czwartek, 12 listopada 2009

TASTE BARCELONA - lunch / ocena 3.94 (zamknięta)

W piątek, we wczesnych godzinach popołudniowych dysponowaliśmy czasem, który chcieliśmy poświęcić na sprawdzenie kolejnej restauracji, która oferuje zestawy lunchowe. Tym razem nie dopisywało nam jednak szczęście. W dwóch kolejnych restauracjach, na pytanie o możliwość robienia zdjęć otrzymaliśmy odpowiedź odmowną. Po tych wydarzeniach, które wzbudziły w nas lekki niesmak, dotarliśmy ostatecznie do restauracji Taste Barcelona, gdzie sympatyczna Pani z obsługi nie widziała potrzeby, żeby poskramiać nasze fotograficzne zapędy. Oferta lunchowa jest przy tym dostępna od poniedziałku do piątku w godzinach 12:00-16:00 i zawiera - zupę lub sałatkę oraz jedno danie główne do wyboru + deser - w cenie 30 zł.


ONA:
Taste Barcelona mieści się na 2 piętrze nowej części Starego Browaru. Pewnie z racji tej "miejscówki", która nie bardzo kojarzy się z celebrowaniem posiłków, narażona jest na krytykę. Ja jednak cieszę się, że w centrach handlowych pojawiają się nowe restauracje chociażby z odrobiną ambicji. Takie miejsca potrafią ułatwić życie ludziom, którzy heroiczny czyn jakim są zakupy, muszą wynagrodzić sobie kulinarnym zadośćuczynieniem. A jeśli ktoś szuka hiszpańskiego klimatu, win i przekąsek bliżej Starego Rynku, zawsze może wybrać się do restauracji La Rambla (miejsce ma swój urok, jedzenia nie oceniam, bo od ostatniej mojej wizyty minęło już kilka miesięcy, więc wszystko mogło się zmienić).

Wnętrze lokalu zdominowane zostało przez długi drewniany bar, nad którym widnieje kolekcja dostępnych w restauracji hiszpańskich win. Stosunkowo prosty i estetyczny wystrój wnętrza wzbogacony został przytwierdzoną do ściany, podświetlaną ozdobą imitującą świątynię Sagrada Famila, kolumną ozdobiona ceramiczną mozaiką oraz telewizorami plazmowymi, bezustannie wyświetlającymi dania i wina, które znajdziemy w menu. Telewizory te zostały jednak tak zmyślnie wkomponowane w przestrzeń restauracji, że absolutnie nie przeszkadzają, ani nie burzą aranżacji wnętrza. Przestrzeń sprawia wrażenie niewielkiej, ale jeśli dołożymy do niej kilka stolików na zewnątrz i 3 drewniane, należące do restauracji boksy, okaże się, że w restauracji można znaleźć miejsce nawet w bardziej zatłoczony dzień. Oferta lunchowa, składa się z ustalonych z góry i zmieniających się codziennie zestawów. Każdy zestaw daje jednak możliwość niewielkiego wyboru. Tym razem zdecydowałam się na zupę cebulową, grillowanego tuńczyka i pieczone jabłko z cynamonem. Zupa cebulowa bardzo mnie zaskoczyła. Może to przyzwyczajenie do tych tradycyjnych, francuskich, z dużą ilością dobrze wysmażonej cebuli, winem i/lub sherry i grzanką z gruyerem. Jednak katalońska wersja, delikatniejsza, o bardziej zdecydowanym kolorze, prawie pozbawiona kawałków cebuli również przypadła mi do gustu. Zupa, podobnie jak jej francuska siostra, zapieczona została z grzanką z serem. Na szczycie tej misternej konstrukcji umieszczono delikatnie ścięte żółtko. Kiedy łyżką przebiłam jego powierzchnię, żółtko rozpłynęło się w cebulowym płynie, zapewniając mi jeszcze ciekawsze doznania smakowe. Danie główne wypadło trochę słabiej. Prawdopodobnie dlatego, że stek z tuńczyka nie znajduje się na szczycie listy moich morskich ulubieńców. Postanowiłam jednak spróbować. Uważam, że co jakiś czas warto się przekonać, czy aby upodobania kulinarne nie zmieniły się z wiekiem, albo czy szef kuchni nie jest przypadkiem prawdziwym wirtuozem, który każde danie potrafi zamienić w kulinarny majstersztyk. Tuńczyk jednak i tym razem mnie nie uwiódł. Dławiąca suchość tej ryby, w towarzystwie zaledwie dwóch plasterków cukinii i połówki pomidora (swoją drogą bardzo smacznych) sprawiła, że bardziej niż na smaku, skupiłam się na przełykaniu. Na koniec jednak dostałam fajny deser. Fajny, bynajmniej nie ze względu na nieoczekiwany smak, ale na genialny w swej prostocie pomysł. Przygotowanie wydrążonego jabłka, zapieczonego z cynamonem i odrobiną sosu czekoladowego, nie było czasochłonne, nie wymagało też specjalnych umiejętności, ani nakładów finansowych. W tym wypadku liczył się właśnie pomysł. Pomysł na prosty i lekki deser, o niebo lepszy niż gałka kiepskich lodów ze śmietaną w aerozolu. Jedzeniu towarzyszył kieliszek białego Vina Esmeralda (Torres). Ten przyjemny kupaż (Moscatel i Gewurtztraminer) łączył w sobie nuty kwiatowo-owocowe. Jedwabisty płyn z delikatnie wyczuwalną słodyczą świetnie łączył się z moimi daniami.

