środa, 25 listopada 2009

FAST WOK thai lunch bar / ocena 4.00

W Pasażu Apollo swoje podwoje otworzył niedawno pierwszy w Poznaniu lokal z kuchnią tajską. Długo oczekiwaliśmy na tajskie specjały w naszym mieście, dlatego ciekawi wrażeń, postanowiliśmy odwiedzić Fast Wok.



ONA:
Gdybym miała na koncie grube miliony, otworzyłabym w Poznaniu kilka nowych restauracji. Nie żeby było ich w naszym mieście za mało, po prostu konsekwentnie otwierałabym takie, których obecnie mi brakuje. Jednym z moich typów byłby lokal z kuchnia tajską. Owszem, kilka suszarni posiada w menu skromny wybór tajskich dań, tu i ówdzie można też spróbować azjatyckiej "smażonki" z woka. Marzyłoby mi się jednak miejsce z tajskim wystrojem, klimatem, kucharzem, muzyką i kelnerkami o orientalnej urodzie, przyprawiającej mężczyzn o przyspieszone bicie serca. Pocieszam się jednak, że na zachodzie Europy restauracje tajskie są niezwykle popularne, więc prawdopodobnie pojawienie się takich w Poznaniu jest tylko kwestią czasu (a ja nie muszę kombinować skąd wziąć te miliony, uff ;)).

Nie pamiętam już, jak trafiłam na informacje o Fast Wok'u. W pierwszym momencie, kiedy przeczytałam, że to miejsce z kuchnią tajską bardzo się ucieszyłam, nazwa knajpki sprowadziła mnie jednak na ziemię. Tak czy inaczej chciałam ją wypróbować. Fast Wok mieści się w Pasażu Apollo. Zdaje się, że wcześniej była tam jakaś kawiarnia i trudno oprzeć się wrażeniu, że obecny wystrój to wypadkowa pozostałości po wcześniejszym lokalu i eksperymentów nowego właściciela - kolorystyka utrzymana w tonacji beżów i pastelowych fioletów, proste drewniane stoły, kilka zdjęć na ścianach i bardziej zaciszny, kanapowy klimat na piętrze. Prosto, czysto i schludnie, choć mało orientalnie. Z sali na dole, obserwować można pracujących kucharzy – dobry widok na otwartą za barem kuchnię. Początkowo byliśmy jedynymi klientami. Sytuacja ta jednak szybko uległa zmianie. I tutaj zaczął się mały problem. Otwarta kuchnia i słaba wentylacja sprawiła, że lokal bardzo szybko przesiąknął ciężkim zapachem smażonych potraw. Nie tylko lokal, ale także moje włosy i ubranie. Z menu wybrałam zupę curry i danie Chop Suey. Zupa oznaczona była jako średnio pikantna, czyli tak jak lubię. Lekko piekący płyn o smaku curry z krewetkami i dość bogatym zestawem warzyw (między innymi marchew, fasolka, cukinia) był sycący i rozgrzewający. Danie główne zamówiłam z makaronem Chow Mein, na skutek pomyłki kelnera zamiast makaronu dostałam ryż. Pan z obsługi wyraził jednak gotowość do naprawienia błędu, nie było jednak takiej potrzeby. Początkowo to łagodne danie wydawało mi się trochę bez wyrazu. Jednak było to krótkotrwałe wrażenie po zjedzeniu pikantnej i bardzo wyrazistej zupy. Z czasem warzywa (kukurydza w kolbach, papryka, zielona fasolka, pędy bambusa) w łagodnym sosie sojowo-sezamowym zaprezentowały pełne bogactwo smaku – wytrawny przechodził nagle w łagodną słodycz i na odwrót, a uprażone ziarenka sezamu delikatnie chrupały między zębami.

Z podsumowaniem mam problem, bo knajpka jest fajna, jedzenie bardzo smaczne, a obsługa sympatyczna, choć może pomylić zamówienie. Wystrój nie powala, ale też nie drażni. Zaraz też ściągnę na swoją głowę kolejne gromy, ale w menu strasznie brakowało mi piwa, które byłoby doskonałym dopełnieniem mojego posiłku. Najgorszy był ten nieznośny zapach. Jeżeli jednak jest to dla Was sprawa marginalna, to na jedzenie naprawdę warto się skusić.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4-
Wystrój: 3-
Jakość do ceny: 4+



ON:
Restauracja Fast Wok z zewnątrz prezentuje się niezbyt okazale. Wewnątrz jest już lepiej, chociaż trochę nie na temat. Parter jeszcze, jeszcze, ale piętro już zupełnie odbiega stylistyką od wszystkiego co azjatyckie. Wygląda to tak, jakby właściciele restauracji przejęli lokal po mieszczącej się tutaj kawiarni i nie zmienili w nim nic poza kuchnią. Zdecydowaliśmy się na miejsce na piętrze. Całkiem słusznie spodziewaliśmy się, że okupimy swój wybór lekką niewygodą jedzenia w kawiarnianych fotelach przy kawiarnianym stoliku. Kameralność piętra jednak przeważyła.

