czwartek, 20 października 2011

A NÓŻ WIDELEC / ocena 4.47

Wizytę w A Nóż Widelec planowaliśmy od lipca. Najpierw na przeszkodzie stanął urlop właścicieli lokalu, później nasze wakacje, a jeszcze później tzw. powakacyjne dochodzenia do siebie. Wyprawa na ul. Czechosłowacką zapowiadała się jednak nader ciekawie, oto mamy bowiem nieznaną szerszemu gronu restaurację, w której szef kuchni podkreśla swoje przywiązanie do świeżości i jakości produktu, a wszystko to miesza z umiłowaniem do potraw regionalnych. Smaczku dodaje również fakt, że doświadczenie zdobywał w restauracji wyróżnionej gwiazdkami Michelina.


ONA:
Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu znaleźliśmy się na pętli górczyńskiej właśnie po to, żeby dostać się do A Nóż Widelec i pewnie dlatego początkowo trochę błądziliśmy. W końcu jednak z pomocą kilku przechodniów udało nam się dotrzeć do celu, czyli do pensjonatu, na którego parterze mieści się restauracja. Wszystko wygląda bardzo niepozornie – jedna ze zdawałoby się wielu restauracji daleko od centrum, schludna, czysta, bezpretensjonalna. Duże okna wychodzą na dość ruchliwą ulicę Czechosłowacką, a ściany pomalowane odcieniami zieleni konsekwentnie urozmaicone zostały akcentami głębokiej czerwieni. Ot schludnie urządzona niewielka restauracja z prostymi stolikami i wysokim barem. 

Menu nie jest przesadnie rozbudowane, ale nie jest też oszczędne. Nawet wyjątkowo wybredne osoby powinny znaleźć coś dla siebie. Idąc do restauracji zdecydowana byłam na barszcz, ale kiedy zobaczyłam, że w zestawie dnia (zupa + danie główne za 17,90zł) jest zupa ogórkowa zaczęłam się łamać, ostatecznie decydując się na tę drugą opcję (w tym miejscu plus dla obsługi, która nie zrobiła problemu z zamówieniem samej zupy z gotowego zestawu). Nie mniej wahań pojawiło się przy wyborze dania głównego – miałam ochotę i na szagówki i na łososia. Ostatecznie padło na łososia, nawet nie ze względu na sama rybę, ale mój organizm domagał się akurat solidnej porcji warzyw, a to właśnie łosoś podawany był z warzywami i sałatą, mimo, że Pani z obsługi (właścicielka i żona szefa kuchni) namawiała na „doskonałe pierogi ruskie” (te jadłam ostatnio w Chatce Babuni) i pstrąga (tego jadłam dzień wcześniej na obiad). Z zamówieniem deserów postanowiliśmy wstrzymać się do zakończenia drugiego dania. Kiedy przed Marcinem spoczął talerz z tatarem, ja dostałam solidną porcję ciepłej (w temperaturze idealnej do jedzenia) zupy ogórkowej. Cóż mogę powiedzieć, była to bardzo dobra, domowa zupa, bez chemicznych ulepszaczy. Przyjemnie kwaskowa i sycąca. Dalej przeszedł czas na „łososia w