Mimo tego, że skrytykowałam danie główne (być może to mój osobisty "tuńczykowy" problem), uważam tę restaurację za godną uwagi. Do obsługi również nie mam większych zarzutów. Może poza tym, ze Pani kelnerka stawiała mi duży opór, kiedy chciałam uciąć sobie z nią krótką pogawędkę o zupie, a na moje pytanie o ser rzuciła na odczepne odpowiedź, na którą spuszczę zasłonę milczenia. Pamiętam jednak, że ta sama Pani kelnerka kiedyś doskonale doradziła mi w kwestii wina, nie zrobiła też najmniejszego problemu co do zdjęć, dlatego niech będzie, że nieudaną pogawędkę o zupie potraktuję jako incydent.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4+


ON:
Plus za to, że przed wejściem do Taste Basrcelona mogę spojrzeć na planszę ze zdjęciem, opisem i ceną każdego z 60 serwowanych tam dań (sałatki, tapas na zimno, tapas na ciepło, mini dania, zupy, dania główne i desery). Minus za to, że siedząc w przeszklonej części lokalu przy niewielkim i ciasno stłoczonym stoliku nie do końca potrafię się zrelaksować. Wnętrze jest przy tym nowoczesne, schludne i estetyczne. Wracając jednak do planszy sprzed wejścia, to dania z menu prezentują się naprawdę nieźle. Moim zdaniem, są jednak stosunkowo drogie, jak na swoje niewielkie gabaryty. Wybraliśmy jednak zestaw lunchowy i o lunchu tu będzie. Szybki rzut oka na piątkową ofertę i zdecydowałem się na zupę cebulową, kurczaka i ciasto dnia. Dużo więcej czasu zajął mi jednak wybór wina spośród bogatej oferty winnic Miguel Torres. Za radą bardzo sympatycznej Pani kelnerki zdecydowałem się ostatecznie na lampkę białego, półwytrawnego San Valentin. Dodam przy tym, że obsługa jest bardzo sprawna, a goście na nic nie muszą czekać. Ja też nie musiałem i ledwie spróbowałem pierwszy łyk smacznego wina, to już miałem przed sobą talerz z zupą.

