środa, 6 stycznia 2010

PAŁAC IWNO / ocena 3.78

Tym razem, dość nieoczekiwanie zostaliśmy zaproszeni przez rodzinę na niedzielny obiad do neorenesansowego pałacu Iwno (ok. 25 km na wschód od Poznania). Wspomniana spontaniczność dała się we znaki tym, że akurat nie mieliśmy przy sobie aparatu (zdjęcia wykonaliśmy pożyczonym). Kolejnym wyróżnikiem jest fakt, że posiłek zjedliśmy w 7 osobowym gronie - stąd większa liczba zdjęć z potrawami. Tak czy inaczej zapraszamy Was do lektury naszej pierwszej, zamiejscowej relacji.



ONA:
Czasami zastanawiam się jaka jest przyczyna tego, że dania kuchni polskiej robią w świecie znikomą karierę. Owszem, rozmawiając z obcokrajowcami można się dowiedzieć, że w Polsce jemy barszcz i bigos, ale jest to zazwyczaj wiedza a priori (nie tylko przed, ale i opierająca się ewentualnemu, głębszemu doświadczeniu). Gdybym miała wybrać jedno danie, które dobrze rozreklamowane, mogłoby zrobić w świecie oszałamiającą karierę byłaby to botwinka (oczywiście mam również kilka innych typów). Nie potrafię pogodzić się z tym, że np. takie pospolite gazpacho znane i lubiane jest chyba na całym świecie, podczas gdy nasza botwinka nadal pozostaje w cieniu. A przecież wygląda pięknie, smakuje jeszcze lepiej i do tego nie wymaga ani wielkich kulinarnych zdolności, ani przesadnie wyszukanych składników. Ta wykwintniejsza i bardziej skomplikowana kuchnia staropolska to oczywiście zupełnie inna bajka, zresztą z informacji, które jakiś czas temu do mnie dotarły, szef kuchni w restauracji Amber Room w Warszawie (tej, która ma ambicję zdobycia pierwszej gwiazdki Michelin w Polsce) podejmuje próby popularyzowania kuchni Polskiej w nowoczesnej odsłonie. Z jednej strony bardzo się cieszę, że ktoś podejmuje takie wysiłki, a z drugiej jestem niezwykle ciekawa efektów. Z pewnością niebawem się tam wybierzemy, tymczasem jednak wróćmy do Pałacu w Iwnie, którego restauracja również proponuje dania kuchni polskiej (choć nie tylko) - raczej z gatunku tych swojskich i domowych.

Fajnie jest wybrać się w wolny dzień na taką wycieczkę, szczególnie jeśli pogoda dopisuje (nam odpowiadał ten mroźny, śnieży dzień). Tak po prostu, bez wygórowanych oczekiwań zapoznać się z bliższą i dalszą okolicą. Kiedy dotarliśmy przed pałac w Iwnie poczułam całkiem swojską atmosferę. Sam budynek i jego wnętrze ma oczywiście swoje lata, ale konwencja wystroju i pewne nieudolne prace remontowo - konserwatorskie sprawiły, że pałac choć urokliwy, pozbawiony został dostojnej elegancji (szczególnie chodzi mi o wnętrze). Tym samym nie „trąci” muzealnym charakterem. Sprawia przyjemne wrażenie, balansując przy tym na granicy stylu minionych epok i kiczu... Osobiście niespecjalnie mi to przeszkadzało, choć pewnie jak każdy prawdziwy Polak nie mogłam oprzeć się wrażeniu i powracającym myślom, że gdybym miała pieniądze, to (hoho) zrobiłabym tu prawdziwy raj na ziemi, pieczołowicie odtwarzając każdy detal.
Usiedliśmy przy bardzo przestronnym, okrągłym stole, w dość ciemnej sali. W tle nienachlanie dźwięczał Louis Armstrong z repertuarem swoich zimowych standardów, a my rozsiedliśmy się wygodnie w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków (na plus chcę jeszcze dodać, że sala, choć bardzo wysoka i z dużymi oknami była naprawdę ciepła). Z menu wybrałam zupę borowikową z prażonym ryżem basmati i łososia świeżo podwędzanego z sałatką grecką, sosem cytrynowym i bagietką z masłem. Zasadniczym problemem zupy była sól. Zaznaczę przy tym, że nie byłam jedyną osobą, która zdecydowała się na borowikową. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że ilość soli znacząco przekracza akceptowalne normy. Trochę szkoda, ponieważ, gdyby nie ta sól zupa pewnie byłaby niezła, a za bardzo ciekawy akcent w postaci prażonego ryżu basmati kucharzowi należą się specjalne brawa. Jeśli chodzi o zupy grzybowe wolę wprawdzie te „niezmiksowane”, bo gładka grzybowa masa budzi czasem moją podejrzliwość - w tym wypadku nie był to jednak największy problem. Dalej przyszedł czas na podwędzanego na ciepło łososia. To danie choć dalekie od ideału mogę zaliczyć do smacznych. Łosoś, który pod wpływem wędzenia nieco się przesuszył, roztaczał tak intensywny aromat wędzarniczy, że zapach ten towarzyszył mi jeszcze długo po posiłku. Tak jakbym to ja została uwędzona razem z łososiem, tak przy okazji. Dobrze, że ryba podana została w towarzystwie lekkich dodatków, dzięki czemu danie nie sprawiało wrażenia ciężkiego. Sałatka grecka, należała od typowych przedstawicieli gatunku. Do tego niewielka porcja pieczywa, potraktowana jak dla mnie zbyt obfitą porcją roztopionego masła. Ogólnie jedzenie było ciekawe i dość smaczne. Niewątpliwie też pracujący w Iwnie kucharz potrafi błysnąć inwencją – wspomniany wcześniej ryż, dekoracje z usmażonego, chrupiącego makaronu, czy doskonale przyrządzony boczek. Mięsne dania naszych towarzyszy zgarnęły całkiem sporo pochwał i pomruków zadowolenia, niemniej pojawiły się również dwa rozczarowania. Jedna z osób zamówiła spaghetti z krewetkami black tiger, w którym smętnie pływało kilka krewetek koktajlowych. Najwyraźniej ewentualne ubytki w rozmiarze pomiędzy krewetkami black tiger, a krewetkami koktajlowymi zrekompensować miała porcja łososia (o której w menu nie było mowy). Mimo afery krewetkowej danie ostatecznie uznane zostało za smaczne. Drugie rozczarowanie spotkało natomiast wybrednego „kawosza”. Stwierdził on bowiem, że kawa, którą otrzymał po obiedzie, spokojnie mogłaby konkurować o palmę pierwszeństwa z wywarem ze szczura.