papilocie” czyli w dużym arkuszu pergaminu, skręconym na końcach niczym cukierek. Po rozwinięciu papilota moim oczom ukazał się kawałek upieczonego łososia, ułożonego na warzywach – fasolce szparagowej, burakach pokrojonych w kostkę, brokułach i selerze naciowym. Do tego otrzymałam niewielka miseczkę mieszanej sałaty z dressingiem, prażonymi pestkami dyni i płatkami migdałów. Całość w zupełności zaspokoiła moją potrzebę warzyw (tym bardziej, że po etapie obsesji szparagowej, bobowej, fasolowej – przyszedł czas na buraczkową). Hitem okazała się jednak zwyczajna wydawałoby się sałata. Smakowo pierwsze skrzypce grał tutaj jednak przepyszny słodkawy dressing, którego smak bezbłędnie uzupełniony został delikatną słodyczą chrupiących migdałowych płatków. Do samego łososia się mam żadnych zastrzeżeń, był soczysty i sprężysty (za sprawą zabiegu z papilotem), a jego smak nie został zbombardowany toną niepotrzebnych przypraw. Mimo tego, że po drugim daniu dobijałam pomału do kresu swoich możliwości, to i tak zdecydowaliśmy się na odrębne desery. Nie mogliśmy dojść do porozumienia w kwestii wyboru – mi odebrało rozum na widok murzynka z domowymi lodami, a Marcin obstawał przy swoim ulubionym kremie brulee. Ostatecznie dobrze się stało, bo choć deser Marcina był bardzo smaczny (nawet jeśli wg. mnie skarmelizowany cukier stworzył na wierzchu odrobinę za cienką skorupkę), to mój murzynek bił go na głowę. Powiedzmy sobie szczerze, że nazwa murzynek „z duszą” jest tu raczej ukłonem w stronę polskiej nomenklatury, bo bardziej niż z tradycyjnym murzynkiem miałam tu do czynienia z czekoladowym fondant – kiedy tylko wbiłam łyżeczkę w ciastko (po wcześniejszym zrzuceniu nadmiaru cukru pudru z jego powierzchni), na talerzu rozlała się ciepła, gęsta, ciemnoczekoladowa lawa. Do tego kilka malin, gęsty sos malinowy i domowe lody ajerkoniakowo-śliwkowe. Pyszności. Podczas całego posiłku obsługiwała nas bardzo sympatyczna właścicielka lokalu. Trudno jej cokolwiek poważnego zarzucić, bo kto jak nie właściciel dba najlepiej o swój interes. Mimo wszystko mam dwie uwagi. Do posiłku zamówiliśmy piwo – wśród napojów w menu nie widziałam wina – dopiero pod koniec wizyty dowiedziałam się, że istnieje osobna karta win (szkoda zatem że nie została przyniesiona razem z menu lub że nie zostaliśmy o niej poinformowani w trakcie składania zamówienia). Druga rzecz tyczy się zamówionego piwa, które zostało postawione na stoliku w butelkach obok pustych szklanek i musieliśmy nalać je sobie sami (może dlatego, że akurat nie było nas przy stoliku, a Pani kelnerka chciała żebyśmy mogli je nalać „na świeżo”).

Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że jest to bardzo ciekawe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Wnętrze spodoba się przede wszystkim tym, którzy w designerskich przestrzeniach czują ciężkostrawny powiew snobizmu i wolą raczej bezpretensjonalne miejsca. Po posiłku wyszedł do nas szef kuchni, który zaczął opowiadać o swoim królestwie i doświadczeniach kulinarnych w tak ciekawy sposób, że na miejscu spędziliśmy dużo więcej czasu niż było to zaplanowane. Człowiek ów był bardzo sympatyczny, świetnie orientował się w nowych trendach kulinarnych i restauracyjnych i w bardzo przyjazny sposób wypowiadał się o swojej potencjalnej, poznańskiej konkurencji. Widać również, że mimo zacięcia regionalnego ma również pewne ambicje związane z kuchnią europejską, które realizuje w trakcie wieczorów tematycznych (była już kuchnia francuska, a wkrótce przyjdzie czas na włoską). I choć ja w restauracjach raczej nie szukam domowych smaków (gdyż mam lub mogę je mieć na co dzień) to kolejną wyprawę do A Nóż Widelec planuję już wkrótce (szagówki, czy pierogi hmmmm). Mnie kupili wypiekanym przez siebie chlebem i domowymi lodami. Czy można chcieć więcej?

Jedzenie: 5-
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 5+


ON:
Wnętrze restauracji może nie jest szczególnie eleganckie i nie porywa niczym nadzwyczajnym., jest jednak niezwykle schludne, a tyczy się to zarówno podłogi, stołów, jak i toalety. Długo musiałbym sobie przypominać restaurację, w której stół był w równie wielkim porządku - bez jakichkolwiek okruszków, plam, przebarwień. Oprócz czystości moją uwagę przykuła również półka z albumami o tematyce kulinarnej. Ich obecność w restauracji sama w sobie nie dziwi, ale miło wiedzieć, że wiąże się nią nie tyle dbałość o wystrój, a ludzka pasja i radość z wykonywanego zawodu. Jestem przekonany, że tak właśnie jest, gdyż już po posiłku szef kuchni wertował przy nas wspomniane albumy z wypiekami na twarzy, aby zilustrować omawiane tematy.

Z karty zamówiłem tatar z żółtkiem, polędwicę wieprzową zawiniętą w boczek z chrzanowym purre ziemniaczanym, karmelizowaną cebulą, sosem pieczeniowym i warzywami, a także Creme Brulee z malinami na deser. Nie sposób przy tym nie wspomnieć, jak dobre karta robi wrażenie w kontekście cen. Rachunek wybranego przeze mnie zestawu opiewał na 67,45 zł, przy czym wybierałem dania raczej z górnej półki cenowej. Podmieniając tatar na rosół, a polędwicę na klasyczny schabowy zszedłbym do 49,45 zł, a decydując się na pierogi ruskie zamiast schabowego doszedłbym do 45,45 zł za trzydaniowy zestaw z dwoma napojami. Niczym byłoby jednak chwalenie tych cen, gdyby nie było można zestawić ich z tak wysoką oceną oferowanych potraw, jak w A nóż widelec.

Tatar z pewnością został ręcznie posiekany, a tajemnica jego jakości tkwiła zapewne w równej mierze w kunszcie szefa kuchni, co w jakości wielkopolskiej polędwicy wołowej z dobrego źródła oraz wiejskiego żółtka. Danie przybrano ogóreczkami, kaparami, ziołami i rukolą, a do smaku pokropiono odrobiną oliwy truflowej. Smakowało mi bardzo i właściwie mam tylko jeden zarzut jego względem. Nie wiem,  czy będę to umiał Wam wytłumaczyć, ale jak zerkniecie na zdjęcie to zobaczycie, że mięso było już samo w sobie solidnie "naoliwione" - było soczyste i błyszczące. No i żałuję, że nie spróbowałem go nim zmieszałem całość z żółtkiem. Wówczas tatar był bowiem, jak dla mnie aż zbyt "naoliwiony", a smak czystego mięsa lekko przytłumiony. Ewidentnie mój błąd, ale na usprawiedliwienie dopowiem, że żółtko wyglądało jakby niepozornie spoczywało na tatarze, a tymczasem było to prawdziwe wiejskie żółtko, dla którego wytłoczono miejsce niejako w głąb tatara. Może bardziej sprawdziłoby się żółtko przepiórcze, a być może to tylko jakiś mój wymysł z tym "naoliwieniem". Gdy bowiem powiedziałem o wszystkim szefowi kuchni, to zrobił takie oczy, że w mig zrozumiałem, iż jestem jedynym gościem, który zgłosił taką sugestię ;) Wspomniałbym jeszcze o braku przypraw na stole, którymi mógłbym podrasować trochę mięso. Nie żeby tego jakoś wymagało, ale ot taki własny rytuał przyrządzania tatara mam. Brak ten rekompensowały kromki chleba wypiekanego na miejscu.

Co do polędwicy wieprzowej zawiniętej w boczek, to zarówno mięso, jak i boczek były bardzo delikatne, a ich krojenie było prawdziwą przyjemnością, tak jak i zresztą smakowanie. Charakteru dodawała tutaj karmelizowana cebula spoczywająca na polędwicy, która tak miło zawładnęła moimi kubkami smakowym, że prawdopodobnie straciłem poczucie rzeczywistości oznajmiając Ani, jak przepyszna jest ta kapusta i jak żałuję, że nie ma jej więcej. Lekko rozczarowało za to chrzanowe purre ziemniaczane, bo choć podane było super, to jak dla mnie było za mało chrzanowe. Zaskoczył natomiast przepyszny sos pieczeniowy (demi glace), którego lekkość była z kolei zaletą. Do wszystkiego podano jeszcze miseczkę warzyw ugotowanych na parze, niemniej nie porwały mnie jakoś szczególnie i zamiast nich wolałbym więcej kapusty karmelizowanej cebuli ;)