Zupa cebulowa zarówno w swojej konsystencji, jak i dodatkach, nie miała wiele wspólnego z jej tradycyjną odmianą i choć dobra i odpowiednio ciepła, to jednak ja w tej kwestii pozostaję zwolennikiem tradycji, a grzankę zapiekaną z żółtkiem i serem, traktuję tylko jako ciekawy eksperyment. Równie szybko i sprawnie podane miałem danie główne, które jednak było po części moją małą wpadką. Tak zdecydowany byłem na zestaw z mięsem, kosztem zestawu z rybą, że nie doczytałem w menu, iż mam do czynienia z udkiem kurczaka w sosie własnym z dodatkiem wina Moscatell podanym na plastrach ziemniaków. Wpadka była wyłącznie dlatego, że nie należę do miłośników "mięsa z kością" oraz ciężkich i gęstych sosów (ten właśnie taki był). Raził mnie także brak jakichkolwiek warzyw oraz fakt, że ziemniaki pod kurczakiem były zbytnio przypieczone, a niektóre wręcz przypalone. Wiem, że sam sobie jestem winny, niemniej żałuję, iż nie zdecydowałem się na stek z tuńczyka. Jeszcze bardziej żałuję jednak tego, że nie dotarłem tam w czwartek, kiedy oferta lunchowa obejmuje kotleciki wołowe z sosem z sera pleśniowego i frytki. Przyszła jednak pora na deser, a lekkie i smaczne tiramisu odczarowało trochę sytuacje.

Reasumując, sam zastanawiam się ile prawdziwej Katalonii było w moim lunchu. I choć pewnie niewiele, to wciąż uważam restaurację Taste Barcelona za ciekawe miejsce. Doradzam zatem, abyście sami ją przetestowali.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 3+


KOSZTORYS:
2 x Lunch Menu  (2 x Zupa cebulowa z grzanką zapiekaną z żółtkiem, Tuńczyk po prowansalsku, Kurczak pieczony a 'la catalan, Jabłko pieczone z cynamonem, Tiramisu) - 60 zł.
Vina Esmeralda 0,15 - 14 zł.
San Valentin 0,15 - 11 zł.
Suma: 85 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.94

ADRES: Poznań, ul. Półwiejska 42 (Stary Browar)
INTERNET: brak strony www

Bookmark and Share

poniedziałek, 9 listopada 2009

L'HEROINE coffee bar & restaurant / ocena 4.09 (zamknięta)

W październiku zamieściliśmy ankietę i zapytaliśmy Was - którą restaurację z najwyższej półki cenowej powinniśmy odwiedzić przy najbliższej okazji? Miejsca na podium zajęły: L'Heroine (32%), Blow Up Hall 50/50 (28%) i Villa Magnolia (20%). Dalej znalazły się kolejno: Le Palais Du Jardin (12%), Alexander (4%) oraz Delicja (4%). Żadnego głosu nie zdobyły natomiast Figaro i La Passion du Vin. Co ciekawe w Waszym głosowaniu zwyciężyła restauracja, która znalazła się w ankiecie niejako przez przypadek, bowiem nieopatrznie przeoczyliśmy, tak kosztowne restauracje, jak Piano Bar i Mosaica. Zwycięzca jest jednak zwycięzcą, a my udaliśmy się do L'Heroine. Zapraszamy zatem do lektury oraz do udziału w kolejnej ankiecie.


ONA:
Przyznaję, że jestem wielbicielką (prawie) wszystkiego co francuskie. Wiem, że Francuzi to w dużej części naród megalomanów, narcyzów i egocentryków, a przyznawanie się do fascynacji Francją jest obecnie trochę nie na czasie. Wierzę jednak, że mieszkańcy tego kraju naprawdę mają się czym chwalić. Niezmiennie też jestem pod wrażeniem faktu, że we Francji każdy, nawet najmłodsze ledwie potrafiące mówić dziecko jest w stanie powiedzieć, jaka jest najlepsza woda mineralna na świecie i dlaczego Evian oraz jednym tchem wymienić wszystkie godne uwagi specjały kulinarne regionu. W sumie już za samo Chablis, szampana, bouillabaise i kozi ser, Francja znalazłaby specjalne miejsce w części mojego serca odpowiedzialnej za kulinaria. Oko mogę przymknąć nawet na to, że Francuzi (no może poza mieszkańcami Alzacji) nie potrafią robić dobrego piwa (pozdrawiam wszystkich, którym kiedykolwiek zdarzyło się pić Kronenbourga). Mają jednak trochę pokory, bo niemal w całej Francji dostać można doskonałe piwa belgijskie.