Przez cały posiłek obsługiwała nas bardzo radosna kelnerka, która choć pomocna i sympatyczna, sprawiała wrażenie trochę zakręconej. Jednak na naszą uwagę o bardzo słonej zupie, zareagowała (poniewczasie)- mówiąc, że powiadomiła już kucharza, który przeprosił za incydent, zapewniając przy tym, że dołoży wszelkich starań, aby taka sytuacja się nie powtórzyła (jednostkowy charakter tej wpadki potwierdziła jedna z osób z naszego towarzystwa, która borowikową próbowała tutaj wcześniej, podobno była bardzo smaczna i nieprzesolona). Na koniec w ramach rekompensaty, osobie, która zamówiła dodatkowe piwo, nie zostało ono doliczone do rachunku. Z tego co dowiedzieliśmy się na miejscu, jest to niezwykle popularna weselna miejscówka. W związku z tym przez większą część posiłku, ktoś z obsługi oprowadzał młode pary z rodzinami, pokazując możliwości lokalowo - organizacyjne jakie zapewnia pałac w Iwnie. Było to dość denerwujące – pielgrzymi w kurtkach i płaszczach przechadzający się między stołami restauracji i żywo dyskutujący na interesujące ich tematy, psuli trochę atmosferę, sprawiając, że czułam się niczym w dworcowej poczekalni.

Cały wyjazd, mimo kilku krytycznych uwag, mogę uznać za udany. Gdybym jednak miała tylko jeden dzień na zapoznanie jakiegoś obcokrajowca z kuchnią polską raczej do Iwna bym się nie wybrała. Nie wiem też jak lokal oceniłby ktoś, kto specjalnie przyjechałby tu z drugiego końca Poznania…Dlatego polecam raczej tym, którzy lubią wycieczki turystyczno - krajoznawcze, wiejskie plenery i nadgryzione zębem czasu wielkopolskie pałace. Dla samego jedzenia nie ma sensu wybierać się aż tak daleko, ale jeśli potraktować je w kategorii dodatku do niedzielnej wycieczki za miasto, to z pewnością jest to propozycja warta rozważenia.

Jedzenie: 4-
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 3+



ON:
Pałac Iwno został zbudowany w latach 1851-55 dla Józefa Mielżyńskiego. Jako amator historii uwielbiam takie miejsca. Tym bardziej, że zarówno neorenesansowy pałac, pobliska oficyna oraz otaczający je park krajobrazowy - wciąż żyją i mają się całkiem dobrze. Na miejscu oprócz restauracji i usług hotelowych odnajdziemy także stadninę koni oraz plenery znane z kręconego tu w latach siedemdziesiątych serialu "Karino". Miałem to szczęście, że dotarłem tam w środku śnieżnej zimy, co spotęgowało jeszcze urok krajobrazu.