Po przejrzeniu menu, w którym oprócz kuchni tajskiej zauważyłem dania japońskie oraz indonezyjskie, zamówiłem zupę kokosową z kurczakiem, a także - Yaki Soba (wołowinę z makaronem ryżowym i krewetkami w delikatnym sosie sojowym). Zarówno zupa, jak i danie główne zostały podane w głębokich, nowoczesnych i białych naczyniach. Na zupę nie czekaliśmy ani 3 minut, ale na danie główne oczekiwanie wydłużyło się już do dobrych 20 minut. Jest to o tyle dziwne, że nazwa lokalu nawiązuje do szybkości podawanego tam posiłku. Warto jednak czekać. Spora porcja zupy kokosowej w której pływały warzywa, kawałki kurczaka i liście limonki kafir, była jak najbardziej smaczna, choć jak dla mnie zbyt delikatna. Następnym razem zdecyduję się jednak na pikantniejszą zupę curry, którą spróbowałem od mojej towarzyszki. Do zupy dobiorę także krewetki, zamiast kurczaka, bowiem z każdą zupą jest tak, że za dopłatą 3 złotych można dokonać takiej roszady. Danie główne było z kolei majstersztykiem. Nie spodziewałem się, że w Poznaniu można dostać takie danie za zaledwie kilkanaście złotych. Mimo, że w otwartej kuchni nie zauważyłem nikogo o azjatyckich rysach, to moja pieczołowicie wysmażona potrawa zawierała wszystko co dobre - przepyszny makaron ryżowy (a przecież nie należę do miłośników makaronów, nad które przekładam ryż, ziemniaki, a nawet frytki), słusznie przyprawione kawałki wołowiny, kilka całkiem sporych krewetek i świeże warzywa. Naprawdę niebo w gębie! Tylko nic o obsłudze napisać nie mogę, gdyż nie wyróżniała się ani w jedną, ani w drugą stronę. Gdybym miał im jednak coś doradzić, to wolałbym, aby to oni bardziej służyli radą wobec klientów, którzy dotarli tam po raz pierwszy i są zdezorientowani względem azjatyckiego menu. Muszę również wspomnieć o największej wadzie lokalu, bowiem gdy w porze lunchu pojawiło się więcej gości, to cały lokal wypełnił się chmurami dymu z kuchni. Nawet przy otwartym przez klientów oknie, widziałem jak przez mgłę, szczypały mnie oczy, a całe ubranie aż do wieczora przypominało mi oraz mojemu otoczeniu o wizycie w Fast Wok. Trochę też szkoda, że restauracja nie ma koncesji na sprzedaż alkoholu. Nieśmiało jednak liczę, że z nowym rokiem się to zmieni.

Z moich dotychczasowych doświadczeń wynika, że poza barami sushi, jest to najlepszy kulinarny kawałek Azji w Poznaniu. Jestem przy tym przekonany, że jedzenie tam serwowane przysporzy restauracji Fast Wok sporej klienteli. Mam jednak wielką nadzieję, że uzyskane w ten sposób dochody pozwolą właścicielom polepszyć warunki lokalowe.

Jedzenie: 5
Obsługa: 3+
Wystrój: 3
Jakość do ceny: 5+



KOSZTORYS:
Zupa curry z krewetkami - 10 zł.
Zupa kokosowa z kurczakiem - 7 zł.
Warzywa w delikatnym sosie sojowo-sezamowym z ryżem - 14 zł.
Wołowina z makaronem ryżowym i krewetkami w delikatnym sosie sojowym - 18 zł.
Woda gazowana Kropla Beskidu 0,3 – 4 zł.
Sprite 0,3 - 4 zł.
Suma: 57 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.00

ADRES: Poznań, ul. Ratajczaka 18 (Pasaż Apollo)
INTERNET: www.fastwok.pl

Bookmark and Share

piątek, 20 listopada 2009

MEZE mini tawerna / ocena 3.88 (zamknięta)