Wizja kolacji we francuskiej L’Heroine ucieszyła mnie. Tym bardziej, że restauracja z zewnątrz sprawia bardzo przyjemne wrażenie. Co rzadko spotykane w Poznaniu, a czego osobiście mi brakuje, to wielkie okna, przez, które widać prawie całą ulicę Wrocławską. Pisząc prawie, mam na myśli białe, poziome, żaluzje umieszczone na całej szerokości okien. Wnętrze utrzymane jest w kolorystyce czerni i bieli. Całe szczęście, ten nudnawy zestaw w ciekawy sposób przełamano dodatkami z pogranicza brudnego różu i szarości. Atrakcyjnym akcentem jest również jaskrawy, jasnoniebieski neon L’Heroine, który tylko z pozoru nie komponuje się z pozostałymi elementami. Przyznam, że na samym początku byliśmy lekko zdezorientowani. Cześć stolików przygotowana była na kolację (kieliszki, sztućce, serwetki), pozostałe, czyli te, które bardziej nam odpowiadały, nie były jednak nakryte. Przez dłuższą chwilę staliśmy przy takim stoliku, nie wiedząc, czy możemy tu usiąść i co zrobić z płaszczem i kurtką (w zasięgu wzroku nie było wieszaka, ani nikogo z obsługi). Ostatecznie zjawił się kelner, który poinformował nas, że możemy usiąść gdziekolwiek. Rozwiązał również problem z kurtkami.
Z menu zamówiłam sałatkę z kozim serem i doradę z grilla ze szpinakiem i dzikim ryżem oraz kieliszek białego chateau du juge. Na kolację wybraliśmy się w środę, w związku z tym zapytałam o małże (wiedząc, że dostawy świeżych owoców morza są w czwartek). Kelner jednak uczciwie przyznał, że choć świeże owoce morza przyjeżdżają dopiero jutro, to dostawy świeżych ryb są co drugi dzień. Nawiasem mówiąc, na najlepsze małże w białym winie serwowane w Poznaniu, jeszcze się wybierzemy. Rukola z kozim serem była smaczna, choć jeśli ktoś tak jak ja, jest uzależniony od koziego sera i je takie sałatki przynajmniej raz w tygodniu, będzie mu czegoś brakowało. Czegoś, że tak powiem „błyskotliwego” (vide Kuchnia Chrisa). Bardzo fajnym akcentem była solidna porcja ciepłych bagietek w towarzystwie dwóch smakowych maseł. Dorada natomiast była bez zarzutu. W środku delikatnie wilgotna, przyprawiona tak jak lubię, cytryną i ziołami, które niespecjalnie dominowały nad subtelnym smakiem świeżej ryby. Do tego dziki ryż (chyba lekko rozgotowany) i prosta sałatka z rukoli z prażonymi płatkami migdałów, klasycznym vinaigrettem i kiełkami (w menu zamiast rukoli był szpinak). Bardzo chciałam spróbować jeszcze musu czekoladowego z cointreau, ale po sałatce i rybie, nie byłam już w stanie myśleć o jedzeniu.

W przypadku L’Heroine szczególnie dobitnie daje mi się we znaki fakt, jak trudno ocenić restaurację zaledwie po jednej wizycie. Wnętrze spodobało mi się, choć początkowo przeszkadzał mi lekki zaduch panujący w środku. Obsługa raz zaskakiwała na minus, żeby zaraz zaskarbić sobie naszą sympatię. To samo tyczy się jedzenia. Choć moje było całkiem niezłe i efektownie podane (fantazyjne zdobienia z redukcji balsamicznej oraz suszonych płatków kwiatów), to danie główne mojego towarzysza budziło pewne wątpliwości. Na pewno zawitam tam jeszcze raz, ale będę przygotowana zarówno na miłe zaskoczenie jak i lekkie rozczarowanie. Z pewnością dam im jednak trochę czasu na obranie ostatecznego kierunku.