Po przekroczeniu pałacowego progu znaleźliśmy się w obszernej sieni z marmurową podłogą, drewnianą klatką schodową i czarnym fortepianem. Dalej przeszliśmy do wysokiej, nieckowato sklepionej sali, gdzie znajduję się restauracja. Choć neorenesansowa dekoracja wnętrz wymaga delikatnego odnowienia, to bardzo ujęła mnie swoim klimatem (dawne portrety na ścianach, stare komody oraz oryginalny piec kaflowy). Wraz z upływem czasu pojawił się jednak mały problem z oświetleniem, które jest na tyle przytłumione, że późnym popołudniem goście siedzą w półmroku (stąd też konieczność użycia lampy błyskowej przy fotografowaniu potraw). Co mnie zaskoczyło na plus, to temperatura wewnątrz lokalu. Podświadomie wyobrażałem sobie, że w środku mroźnej zimy w dużym, ponad dwustuletnim pałacu musi być dość chłodno. Nic bardziej mylnego - było bowiem ciepło i przytulnie. Z menu zamówiłem krem pomidorowy oraz medaliony z kurczaka z boczkiem. Przyznam, że krem choć z pewnością świeży i w miarę smaczny, to był dość nijaki i nazbyt chłodny. Ładnie podane medaliony choć również smaczne, były z kolei nazbyt przypieczone (tak zresztą jak i warzywa z przyprawą orientalną) przez co z założenia lekkostrawne danie zyskiwało niechlubnie na ciężkości. Sytuacje ratował jednak wyborny i chrupiący boczek oraz delikatne puree ziemniaczane. Posiłek uprzyjemniała także lampka prostego chardonnay z winnicy Sol de Chile. Obsługa kelnerska była bardzo sprawna, niemniej milcząca, przez co mało pomocna przy wyborze dań. Inny jednak problem w kwestii ogólnie pojętej obsługi to wycieczki narzeczonych i ich rodziców, które za naszymi plecami kilkakrotnie oprowadzał zarządca przybytku. Rozumiem, że pałac "żyje" z wesel i cieszę się, iż mieliśmy na tyle szczęścia, że akurat podczas naszej wizyty nie był zarezerwowany, niemniej wspomniane wycieczki są niekomfortowe dla gości przy stolikach. Chcąc, nie chcąc dowiedziałem się mimochodem, że organizują 200 wesel w roku w cenie od 120 zł na osobę, przy czym maksymalna pojemność to 120 osób, a w jednej sali mieści się spokojnie 5 okrągłych stołów ;)

Polecam wizytę w Iwnie tym wszystkim, którzy podczas wypadu poza miasto chcą połączyć aspekt kulinarny z historycznym. W Poznaniu możecie znaleźć co prawda i lepszą kuchnię i obiekty bardziej historyczne, niemniej pałac w Iwnie bez wątpienia posiada swoją unikalną atmosferę!

PS W pałacowym parku jest staw z wyspą, na której wznosi się kopiec (zwany niegdyś Napoleonką), gdzie wg legendy popijał kawę sam Napoleon.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4-
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4



ONI:



KOSZTORYS DLA 7 OSÓB:
Zupa borowikowa z prażonym ryżem basmati x 4 - 48 zł.
Krem pomidorowy - 10 zł.
Tagliatelle z łososiem i szpinakiem - 21 zł.
Spaghetti z rukolą i krewetkami black tiger - 26 zł.
Łosoś świeżo podwędzany (sałatka grecka, sos cytrynowy, bagietka, masło) - 33 zł.
Medaliony z kurczaka z boczkiem (warzywa z przyprawą orientalną, puree ziemniaczane) - 27 zł.
Sakiewki drobiowe ze szpinakiem i kurkami (ziemniaki opiekane, sałatka grecka) - 22 zł.
Polędwiczki z boczkiem (ziemniaki opiekane, sałatka grecka) - 29 zł.
Schab panierowany z kością (ziemniaki zasmażane, kapusta kwaszona) - 24 zł.
Sol de Chile Varietal Chardonnay 0,125 x 3 - 45 zł.
Herbata Lipton - 5 zł.
Kawa czarna - 6 zł.
Żywiec 0,5 - 6 zł.
Pepsi 0,2 - 3 zł.
Suma: 305 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Zupa borowikowa z prażonym ryżem basmati - 12 zł.
Krem pomidorowy - 10 zł.
Łosoś świeżo podwędzany (sałatka grecka, sos cytrynowy, bagietka, masło) - 33 zł.
Medaliony z kurczaka z boczkiem (warzywa z przyprawą orientalną, puree ziemniaczane) - 27 zł.
Sol de Chile Varietal Chardonnay 0,125 x 2 - 30 zł.
Suma: 112 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.78

ADRES: Iwno, ul. Park Mielżyńskich 1

Bookmark and Share

wtorek, 29 grudnia 2009

KURO BY PANAMO / ocena 4.19 (przeniesiona)