Na koniec Creme Brulee i małe wyjaśnienie, dlaczego zamówiłem właśnie ten deser. Jest to jedyna pozycją w całej karcie o konotacji zdecydowanie nie polskiej. Pomyślałem sobie - skoro gość (chodzi mi o szefa kuchni) tak bardzo stawia na wszystko co polskie, a jeden jedyny wyjątek czyni dla Creme Brulee, to znaczy, że jest prawdziwym mistrzem tego deseru i prezentuje w nim cały swój kunszt. Po degustacji dalej trzymałem się tej wersji, gdyż krem był zjawiskowy, a przy tym był to najtańszy Creme Brulee, jaki udało mi się kiedykolwiek zamówić, a czyniłem to m.in. w 7 opisanych na blogu poznańskich restauracjach. W jednej lub dwóch był równie wspaniały, niemniej tam porcja kosztowała 2,5 razy więcej. A dlaczego serwują  ten krem w A Nóż Widelec? Okazało się, że szef kuchni przygotował go specjalnie z okazji Walentynek, a jak już przygotował raz, to taki był odzew stałych gości, że nie mógł im nie ulec i wprowadził danie do karty na stałe. I choć próbował już po fakcie wynaleźć jakąkolwiek polską konotację lub chociażby polską dla niego nazwę, to zwyczajnie się nie dało. Finalnie przyznaję 4+ za tatar, 4+ za polędwicę oraz 5+ za Creme Brulee.

W kwestii obsługi duży plus za to, że szef kuchni wychodzi po posiłku do gości, aby poznać ich opinie i przedstawić swoją filozofię kulinarną. Mały minus natomiast za to, że choć przed lokalem jest tablica informująca o promocyjnej herbacie do środowych deserów, to i tak za herbatę do środowego deseru nam policzono. Trochę żartobliwie też wspomnę, że Pani kelnerka wcale nie pomaga w wyborze dań z menu. Do tej pory skarżyłem obsługę w takich wypadkach, gdy ta nic nie wiedziała, bo nic nie próbowała, albo polecała mi byle co. Tu jednak nie o tym mowa. Pani kelnerka, a jednocześnie współwłaścicielka i żona szefa kuchni - próbowała zapewne wszystkiego z menu i wszystko co poleci jest zapewne świetne. Problem jedynie w tym, że poleca dosłownie wszystko :) I tak oto gdy wahałem się między dwiema potrawami, to każdorazowo słyszałem, że i to i to jest wyborne i naprawdę ciężko wybrać. I choć przydałoby się lepsze podprowadzenie gościa, to nie mam o to większych pretensji, gdyż z przyjemnością spróbuję tych specjałów następnym razem.

A Nóż Widelec jest z pewnością bardzo, ale to bardzo dobrą restauracją z kuchnią polską. Ania zapytuje - czego chcieć więcej? - a ja przewrotnie zaznaczę, że mam pewien niedosyt. Bynajmniej nie w jakości serwowanych potraw, a w spektrum ich rozpiętości geograficznej. Oto bowiem mamy szefa kuchni, który przez lata pracował w gwiazdkowej restauracji w Wielkiej Brytanii i z pewnością zna wiele tajników kuchni z różnych zakątków świata (co potwierdza serwując rewelacyjny Creme Brulee). No i ja chciałbym posmakować tych specjałów, bez ograniczania się wyłącznie do ojczystych, które przecież próbuję (może nie w tak nowoczesnej formie), ale jednak od urodzenia. I choć Pan Michał twardo przy polskości w naszej dyskusji obstawał i chyba do dziś ciężko mu się pogodzić z tym Creme Brulee w menu, to słusznie moim zdaniem robi szukając kompromisu w postaci organizowanych wieczorów tematycznych. Był już francuski, a teraz będzie włoski. I choć po części zadowala to mój pęd w świat, to jednak nie wychodzi już tak okazyjnie (260 złotych od pary). No dobrze, przemyślałem to trochę i nie musi być wcale światowo, aby było idealnie. Wystarczyłoby mi, aby było trochę nowocześniej. W końcu podtytuł restauracji brzmi "nowa kuchnia polska" i fajnie jakby było to wyraźniej widać w menu.