Jedzenie: 4+
Obsługa: 4-
Wystrój: 5-
Jakość do ceny: 4


ON:
L'Heroine wyrosła niepostrzeżenie na poznańskiej starówce i od razu przykuła moją uwagę. Jak grzyby po deszczu wyrastają bowiem w Poznaniu sushi bary (uwielbiam sushi, niemniej naliczyłem 13 tego typu przybytków i kolejne 2 w przygotowaniu), a wciąż brakuje mi kilku sprawdzonych adresów z nowoczesną kuchnią europejską. Swoje nadzieje ulokowałem zatem w L'Heroine, która zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz prezentuje się - tak jak lubię - prosto, nowocześnie i funkcjonalnie zarazem. Wchodząc do środka miałem przy tym wrażenie, że panuje tam pewien rozdział miedzy częścią kawiarnianą i restauracyjną (z białymi obrusami oraz nakrytymi stołami). Osobiście przypadła mi do gustu bardziej cześć kawiarniana i właśnie tam zdecydowaliśmy się usiąść. Z ciekawie opracowanego menu (graficznie i merytorycznie) zamówiłem tradycyjną francuską zupę cebulową oraz grillowana polędwiczkę wieprzową faszerowaną serem kozim z tagiatelle z pesto, a do tego kieliszek wina Chateau Du Juge Rouge. Zupa choć była tradycyjna tylko z nazwy (brak zapiekanej grzanki, a jednocześnie tradycyjnego naczynia), to trafiła smakiem w mój gust idealnie (próbuję zupę cebulową wszędzie, gdzie tylko jest sposobność). W mojej opinii powinna być jednak mocniej podgrzana, bo choć nie była letnia, to nie była też dość ciepła. W kwestii grillowanej polędwiczki mam jeszcze bardziej mieszane uczucia. Danie zostało wykwintnie podane, a samo mięso bardzo mi smakowało. Na minus jednak liczę, że ser kozi był niemal niewyczuwalny, dość niezręcznie kroiło się mięso ułożone na makaronie, zaburzono proporcje dania (trochę za dużo makaronu, a za mało polędwiczki) oraz rozgotowano delikatnie sam makaron. Nie chcę być przy tym źle zrozumiany - jedzenie było naprawdę smaczne i świeże, niemniej jak zostawiasz w restauracji prawie 200 zł, to i oczekiwania rosną. Na specjalną pochwałę zasługuje z kolei podane nam przepyszne pieczywo z masłem czosnkowym i paprykowym, a także karta win, która zawiera dobrze wyselekcjonowane wina (przy współpracy z La Passion du Vin) w naprawdę rozsądnej cenie. Trudno mi natomiast szerzej opisać obsługę, gdyż była szybka, cicha i niemal niezauważalna. Choć L'Heroine tak do końca moich nadziei nie spełniła, to na pewno jeszcze tam wrócę spróbować innych pozycji z menu - m.in. tart i kawy, w których się specjalizują.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4-
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 3+


KOSZTORYS:
Sałata roca z suszonymi pomidorami, kozim serem i pistacjami - 29 zł.
Tradycyjna francuska zupa cebulowa z odrobiną białego wina i świeżym tymiankiem - 15 zł.
Dorada z grilla z sałatką szpinakową z migdałami, z odrobiną dzikiego ryżu - 56 zł.
Grillowana polędwiczka wieprzowa faszerowana serem kozim z tagiatelle z pesto bazyliowym - 48 zł.
Chateau Du Juge Blanc 0,15 – 16 zł.
Chateau Du Juge Rouge 0,15 – 16 zł.
Woda gazowana Perrier - 8 zł.
Suma: 188 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.09

ADRES: Poznań, ul. Wrocławska 10
INTERNET: www.lheroine.pl

Bookmark and Share

wtorek, 3 listopada 2009

MOSAICA - lunch / ocena 4.56

Idąc za ciosem, wybraliśmy się na kolejny lunch. Tym razem, do restauracji Mosaica przy hotelu IBB Andersia, gdzie od poniedziałku do piątku w godzinach 12:00-16:00 serwują "dobry lunch w dobrej cenie" za 24 zł. Menu zmieniane jest codziennie, niemniej cena zawsze obejmuje zupę, danie główne, deser oraz napój (sok lub woda niegazowana).