Przygotowując poprzednią ankietę, naszą uwagę zwrócił sushi bar Kuro by Panamo. Powstał niedawno, a wnętrze na zdjęciach wydawało się nam atrakcyjne. Na tych samych zdjęciach zauważyliśmy również sushi mastera, którego cenimy i pamiętamy z Sakany. Te wszystkie czynniki sprawiły, że zrobiliśmy sobie daleką jak na mieszkańców Grunwaldu wycieczkę na osiedle Polanka…


ONA:
Do Kuro by Panamo wybraliśmy się ze względu na szczególną okazję. Powód do świętowania należał raczej do tych „grubych”, a nasi towarzysze domagali się japońskiej uczty. Mniej więcej w ten sposób, w czteroosobowym gronie dotarliśmy do Kuro, trochę przy tym ryzykując – nigdy wcześniej tam nie byliśmy, a jedyną wiedzę o tym lokalu dostarczył nam Facebook.

Nigdy wcześniej nie byłam też na osiedlu Polanka i szczerze powiem, że trochę mnie ono przytłoczyło wszechobecnym betonem. To przytłoczenie przełożyło się też na ocenę wnętrza Kuro. Bo choć początkowo to miejsce zachęciło mnie właśnie wystrojem, to po wejściu do środka trochę ochłonęłam. Oczywiście bez przesady. Wszystko było całkiem zgrabnie zaprojektowane. Proste i oszczędne wnętrze zostało przełamane trzema wyrazistymi elementami: czerwonym siedziskiem biegnącym wzdłuż okien, ciemną tapetą z motywem roślinnym i barem, którego linia nawiązywała do kształtu fali. Niemniej duże okna bezlitośnie przypominały o tym co za nimi. Po krótkim zapoznaniu się z wnętrzem i menu, przyszedł czas na zamówienie. Dowiedzieliśmy się wówczas, że lokal nie ma jeszcze koncesji na sprzedaż alkoholu. Tak się szczęśliwie złożyło, że byliśmy akurat w posiadaniu butelki musującego wina cava Perelada. W związku z tym, zapytaliśmy obsługę, czy jest możliwość wypicia własnego alkoholu. Obsługująca nas Pani nie widziała w tym najmniejszego problemu, co więcej, wino schłodziła, otworzyła i przyniosła kieliszki. Wiem, że była to raczej niecodzienna sytuacja, niemniej muszę przyznać, że w tym wypadku obsługa spisała się na medal.

Z menu wybrałam między innymi bulion chili z pierożkami wegetariańskimi i sałatkę z kiszonej kapusty pekińskiej z chili (kimchi). Zdaje się, że oba dania zostały potraktowane sambal oelek (słonawa pasta z czerwonych papryczek chili) dzięki czemu były dość pikantne. Zupa i pierożki były ciepłe i rozgrzewające i bardzo mi smakowały. Kimchi natomiast, smakowała jak pikantna wersja naszej kiszonej kapusty (raczej z tych lekko kiszonych). Smak zaskakiwał jednak w zestawieniu z widokiem kawałków kapusty pekińskiej (ogólnie widok nie do końca apetyczny, ale w smaku nieźle). Dalej zamówiliśmy duży zestaw o nazwie KURO RO KU, składający się z 55 kawałków nigiri, maki i sashimi z użyciem kilku gatunków ryb (tilapia, łosoś, tuńczyk, ryba maślana + krewetka i paluszek krabowy) w różnych konfiguracjach + maki wegetariańskie i krewetka w tempurze. Wszystko było do zjedzenia, choć bez większych zachwytów. Kawałki sushi różniły się między sobą wielkością, a wykonanie nie było do końca precyzyjne. Natomiast dodatek do sashimi stanowiła tylko tykwa. W trakcie jedzenia zestawu Pani kelnerka przyniosła nam maki w tempurze jako bonus od sushi mastera, który dodał, iż to z okazji naszego świętowania. Było to bardzo miłe, niestety w moim przypadku nie do końca trafione. Wszystkim bardzo smakowało, ja jednak do tego wynalazku miałam stosunek letni. Całe kawałki sushi maki, zanurzone w tempurze, usmażone w głębokim tłuszczu i podane z pikantnym, ciężkim sosem przywołały skojarzenia z frytkami z majonezem i ketchupem. I szczerze mówiąc jak dla mnie prezentowały podobne walory smakowe. Niemniej jest to moje osobiste uprzedzenie. Na koniec zamówiłam jeszcze maki z grilowanym węgorzem, słodkim sosem i sezamem. I tu byłam już w domu! Było bardzo, bardzo smaczne. Wytrawny, ciepły węgorz w zestawieniu z tą lepiącą i gęstą słodyczą, niezmiennie przyprawia mnie o przyspieszone bicie serca. Tak jak wspomniałam wcześniej, jedzeniu towarzyszyła butelka przyjemnej, hiszpańskiej cavy oraz zielona herbata o aromacie wiśni.