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Meze. Jest to mniejsza, tańsza, szybsza i bardziej nowoczesna wersja greckiej tawerny Mykonos przy placu Wolności (ponoć ten sam właściciel). Byliśmy tam już wiele razy. Niemniej niedzielna wizyta była trochę inna niż dotychczasowe. Nasz błąd, bowiem pierwszy raz zapytaliśmy o możliwość robienia zdjęć dopiero po złożeniu zamówienia. Otrzymaliśmy odpowiedź odmowną, ale nie było już odwrotu. Dlatego też, tym razem pojawią się tylko zdjęcia potraw i restauracji od zewnątrz.


ONA:
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy postać niesympatycznego kelnera w ogóle funkcjonuje gdzieś poza Paryżem. W każdej dotychczasowej recenzji musiałam napisać, że obsługa była sympatyczna, uczynna, uśmiechnięta. Bo tak właśnie było. Nawet jeśli nie była idealna, to nie można było mieć wobec niej większych zarzutów. Chciałam nawet zapytać czy znacie taką restaurację, w której grasuje taki rasowy, wstrętny kelner z mrocznych opowieści. Nie żebym była masochistką, jednak z czystej ciekawości chciałam przeżyć coś takiego. Przynajmniej miałabym o czym pisać.

Choć nigdy bym się tego nie spodziewała, przedsmak takiego traktowania zaznałam właśnie w Meze (w trakcie wszystkich poprzednich wyjść obsługa, nie odbiegała tutaj od standardu, być może nawet wyróżniała się na plus). Przyznam, że ze szczerym zafascynowaniem przyglądałam się jak Pani kelnerka przyjmuje zamówienie nie odzywając się do nas słowem. W myślach obstawiałam kiedy padnie to pierwsze. W końcu padło: "frytki czy ryż". I na tym koniec. Później było już trochę lepiej - "proszę", "dziękuję" przy podawaniu dań itp. Ta sama Pani kelnerka dość obcesowo skarciła nas za robienie zdjęć. Cóż, jestem pewna, że można to było rozegrać zupełnie inaczej. Z menu wybrałam: zupę szpinakową oraz szaszłyki z krewetek z halloumi. Zupa była bardzo delikatna, żeby nie powiedzieć nijaka. Całość jednak zjadłam z przyjemnością, dodatek fety, gałki muszkatołowej i koperku, był miłym kontrapunktem dla mlecznego płynu. Zdecydowanie lepiej wypadło drugie danie. Smakowite krewetki, delikatnie potraktowane solą morską i ser halloumi. Pyszny! (osobiście uważam, że blaknie przy nim każda feta). Krewetkom towarzyszyła porcja ryżu, i prosta sałatka (sałata, marynowana marchewka i seler oraz oliwka).

Wystrój jest bardzo przyjemny. Tym bardziej nie rozumiem dlaczego musi być tak skrzętnie ukrywany przed obiektywem aparatu. Niebiesko – biała kolorystyka ścian, stołów i krzeseł, srebrne dodatki i duże czarno – białe zdjęcia przedstawiające widoki Grecji i targów rybnych tworzą spójną i przemyślaną całość. Jedzenie i wystrój są zatem godne polecenia. A co do obsługi, cóż… Masochista, który chciałby być źle potraktowany może się rozczarować, bo obsługa zwykle jest miła i bez zarzutu (wyjątkowo zdesperowanym polecam wtargnięcie z aparatem ;)). Być może też, Pani kelnerka miała wyjątkowo zły dzień, w końcu każdy czasem ma. Niemniej zgodnie z naszą polityką oceniam konkretne wyjście, a nie wcześniejsze doświadczenia.

Jedzenie: 4
Obsługa: 2+
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4+


ON:
Meze trafiło w mój gust od samego początku. Czuję tam istotny powiew świeżości względem tawerny Mykonos. Bo choć w tawernie przy Placu Wolności dania są wykwintniejsze, to nie zawsze dysponuję czasem i pieniędzmi na oferowane tam greckie uczty. Często mam jednak ochotę zakosztować namiastki kuchni rodem z Peloponezu i Meze mi to umożliwia. Cenię sobie przy tym nowoczesny, spójny i przemyślany wystrój restauracji. I choć cześć stolików jest według mnie ścieśniona zbyt blisko siebie, to przecież nie jest to miejsce pomyślane na romantyczną kolację przy świecach.