PS  Gdy poprosiłem Pana Michała o wymienienie jego zdaniem najlepszych restauracji w Poznaniu odpowiedział - La Passion du Vin i Hugo. Co ciekawe, akurat te restauracje otwierają naszą blogową listę TOP 10. Tym bardziej mi miło, że od dziś A Nóż Widelec również jest na tej liście.

Jedzenie: 5-
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 5


KOSZTORYS:
Zupa ogórkowa: 8,9 zł.
Ręcznie siekany tatar z wielkopolskiej polędwicy wołowej z wiejskim żółtkiem: 19,9 zł.
Filet z łososia zapiekany w papilocie z warzywami, kruche listki sałat z vinegret: 25,9 zł.
Polędwica wieprzowa zawinięta w boczek, chrzanowe purre ziemniaczane, karmelizowana cebula, sos pieczeniowy, warzywa: 25,9 zł.
Czekoladowy Murzynek z duszą, lody ajerkoniak-śliwka, prażone migdały, sos z ogrodowych malin: 12,9 zł.
Klasyczne Creme Brulee z malinami: 11,9 zł.
Lech Premium 0,5 x 2: 14 zł.
Herbata zielona z brzoskwinią (Julius Meinl): 5,5 zł.
Suma: 124,9 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.47

ADRES: Poznań, ul. Czechosłowacka 133
INTERNET: www.anozwidelec.com

Bookmark and Share

9 komentarzy:

Zjeść Poznań pisze...

Może dlatego, że restauracja stała się popularna, a może inne czynniki się tu przyczyniły, ale faktem jest, że po miesiącu od ukazania się recenzji, zamówiony przez nas zestaw kosztuje już 136,9 zł.

Anonimowy pisze...

My też zauważyliśmy wzrost cen i niestety spadek jakości... Za pierwszym razem jedzenie było po prostu wyśmienite, a "zwykły" schabowy najlepszym w naszym życiu. Niestety za drugim razem obsługiwała nas grupa kelnerek zmieniających się co chwilę, nie orientujących się, o co chodzi i nie potrafiących doradzić, jeżeli chodzi o jedzenie... no i jedzenie ciągle smaczne, ale przeciętne niestety i podawane w mniejszych porcjach. Damy im jeszcze szansę, może trzeba ich odwiedzać w ciągu tygodnia (jak za pierwszym razem), a nie w weekendy (jak za drugim). To wszystko nie zmieni jednak faktu, że zjedliśmy tam naszą najlepszą restauracyjną kolacją. I ciągle są godni polecenia znajomym.

Anonimowy pisze...

Zgadza się, kilo polędwicy wołowej kosztuje już prawie 100zł, gdzie miesiąc temu kosztowało 70 zł.Delikatne podwyżki i tak nie pokrywają wzrostu kosztów jakie ponosimy.Jeśli mowa o jakości i wielkości dań to jest w 100% powtarzalna.Pozdrawiam Michał Kuter

Anonimowy pisze...

Wychodzi na to, że po prostu mieliśmy z partnerem pecha, bo w trakcie naszej weekendowej wizyty w restauracji odbywały się chyba 3 większe spotkania rodzinne/towarzyskie. Pewnie było to dużym obciążeniem dla Pana Michała i po prostu dania nie były tak dopieszczone, jak za pierwszym razem. Wzrost cen rozumiemy, bo szczerze mówiąc i tak są one ciągle niskie w stosunku do oferowanego jedzenia. Jesteśmy bardzo ciekawi zimowego menu, jednocześnie liczymy, że zdążymy z jeszcze jedną wizytą przed zmianą.