W przypadku Kuro, tak jak w przypadku innych nowo otwartych lokali poczekałabym jeszcze z ostateczną oceną, dając właścicielom trochę czasu na poprawę wszelkich niedociągnięć. Jak wiadomo nie wszystko można od początku przewidzieć. Muszę także podkreślić, że całe wyjście upłynęło w przesympatycznej atmosferze. Obsługa tego lokalu to z pewnością bardzo solidny fundament do dalszego budowania ciekawego miejsca. A to co wskazałam na minus, to raczej łatwe do poprawienia potknięcia.

Jedzenie: 4
Obsługa: 5
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4


ON:
Wnętrze restauracji prezentowało się świetnie na panoramicznych zdjęciach w Internecie. Na żywo nie zrobiło jednak na mnie takiego wrażenia. Nie, żeby było z nim coś szczególnie nie tak, niemniej podziałała na mnie trudna do zdefiniowania aura nowoczesnego blokowiska, a wnętrze wydało się chłodne względem wcześniejszych wyobrażeń. Trochę chłodnawo było też dosłownie, niemniej obsługa zadziałała w tej kwestii na widok klientów, bowiem po kilkunastu minutach odczułem, że słusznie włączono ogrzewanie.

Zamówiłem Tom Kha Gai – słodko-pikantną zupę tajską na bazie mleczka kokosowego z kawałkami kurczaka, kasztanami i grzybami wodnymi. Jak dla mnie, to zupa była trochę za mało wyrazista – ani to pikantna, ani to słodka. Spróbowałem jednak zup współtowarzyszy i szczerze polecam pikantny bulion Kuro. Nie udaliśmy się tam jednak dla zup, a dla samego sushi. Jako, że była nas czwórka, a chcieliśmy spróbować możliwie dużo – zdecydowaliśmy się na największy z oferowanych tam zestawów – Kuro Ro Ku, który składał się z 55 części składowych. Podane sushi nie rozczarowało mnie (to najważniejsze), ale też i szczególnie mnie nie zachwyciło. Wszystko było smaczne, niemniej poziom nie wybija się względem innych sushi barów w mieście. Zauważyłem jednak, że zapiekane specjały smakowały bardziej niż surowe. Być może to kwestia tego, że przy surowym sushi łatwiej ocenić jego poziom. Być może jednak ma to związek z tym, że pod koniec naszej wizyty (gdy domawialiśmy zapiekane) za barem pojawił się sushi master znany nam niegdyś z Sakany, a jak już wspominałem - szkoła Sakany jest moją ulubioną szkołą poznańskiego sushi. Skoro już porównujemy z innymi, to wspomnę o cenach - Kuro rzeczywiście jest trochę tańsze, niemniej nie odstaje, aż tak zbytnio od poznańskiej normy, mimo iż właściciele lokalu z pewnością nie płacą czynszu, takiego jak w centrum. Jest jednak w Kuro by Panamo coś co biję inne sushi bary na głowę – obsługa klienta! Są jeszcze pewne niedociągnięcia w postaci braku wyszukanych składników (np. małże arktyczne) i nie wykupionej póki co licencji na alkohol, niemniej obsługa Kuro robi wszystko, aby gość czuł się komfortowo. Ja tak się właśnie czułem gdy schłodzono i rozlano do kieliszków przyniesioną przez nas butelkę wytrawnej Cavy - Castillo Perelada. Niespodziewanie otrzymaliśmy też maki z krewetką w temperze, jako specjalny prezent od sushi mastera, a na koniec był jeszcze mały rabat dla stałych klientów!

Chciałbym mieć taki sushi bar w swojej okolicy i szczerze zazdroszczę mieszkańcom Polanki, że mają Kuro by Panamo. W moim przypadku nie widzę jednak sensu, aby jeździć tam przez całe miasto. Po prostu nie widzę nowej jakości - takiej której nie miałbym bliżej. Szczególnie polecam zatem mieszkańcom Rataj!

Jedzenie: 4
Obsługa: 5-
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4


ONI:


KOSZTORYS DLA 4 OSÓB:
Sałatka Kimchi - 15 zł.
Zupa Kuro - 12 zł.
Zupa Tom Kha Gai - 12 zł.
Zupa Sake Miso x 2 - 20 zł.
Zestaw Kuro Rok Ku 55 szt. (9 szt. sashimi z 3 gatunków ryb, 6 szt. maki z zapiekaną tilapią, 6 szt. maki z łososiem, 6 szt. maki z krewetką w tempurze, 6 szt. maki wegetariańskie, 6 szt. husomaki z tuńczykiem, 5 szt. maki california z paluszkiem krabowym, 2 szt. nigiri z łososiem, 2 szt. nigiri z tuńczykiem, 2 szt. nigiri z białą rybą, 2 szt. nigiri z krewetką, 2 szt. nigiri z omletem) - 160 zł.
6 szt. maki z grillowanym węgorzem - 20 zł.
Dzbanek herbaty x 2 (wiśniowa i jaśminowa) - 14 zł.
Suma: 253 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Zupa Kuro - 12 zł.
Zupa Tom Kha Gai - 12 zł.
1/2 zestawu Kuro Rok Ku 55 szt. - 80 zł.
6 szt. maki z grillowanym węgorzem - 20 zł.
Dzbanek herbaty wiśniowej - 7 zł.
Suma: 131 zł.