Tym razem, zamówiłem grecką zupę z kurczakiem, a na drugie danie - kurczaka z warzywami i manouri. Skorzystałem też z oferty jesienno-zimowej i skusiłem się na herbatę z konfiturą z pomarańczy (do wyboru była też z miodem z dzikiej jodły). Zupa była z gatunku tych wodnistych i można było w niej odnaleźć warzywa, kawałki kurczaka i ryż. Była przy tym doprawiona oliwą z oliwek i cytryną oraz podana z apetyczną grzanką z pastą paprykową. Smakowała mi, niemniej w Meze na pierwszym miejscu stawiam świetną zupę pomidorową (z musem z greckiego jogurtu), a także bardzo dobrą zupę szpinakową (z serem feta). Grillowana pierś kurczaka zapiekana była z kolei w piecu pod serem manouri. Sam ser był rewelacyjny, mięso bardzo dobre i tylko dodatek w postaci duszonych warzyw (pomidory, papryka, pieczarki i cebula) wypadł dość kiepsko, jakby był ze słoika. Dodam, że herbata, którą zmieszałem z pomarańczowymi konfiturami spełniła swoją rolę i przygotowała mnie na jesienny wieczór. Należy się też kilka słów o obsłudze. Ja rozumiem, że kelnerka jest pewnie niespecjalnie zadowolona, że jako jedyna ze swoich koleżanek pracuje w niedzielne popołudnie. Niedzielny gość płaci jednak tak samo, jak odwiedzający Meze w ciągu tygodnia. Tym bardziej nie mam ochoty patrzeć, jak obsługa cierpi i wykonuje swoją pracę po linii najmniejszego oporu. Nie wspomnę już o dziwnej reakcji odnośnie naszego pytania o możliwość fotografowania wnętrz. Jasne, że można odmówić, ale można to zrobić grzecznie i taktownie. Nie trzeba przy tym węszyć spisku, za każdym razem gdy wyciągam aparat, aby sfotografować danie, za które przecież zapłaciłem. Mały plusik za obsługę przyznałem jedynie w kontekście wcześniejszych wizyt. Sympatyczne Panie kelnerki miały jednak niedzielę wolną, albo były wówczas w świeżo otwartej fili przy ulicy Szkolnej.

Wyraźnie dostrzegam, że właściciel Meze stawia na rozwój (druga filia, sklepik z greckimi produktami oraz wciąż udoskonalane menu), niemniej doradzam, aby zwrócił baczniejszą uwagę na fundament, jakim jest obsługa klienta. Może się bowiem zdarzyć tak, że od niedzieli do niedzieli, zacznie tracić stałych klientów. Szkoda by było.

Jedzenie: 4
Obsługa: 2+
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4+


KOSZTORYS:
Zupa szpinakowa - 8 zł.
Grecka zupa z kurczakiem - 9 zł.
Kurczak z warzywami i manouri - 20 zł.
Szaszłyki z krewetek z halloumi - 24 zł.
Piwo greckie Mythos 0,33 – 7 zł.
Herbata z konfiturą z pomarańczy - 6,5 zł.
Suma: 74,5 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.88

ADRES: Poznań, ul. Ratajczaka 33
INTERNET: www.meze.pl

Bookmark and Share

niedziela, 15 listopada 2009

UMBERTO pizzeria & ristorante / ocena 3.69

Zapewne nigdy byśmy do restauracji Umberto nie dotarli, gdybyśmy nie mieszkali niedaleko miejsca, jakim jest Pasaż 222 na ulicy Grunwaldzkiej. Mieszkamy jednak w okolicy i co jakiś czas zaglądamy do Umberto.



ONA:
Bryła Pasażu 222 na długo pozostaje w pamięci. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, zastanawiałam się, czy człowiek, który jest odpowiedzialny za tę szkaradną konstrukcję może w nocy spać spokojnie. Całość przypomina nadgryzioną zębem czasu metalową puszkę (z racji materiału, z którego została zbudowana i "obłych" kształtów). Plus jest taki, że sam pasaż jest całkiem dobrym punktem orientacyjnym i na pewno nie pozostaje niezauważony.

