytłumaczyć się mogę jedynie tym, że szukałem pomarańczowego, a znalazłem zielono/białe ;) Przekraczamy próg, a w środku pustka i cisza, tak jak i na zewnątrz. Abstrakcyjne to było odczucie, ale na nic nie czekając obeszliśmy sobie całą salę. Jest to otwarta przestrzeń z ciemnym parkietem i podwieszanymi pod sufitem płachtami materiału, z dwóch stron oszklona oknami, a z trzeciej zamknięta oszkloną kuchnią oraz bufetem przypominającym trochę ten stołówkowy. Nagle pojawiła się uśmiechnięta, rudowłosa Pani kelnerka w pomarańczowej koszulce, która przeprosiła nas za zaniedbanie i wytłumaczyła, że z powodu bliżej nieokreślonych problemów kadrowych, pracuje dziś również na zmywaku. Włączono wówczas muzykę (płyta Stinga), a my zajęliśmy jeden z nakrytych stolików.  Z okutego w metal menu zamówiłem krem z pomidorów oraz grillowaną polędwiczkę wieprzową z sosem pieprzowym (do wyboru był także sos serowy, słodko-pikantny i kurkowy). Do dania głównego dobrałem frytki oraz warzywa gotowane, a na deser wespół z Anią zamówiliśmy krem brulle. Co prawda trochę czekaliśmy na zupę, jak na fakt, że byliśmy jedynymi gośćmi restauracji, niemniej warto było czekać, bowiem krem z pomidorów jest naprawdę godny polecenia. Dość gęsty oraz aksamitny w konsystencji, lekko pikantny i wyraźny w smaku, z listkiem bazylii na wierzchu i kawałkami mozzarelli na dnie. Na uwagę zasługuje właśnie ta mozzarella, bowiem próbowałem takie zestawienie po raz pierwszy i bardzo mi ono odpowiada. Przyszła jednak kolej na danie główne, które podano w bardzo estetyczny sposób, co wyraźnie zaskoczyło mnie na plus. Podświadomie spodziewałem się bowiem, że lekko stołówkowy bufet (prawdopodobnie używany tylko podczas większych imprez), wyda posiłek w lekko stołówkowym formacie. Format był jednak elegancki, a odstawały od niego jedynie gotowane warzywa (sposób ułożenia, brak przybrania, a także fakt, że wszystkie trzy miały zbliżony, rozgotowany kolor). Jak wyglądało, tak też smakowało - wyborne mięso podlano gęstym sosem o wyraźnym smaku z całymi ziarnami zielonego pieprzu i posiekaną cebulą. cienkie frytki usmażono porządnie na oleju tak, że ich smak przypominał te z dzieciństwa, a stroik z pomidorka koktajlowego, plastrów ogórka, kuleczek melona i kiełków dopełniał smaku. Pani kelnerka przybyła też po chwili z co najmniej metrowym młynkiem do mielenia pieprzu i nic więcej nie było trzeba, a wspomniane gotowane warzywa to iście zbędny dodatek (lepiej gdyby restauracja od niego odeszła i w zamian obniżyła trochę cenę dania głównego). Na koniec pozostał nam deser w postaci kremu brulle, który jak już kiedyś wspominałem, świetnie nadaje się do testowania kulinarnego kunsztu. Tym razem mój swoisty papierek lakmusowy wskazał , ani na tragedię, ani na ideał, tylko gdzieś pomiędzy. Nie wyszła bowiem karmelizacja cukru, a masa choć w smaku bez większego zarzutu, miała za rzadką konsystencję. Ostatecznie przyznaję 4+ za krem z pomidorów, 4+ za polędwiczkę (5 za mięso, 4+ za frytki, 3 za warzywa) oraz 4- za krem brulle.

Dla mnie Fabryka Współczesnych Smaków to już nie tabula rasa. Kojarzy mi się wyraźnie, zarówno z fabryką, jak i smakami. Najmniej ze współczesnością tychże smaków, ale nie jest to zarzut z mojej strony (a jeżeli nawet, to bardziej do nietrafionej nazwy, niż profilu działalności). Tak, czy inaczej, wizyta w tej restauracji będzie strzałem w dziesiątkę dla tych wszystkich, którzy mieszkają lub pracują w Wysogotowie, Skórzewie, czy Przeźmierowie. Dla Poznaniaków pozostanie raczej interesującą alternatywą i sam jestem ciekaw, czy to wystarczy aby utrzymać się na gastronomicznym rynku. Osobiście trzymam kciuki.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4+
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4+


KOSZTORYS:
2 x krem z pomidorów z bazylią i mozzarellą - 20 zł.
Trio z ryb na szpinaku z pomidorkami koktajlowymi (+ pieczywo i wybór surówek) – 29 zł.
Grillowana polędwiczka wieprzowa z sosem pieprzowym (+ frytki i warzywa gotowane) – 29 zł.
Krem brulle – 14 zł.
Masło smakowe – 2,5 zł.
Woda gazowana Kropla Beskidu 0,25 x 2 – 8 zł.
Suma: 102,5 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.06

ADRES: Wysogotowo, ul. Skórzewska 35
INTERNET: www.fabryka-wspolczesnych-smakow.pl

Bookmark and Share

2 komentarze:

Mimi pisze...

Idealne miejsce na luncz lub szybki obiad w sobotę. Jedzenie żeczywiście na poziomie 4. Fajnie że jest menu dla dzieci, za to się chwali. Ale dla mnie trochę Sodex'owo.

Anonimowy pisze...

mieszkam w okolicach Fabryki WS, i tak się stało że oragnizowałem tu mini przyjęcie.było bardzo przyjemnie , tak jak chcieliśmy. Pisze-co sie dowiedziałem, przed rezerwacja przyjecia.Materiały sufitowe-zostały pewnie po imprezie, zawieszają je na życzenie klientów- na co dzień widać śliczne rury.Co do dużej sali, to w tygodniu jest lunch( za 18), i przychodzi tu około 100osób, w tym czasami ja:)miejsce godne, różnych wszelkich:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...