PS Dla jednego z nieobecnych zamówiliśmy (na wynos) zestaw Kuro Ni w cenie 55 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.19

ADRES: Poznań, ul. Katowicka 81D/110
INTERNET: www.kuro.pl

Bookmark and Share

środa, 23 grudnia 2009

KUCHNIA CHRISA - cz. II / ocena 4.22 (zamknięta)

Kuchnia Chrisa zajmowała dotychczas pierwsze miejsce w naszym rankingu. Aby jednak lista Top 5 była jak najbardziej wiarygodna, postanowiliśmy wybrać się do tej restauracji ponownie. Pretekstem do wizyty była również chęć wypróbowania grudniowego menu oraz odnotowanie ewentualnych zmian i postępów. Po złożeniu zamówienia i otrzymaniu potraw spotkała nas jednak przykra niespodzianka. Okazało się, że żadne z nas nie pomyślało o naładowaniu baterii, w efekcie czego przy próbie zrobienia pierwszego zdjęcia nasz aparat chwilowo wyzionął ducha. Wiedząc jednak o tym, że właściciel restauracji jest osobą otwartą i sympatyczną, postanowiliśmy zaryzykować i napisać e-maila z prośba o udostępnienie zdjęć dań przez nas wybranych (były naprawdę pięknie podane, stąd nasza nadgorliwość). Prośba spotkała się z bardzo szybkim i przyjaznym odzewem (otrzymaliśmy większość zdjęć - oprócz zup). Prezentowane zdjęcia nie są zatem naszego autorstwa i nie odzwierciedlają dosłownie tych samych kompozycji, niemniej cieszymy się, że będziecie mieli możliwość zobaczenia, tego o czym napisaliśmy. Zdjęcia wnętrz zrobiliśmy z kolei podczas październikowej wizyty, a jedynym nowym zdjęciem w zestawieniu jest fotografia od zewnątrz.

PS Opis pierwszej wizyty znajdziecie tutaj.


ONA:
Kiedy zobaczyłam grudniowe menu Kuchni Chrisa (wybaczcie naturalizm) nieomal zaśliniłam sobie komputer i biurko. Po prostu wiedziałam, że w grudniu muszę tam dotrzeć. Po pierwsze zupa, o której myślałam od pierwszej wizyty w podziemiach Teatru Nowego, po drugie małże nowozelandzkie. Pomiędzy zapoznaniem się z menu, a dotarciem do restauracji minęły niewiele ponad 24 godziny…

Tak się składa, że jeżeli chodzi o małże cierpię na dziwną przypadłość. Kiedy tylko usłyszę: dobre małże, świeże małże, małże w białym winie, a właściwie wszystkie małże (ze szczególnym naciskiem na małże świętego Jakuba) na rękach pojawia mi się gęsia skórka, serce zaczyna bić szybciej, na twarzy pojawia się rumieniec, a w ustach nadprodukcja śliny. Tak się również składa, że kiedyś, spędzając dłuższy czas w kraju, w którym dostęp do świeżych owoców morza był niemal nieograniczony, niestrudzenie przez kilka miesięcy, kilka razy w tygodniu smakowałam wszystkie możliwie typy małży, w prawie wszystkich możliwych odsłonach smakowych. To niezwykle przyjemne doświadczenie zaowocowało ogromną wrażliwością na niezbyt udane potrawy z wykorzystaniem tych owoców morza. Smakowanie małży w Kuchni Chrisa było zatem obciążone dość dużym bagażem doświadczeń. Niemniej gdybym była mężczyzną, zamiast szczęścia szukała dobrych małży, natchnęła Goethego do napisania jednego z arcydzieł literatury i miała na imię Faust, to zapewne Kuchnia Chrisa byłaby jednym z miejsc, w których powiedziałabym: "Trwaj chwilo, jesteś piękna!" Chwila była naprawdę piękna, choć trwała, jak to z chwilami bywa, bardzo krótko (spodziewając się jednak niewielkiej porcji domówiłam jeszcze sałatkę jako dodatek). 5 rozpływających się w ustach małży w maśle imbirowo - limonkowym skropionych olejem sezamowym smakowało bajecznie. Na chwilę też musiałam porzucić restauracyjne maniery i (mówiąc eufemistycznie) spić pozostałe w muszlach masło – idealne połączenie smaku śmietankowego, imbirowego i limonkowego. Przed małżami zjadłam zupę z szafranem i pomidorami. Była równie udana co małże (ale uwaga, z tego co dowiedziałam się od Pani kelnerki, nie jest to ta sama zupa co w menu lunchowym). W smacznym pomidorowo-szafranowym płynie pływały kawałki ryb i warzyw. Pod koniec posiłku mój mózg z drażniącą intensywnością zaczął dopominać się deseru. Wspomnienie zjedzonego tu kiedyś ciastka czekoladowego z serem pleśniowym nie dawało mi spokoju. W myślach próbowałam się przekonać, że to adwent i takie tam. Zaklinałam się także na życiorysy wszystkich znanych mi ascetów, jednak prawdopodobnie Św. Aleksy i koledzy wzięli sobie akurat wolne, bo moja walka wewnętrzna okazała się klęską. Ciasto czekoladowe, tym razem odrobinę mnie rozczarowało. Było zdecydowanie mniej serowe niż poprzednio i konsystencją przypominało fondant (płynny środek). Oczywiście bez przesady z tym rozczarowaniem, zostało przeze mnie pochłonięte sprawnie i bez większych oporów, niemniej nie było już tak zaskakujące jak za pierwszym razem.