Właśnie w takim wiejącym chłodem miejscu, znajduje się pizzeria Umberto. Za każdym razem, kiedy wchodzę do środka odczuwam ulgę. Nie dlatego, żeby wnętrze mnie powalało. Wręcz przeciwnie, gdybym chciała (ale nie chcę) bez problemu znalazłabym milion powodów, aby to miejsce skrytykować. Jednak sąsiedztwo pasażu niewątpliwie dodaje mu uroku. Największą zaletą wnętrza są dla mnie ciepłe kolory, przytłumione światło, bambusowe rolety i imponująca liczba roślin doniczkowych. Te elementy sprawiają, że w środku jest swojsko i przyjemnie. Z racji tego, że przez cały dzień mój żołądek bezlitośnie domagał się warzyw i węglowodanów, zdecydowałam się na spaghetti wegetariańskie. Apetycznie podana, konkretna porcja makaronu z dodatkiem podsmażonej marchewki, pieczarek, kukurydzy, dymki i porów, posypana zieloną pietruszką i drobno startym, żółtym serem, nie była może szczytem kulinarnej finezji, ale akurat w ten dzień tego mi było trzeba (zmieniłabym może tylko proporcje warzyw, względem makaronu). Całość została potraktowana solidną porcją oliwy z oliwek. Solidną na tyle, że osobom dbającym o linie, mogłaby spędzać sen z powiek.

Uważam, że mieszkańcy tej części Grunwaldu nie mają powodów do narzekań. Jest to wprawdzie jedyna jadłodajnia w okolicy (może poza Estellą na ul. Węgorka), ale stanowi niezłą alternatywę na dzień, w którym mieszkającą w pobliżu "mistrzynię lub mistrza" patelni dopada kulinarna niemoc. Niespecjalnie wyszukane, ale smaczne jedzenie, obsługa, do której nie można mieć zarzutów oraz ciepły wystrój mają tutaj wielu zwolenników.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4-
Wystrój: 3
Jakość do ceny: 4



ON:
Choć wygląd opustoszałego Pasażu 222 mnie odstrasza, to zupełnym przeciwieństwem jest wystrój restauracji Umberto. Jej wnętrze jest zasadniczo typowe dla wszelakich pizzerii, jednak w zestawieniu z surowym krajobrazem pasażu, wydaję się nad wyraz przytulne i kameralne. Ponadto, na ciepłą część roku wygospodarowano mały, ale bardzo przyjemny i odseparowany od otoczenia letni ogródek.

Gdy już jestem w Umberto, to zawsze zamawiam pizzę, bowiem szczerzę lubię tę potrawę i zwyczajnie nie umiem jej sobie odmówić w sprawdzonym już miejscu. Przeważnie zamawiam Pizza Diablo (sos pomidorowy, ser mozzarella, papryka peperoni, kiełbasa pepperoni), tym razem zdecydowałem się jednak na Pizza Umberto, czyli jak mniemam po nazwie - specjalność lokalu (sos pomidorowy, ser mozzarella, salami, pomidor, ser camembert). Jak zawsze - szybko podana pizza, okazała się jak zawsze - smaczna. Oczywiście, nie najlepsza jaką jadłem w życiu, ani nawet nie najlepsza jaką jadłem w tym mieście, niemniej porządny piec, cienkie ciasto i dobra receptura sprawiają, że chcę tam wracać, ilekroć najdzie mnie w mieszkaniu ochota na pizzę. Umberto nie samą jednak pizzą stoi. W bogatym menu można znaleźć bowiem także - zupy, sałatki, naleśniki, makarony, zapiekanki, ziemniaczane specjały, dania obiadowe oraz desery. Do sprawnej, uprzejmej i zawsze uśmiechniętej obsługi mam właściwie tylko jedno zastrzeżenie - ile razy jestem w Umberto, tyle razy trzeba wstać i samemu upomnieć się przy kasie o rachunek. Zastanawia mnie również, dlaczego pizza tylko z jednym najtańszym dodatkiem jest aż 5 zł droższa od zwykłej Margherity (sos pomidorowy, ser mozzarella)!?

Podsumowując, pokuszę się o stwierdzenie, że mnogość klientów jaką widuję każdorazowo w Umberto dowodzi, iż dobry lokal obroni się wszędzie, bez względu na położenie. Dwie świeżo otwarte filie tejże restauracji (na ul. Żydowskiej i ul. Armii Poznań) chyba tylko potwierdzają tę tezę.

Jedzenie: 4-
Obsługa: 4
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4



KOSZTORYS:
Spaghetti Vegetariana - 12,9 zł.
Pizza Umberto - 21,9 zł.
Tyskie 0,5 x 2 – 13 zł.
Suma: 47,8 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.69

ADRES: Poznań, ul. Grunwaldzka 222 (Pasaż 222)

Bookmark and Share

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...