ONA:
Moje zmysły są bardzo wyostrzone na wszelkie wzmianki o poznańskich restauracjach. Nieważne, czy chodzi o tę nową, ciekawą, czy niepolecaną.  W pamięci przechowuje bardzo dużo opinii na temat dań i lokali, gdzie można coś zjeść. Zawsze chętnie zaglądam do menu tych nowych i wcześniej mi nieznanych, a zanim sama pójdę, obserwuję jak "idzie interes". Wiadomo, że najchętniej sprawdziłabym każdemu z gości talerz (co zamówił, czy zjadł wszystko, czy smakowało) i zadała setki pytań szefowi kuchni i obsłudze. Początkowo pozostaję jednak biernym obserwatorem z zewnątrz. Zupełnie nie chodzi o to, że boję się sparzyć. Rzadko polegam na opiniach innych, wolę konfrontować je ze swoimi. Tak się jednak złożyło, że zanim trafiłam do Mosaiki, nie wiedziałam o niej zupełnie nic. I choć teraz zauważam reklamy tej restauracji, to nadal mam wrażenie, że jest ona trochę ukryta przed światem.

Wnętrze jest zaskakujące. Idąc do hotelowej restauracji oczekuje się pewnego neutralnego standardu. A Mosaica standardowa nie jest. Centralne miejsce restauracyjnej przestrzeni zajmuje piękny, czarny fortepian, umieszony na podeście i otoczony zwisającą z sufitu kotarą z czarnych frędzli. Z hallu, w którym stoi instrument wejść można do jednej z czterech sal. Każda z nich zaaranżowana została w innym stylu. Style te prawdopodobnie odwołują się do charakteru czterech żywiołów. Ja jednak wole myśleć, że osoba, która wykonała projekt wnętrza miała trochę więcej fantazji i brała pod uwagę zmienne ludzkie nastroje, czy osoby ciepło i zimno - lubne (z niektórych pomieszczeń bije wizualny chłód, podczas gdy inne przywołują skojarzenia z drewnianą sauną i ciepłym piekiełkiem). Całość wypada interesująco, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdybym zaglądała tam częściej, wystrój szybko znudził i opatrzyłby mi się. Z racji tego, że skorzystaliśmy ze z góry ustalonej oferty zestawów lunchowych, która zawierała pozycje nie ujęte w menu głównym, zjedzonych przez nas dań nie można uznać, za reprezentatywne dla tej restauracji. Oferta lunchowa to zapewne wynik kompromisu pomiędzy niewysoką ceną i 3 daniowym posiłkiem z napojem. Dlatego też, proponowane dania „pachną” trochę domowym obiadem czy zestawami z baru mlecznego. Mimo że zupa kalafiorowa, ryba w panierce z surówką i ziemniaczanym puree oraz ciasto maślane z owocami wieją lekką nudą, muszę przyznać, że wszystko było bardzo smaczne. Kremowa zupa, przez dodatek świeżego koperku zyskała trochę charakteru, a morszczuk w cienkiej, nieopitej tłuszczem panierce zachował jędrność. Do tego delikatne puree ziemniaczane, również z dodatkiem koperku i dwie świeżo przygotowane proste sałatki. Puszyste ciasto z morelami, nie było może znakomite, ale doskonale wpisywało się w charakter posiłku.

Obsługa restauracji była bardzo miła i profesjonalna. Kelner nie zrobił najmniejszego problemu, kiedy poprosiłam o zmieszanie soku bananowego z porzeczkowym, zapytał tylko z uśmiechem o proporcje. Na koniec, jako bonus dostaliśmy jeszcze digestif, choć była to pewnie kwestia terroru, jaki wprowadził nasz aparat… Dodam jeszcze kilka uwag dla wielbicieli detali, do których sama należę. Na stole czekały materiałowe serwetki, dania podano na podgrzanych talerzach, a marchewka z sałatki wycięta została w fantazyjną sprężynę. I choć jakościowo dobre, jedzenie nie oszałamiało, to dbałość o te właśnie detale, które z pewnością mają przełożenie na całość funkcjonowania restauracji sprawiają, że jestem na tak!