Słowem zakończenia muszę przyznać, że wychwalając pod niebiosa dania z Kuchni Chrisa zdradzam trochę swoje „ideały”. Przez toalety Kuchni Chrisa przetacza się spora klientela widzów Teatru Nowego (do stanu restauracyjnych toalet przywiązuje dość dużą wagę, a te idealne nie były). Brakuje mi też dbałości o pewne detale (obsługa jest bardzo sympatyczna, choć nie do końca profesjonalna, a my siedząc w rogu, niedaleko kuchni słyszeliśmy dokładnie wszystkie dobiegające stamtąd rozmowy i hałas mytych naczyń i sztućców). I ostatnie, co zauważyłam dopiero wychodząc z lokalu - w restauracji można swobodnie palić papierosy. Nie jestem w tej kwestii fanatyczką i wcale nie chciałabym forsować zakazu palenia w pubach, niemniej kiedy w restauracji ktoś z sąsiedniego stolika wypuszcza z siebie kłęby tytoniowego dymu, przez co ja zamiast czuć smak dania czuję zapach papierosów, zazwyczaj jestem bardzo niezadowolona. Tutaj palący jegomość siedział w najdalszej części restauracji, przez co nie zakłócił mojego posiłku, niemniej mogłam mieć mniej szczęścia. Podsumowując, z mojego punktu widzenia jedzenie było wyśmienite, choć zdaję sobie sprawę, że w Kuchni Chrisa nadal jest kilka niedociągnięć nad którymi warto byłoby popracować.

Jedzenie: 5+
Obsługa: 4+
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 5



ON:
Opisując drugą wizytę w Kuchni Chrisa spróbuję możliwie często odnosić się do tej październikowej, aby obraz był pełniejszy. Ponadto, z racji tego, że lokal ten otrzymał najwyższe noty ze wszystkich ocenionych przez nas restauracji, postaram się być możliwie wrażliwy na wszelkie niedociągnięcia. Bynajmniej nie po to, aby restauracja straciła, ale dlatego, żeby nikt kto ją odwiedzi za naszą namową nie mógł nam zarzucić, że nie o wszystkim mówimy.

Podczas wcześniejszej wizyty w odremontowanych podziemiach teatru zauważyłem dwa problemy związane z wnętrzem. Pierwszy (tłum przechodniów w porze spektakli teatralnych - restauracja jest bowiem przechodnia, a jej toaleta jest jednocześnie toaletą teatru) wciąż jest aktualny i chyba w tej sytuacji lokalowej nieunikniony. Drugi problem (konstrukcja lokalu z pozoru uniemożliwiająca sprawną obsługę gości) dało się jednak rozwiązać i z przyjemnością donoszę, że rozwiązano. Obecnie obsługa jest bardzo uważna i nie ma mowy, aby nie zauważyła wchodzących gości. Kelnerki jednocześnie dyżurują na sali i cały czas są gotowe by pomóc, doradzić lub przyjąć zamówienie. Tym razem zauważyłem jednak dwa kolejne problemy lokalowe. Wpierw usiedliśmy tuż przy wejściu, obok szklanej szyby oddzielającej restaurację od teatru, jednak okazało się, że szyba nie jest dobrze spasowana i ostro wieje za każdym razem gdy otwierane są główne drzwi teatru. Normalnie nie było by to zapewne tak uciążliwe, niemniej było w przypadku kilkunastostopniowych mrozów, jakie panowały. Za namową Pani kelnerki przesiedliśmy się zatem. Jako, że trzy najlepsze stoliki osłonięte białym płótnem były już zajęte, to zdecydowaliśmy się na narożną kanapę przy wejściu do kuchni. I właśnie z tą kuchnią związany jest drugi problem, bowiem chyba nie do końca powinno być tak, że goście wyraźnie słyszą wszelkie odgłosy kuchenne, wliczając w to rozmowy kucharzy.