Anonimowy pisze...

Dobry wieczór - kilka słów na temat restauracji. Miałem przyjemność ze znajomymi spędzić uroczy wieczór prawie do 1-ej w nocy na kolacji włoskiej w A nóz widelec. Meniu klasyczne włoskie bardzo dobrze przygotowane, wiem ze Pan Michał gotował wraz ze swoim przyjacielem - który jak sie dowiedzielismy pracował przez wiele lat w gwiazdkach Michelina ogladaliśmy książke swietna. Gotowali razem dla rodziny królewskiej. Bardzo skromny, cichy człowiek - szacunek za wiedze aż przyjemnie było słuchać. Troszke zabrakło szaleństwa i awangardy na talerzach. Za wiele klasyków, panacotta troszke za twarda jak dla mnie a wafelki do tiramisu nie do konca chrupiące troche sie czepiam ale trzeba wskazywać usterki młodym.Mam nadzieje że kolejny wieczór tematyczny bardziej nas zaskoczy. Wydaje sie ze będzie to kuchnia azjatycka. Aż strach pomyśleć co by sie stało gdyby ci dwaj Panowie byli na co dzień razem na kuchnii i wspólnie tworzyli te wspaniałe dania. Myśle że pierwsza gwiazdka michelina w Poznaniu (Polsce).
Mam pytanie czy kuchni przyjaciela Pana Michała można gdzies w Poznaniu skosztować. W A nóż widelec jest świetne jedzenie czego moge sie spodziewać u kolegi nawet nie chce mysleć.

Anik pisze...

Byłam i jedzenie jest naprawdę bardzo dobre. Przede wszystkim świeże i smaczne. Jedyne co mi nie smakowało do sezonowe warzywa gotowane na parze z oliwą z oliwek - po prostu to do siebie nie pasowało. Reszta poezja.Żałuję ,że nie bywam tam za często z racji swojego położenia.

Anonimowy pisze...

Jadam w tej restauracji regularnie i nigdy się nie zawiodłam. Próbowałam już prawie wszystkich dań z menu i ciężko byłoby mi wybrać to ulubione. Jedzenie jest pyszne,a atmosfera w restauracji bardzo przyjemna. Cena w stosunku do jakości też przemawia na plus. Dużym atutem jest to, że oprócz dań z menu można też skosztować tzw. specjału dnia, który składa się zawsze z dwóch dań, zazwyczaj spoza karty menu. Daje to możliwość skosztowania jeszcze większej ilości potraw, takich jak np. pierogi z łososiem albo krem z grzybów. Polecam!:)

Łukasz Jagiełło pisze...

Bardzo dobra kaczka, doskonale dopieczona skórka. Wyszedłem z żoną zadowolony i najedzony.

Magda Rajek pisze...

Odwiedzam A NOZ WIDELEC bardzo czesto.. jestem zakochana w daniach, ktore mozna tam zjesc;)
Jedzenie jest zawsze idelne a jakosc do ceny jest najlepsza w Poznaniu.

Plusem tej restauracji jest rowniez specjal dnia proponowany przez szefa kuchni, codziennie mozna zjesc cos innego- pysznego;)

Zaoferowano mi rowniez bogata karte win, gdzie skosztowalam wino z Izrela Yarden- bardzo przyjemny smak:)

Restauracja posiada rowniez rozne rodzaje piw niepasteryzowanych m.in Minister, piwo wisniowe, Kasztelan.

Ciekawym napojem jaki mozna rowniez skosztowac, ktory zaproponowala mi kelnerka jest hyćka badz lemoniada z dzikiej miety:)

Przydalaby sie akualizacja zdjec, poniewaz restauracja zostala odnowiaona m.in przez zmiane budynku z zewnatz, ogrodek oraz wewnatrz takze mozna zauwazyc wiele pozytywnych zmian:)
Uwazam te zmiany na plus oczywiscie;)

Polecam to miejsce swoim znajomym i zawsze kazdy z nich jest bardzo zadowolony;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...