Jedzenie: 4-
Obsługa: 5-
Wystrój: 5-
Jakość do ceny: 5-


ON:
W związku z tym, że oferta lunchowa w restauracji Mosaica zmienia się codziennie i nigdy nie wiadomo co będzie następnego dnia, to wolałem tam najpierw zadzwonić, aby upewnić się, że dziś serwują akurat to, co jest zbieżne z naszymi kulinarnymi gustami. Jest to trochę kłopotliwe i osobiście wolałbym, aby z góry ustalili menu na cały tydzień. Z drugiej jednak strony zawsze to jakaś niespodzianka i urozmaicenie. Tym razem, obsługa oznajmiła, że oferta zawiera krem kalafiorowy, rybę panierowaną z ziemniakami puree i surówką z białej kapusty oraz ciasto maślane z jabłkiem. Jako że większość dań była zbieżna z naszymi gustami, to śmiało ruszyliśmy przed siebie. Trafiliśmy bez problemu, gdyż byliśmy tam już wcześniej. Ktoś kto nigdy nie był, mógłby mieć jednak mały problem. Na fasadzie hotelu, próżno bowiem szukać szyldu Mosaica. Jest za to dezinformujący szyld restauracji Flavoria.

Tak czy inaczej, byłem bardzo ciekaw, jak restauracja znana z dość wysokich cen i dość wyszukanych potraw, spisze się w przypadku lunchu w cenie 24 złotych. Warto jednak opowiedzieć trochę o ciekawym wnętrzu. Lokal został bowiem podzielony na cztery strefy, przy czym każda ma inny kolor dominujący i zupełnie inny wystrój. Elementem wspólnym jest tylko ten sam wzór na tapecie oraz fortepian który stoi na środku restauracji i jest widoczny z każdej ze stref. Jestem zatem spokojny, że większość z was odnajdzie swój klimat, jak nie w jednej to w drugiej, trzeciej lub czwartej sali. Mi najbardziej odpowiada sala czerwona, jednak w związku z faktem, że była wypełniona niemal po brzegi pracownikami biurowca Andersia, to usiedliśmy po raz pierwszy w sali szarej. Przechodząc jednak do sedna, to znając od paru godzin menu, nastawiałem się, że najmniej w moim guście może być krem kalafiorowy, jako że lubię wyraziste, a nie delikatne zupy. I tu zaskoczenie – krem był tak dobry i tak fajnie doprawiony, że nie obawiałem się już niczego. Ryba w panierce okazała się smacznym morszczukiem i choć niczym sama w sobie nie zadziwiała (taki domowy klimat), to wraz z doskonałym puree i ciekawą surówką, tak dobrze się akompaniowała, że nic więcej mi nie było trzeba. W dodatku mogłem wybrać sobie jeden z wielu soków, a na koniec dostałem jeszcze dwa puszyste kawałki ciasta z morelami (na wydrukowanej ofercie były co prawda jabłka, niemniej morele nawet lepsze). Pozwolę sobie przy tym wyrazić słowa uznania dla obsługi restauracji, która była w mojej opinii przesympatyczna, bardzo pomocna i kompetentna.

Podsumowując stwierdzam, że oferta lunchowa w Mosaice odbiega od dań serwowanych z menu tej restauracji, jednak sam do końca nie wiem, czy to aby nie jej atut. Mamy bowiem trochę domowy posiłek z domieszką najlepszej kuchni, a wszystko to w oryginalnym wnętrzu, przy wspaniałej obsłudze i za stosunkowo niewielkie pieniądze. Moim zdaniem naprawdę warto!

Jedzenie: 4
Obsługa: 5
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 5


KOSZTORYS:
2 x "Dobry lunch w dobrej cenie" (krem kalafiorowy, ryba panierowana z ziemniakami puree i surówką z białej kapusty, ciasto maślane z morelą, sok) – 48 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.56

ADRES: Poznań, Plac Andersa 3 (IBB Andersia Hotel)
INTERNET: www.mosaica.pl

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...