Przechodząc do sfery kulinarnej, przypomnę, że podczas wcześniejszej wizyty oferta lunchowa skończyła się już o 14:00, a my musieliśmy obejść się smakiem. Tym razem było odwrotnie – na lunch mogliśmy załapać się jeszcze o godz. 19:00. Skorzystałem zatem z okazji i zamówiłem z oferty lunchowej - krem pomidorowy. W przypadku takiego wyboru zupa jest mniej wyszukana i podana w mniej efektownym naczyniu, niż ta z menu (trochę szkoda, że za menu robią cztery luźne, zalaminowane kartki). Porcja jest jednak trochę większa, a koszt dużo mniejszy. Sama zupa w smaku była naprawdę smaczna i konia z rzędem temu, kto w Poznaniu wyszuka tak dobrą zupę w tak dobrej cenie. Oprócz wspomnianego kremu pomidorowego na przystawkę zamówiłem tatar z wędzonego łososia, z imbirowym Mascarpone, a na danie główne - curry z kurczaka z orzechami, mlekiem kokosowym i liśćmi cytrynowymi. W przeciwieństwie do zup, na dalsze dania przyszło nam całkiem długo oczekiwać. W kwestii tatara przyznam, że nie byłem specjalnie zachwycony. Podany był efektownie, niemniej płatki ciasta, którym był dwukrotnie przełożony, a także imbirowy Mascarpone nie pasowały smakiem do całości. Serek był zbyt mało wyrazisty, a ciasto dodatkowo utrudniło porcjowanie. Jeszcze słabiej wypadło jednak danie główne. Mała porcja curry z kurczaka na dużej porcji kuskus wydała mi się bowiem daniem zbyt jałowym i zupełnie nie zaskakującym w smaku. Nie wiem, czy to kwestia przyrządzenia potrawy, czy kwestia mojego indywidualnego gustu, niemniej żałowałem bardzo, że nie zdecydowałem się na zamówioną niegdyś polędwiczką wieprzową w boczku z sosem lawendowym i grillowaną polentą. Tym bardziej, że ostatnio zamieniono i tak bardzo dobry boczek, na jeszcze lepszą szynkę parmeńską. W ogóle to polecam przed wizytą przejrzeć na stronie internetowej restauracji galerię potraw, aby mieć większy ogląd sytuacji. Ja gdybym przejrzał, to już na zdjęciach wychwyciłbym, że curry z kurczaka, nie wpisuję się w moją kulinarną melodię. Jedzenie oceniam tym razem na 3+, czyli dwa punkty niżej niż ostatnio, przy czym zupę oceniam na 4+, przystawkę na 4-, a danie główne na 3. Kuchnia Chrisa to suma summarum dobra restauracja zatem zakończę tym co dobre – wspomnieniem Maurel Vedeau Muscat Sec – smacznego, acz prostego, białego wina, które towarzyszyło nam podczas posiłku.

Reasumując muszę stwierdzić, że trochę się zawiodłem. Zawód jednak wytłumaczyć należy po części tym, że i oczekiwania były bardzo wysokie. Jakie z drugiej strony miały być, skoro Kuchnia Chrisa miała najwyższe noty spośród 20 restauracji, które zostały przez nas ocenione. Menu zmieniane jest jednak co miesiąc i jestem pewien, że jeszcze nie raz doznam tam kulinarnych uniesień, tak jak miało to miejsce w październiku. Uniesień tych można zresztą doznać i teraz, niemniej trzeba zdecydować się na zestaw, który zamówiła moja partnerka.

PS Po czasie nasunęła mi się refleksja, że choć idea sezonowego menu jest godna pochwały, to może nie warto kombinować z nim co miesiąc. Dojść może bowiem do sytuacji, że świetne danie zw pośpiechu zastępowane jest przeciętnym, a wszystko tylko po to, aby utrzymać zasadę, którą restaurator postawił sobie za punkt honoru.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 3+


KOSZTORYS:
Zupa rybna z szafranem i pomidorami - 12 zł.
Krem z pomidorów - 5 zł.
Małże nowozelandzkie pieczone z masłem imbirowo-limonkowym skropione olejem sezamowym - 30 zł.
Sałatka ze świeżych warzyw - 5 zł.
Tatar z wędzonego łososia, z imbirowym Mascarpone - 23 zł.
Curry z kurczaka z orzechami, mlekiem kokosowym i liśćmi cytrynowymi - 28 zł.
Ciastko czekoladowe z serem pleśniowym - 16 zł.
Maurel Vedeau Muscat Sec 0,125 x 2 – 24 zł.
Suma: 143 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.25

ADRES: Poznań, ul. Dąbrowskiego 5

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...