poniedziałek, 11 stycznia 2010

HANAMI SUSHI - lunch / ocena 4.44

Jakiś czas temu na ulicy Wrocławskiej naszą uwagę zwróciły dwa nowe lokale. Francuską restaurację L'Heroine odwiedziliśmy w listopadzie. Teraz przyszła kolej na sushi bar Hanami.


ONA:
Mam to szczęście, że w pobliżu mojego domu rodzinnego rośnie stary, wiśniowy sad. W związku z tym, to właśnie wiśniowy sad był miejscem moich zabaw w okresie dzieciństwa, a obserwacje delikatnych płatków kwitnących wiśni - wiosenną codziennością. O ich urodzie mogłabym pisać całkiem sporo, jednak jedyne co bym osiągnęła to Mount Everest kiczowatego sentymentalizmu, wpędzając tym samym w kompleksy niejednego scenarzystę telenoweli brazylijskich... Na pewno też, ani odrobinę nie otarłabym się o doskonałość japońskiej tradycji Hanami. Bo Hanami to właśnie zwyczaj oglądania i podziwiania urody kwiatów (szczególnie kwitnących wiśni). Tę wdzięczną nazwę wykorzystał także jeden z nowo powstałych poznańskich sushi barów.

Wnętrze lokalu wpisuje się w panujący w stolicy wielkopolski „suszarski” trend - oszczędny styl przełamany kilkoma bardziej wyrazistymi akcentami. Bar o falistej linii, zwisające nad nim intensywnie czerwone (po rozświetleniu wpadające w pomarańcz), okrągłe lampy i prostokąty delikatnego, półprzezroczystego płótna ukośnie zawieszone nad stolikami. Po przekroczeniu progu lokalu bardzo szybko powitała nas młoda kelnerka, która na początku przeprowadziła z nami wyjątkowo szczegółowy wywiad dlaczego i jakim celu chcemy zrobić zdjęcia restauracji. Być może bała się sama podjąć decyzję w tej sprawie. Ostatecznie jednak okazała się być wyjątkowo sympatyczną i chętną do rozmowy na temat restauracji osobą. Z racji tego, że chodziło nam raczej o szybki obiad, a nie sarmacką ucztę zamówiliśmy zestawy lunchowe. Zestawy były urozmaicone. Mój zawierał 6 kawałków maki z krewetką, nigiri z krewetką (które wymieniłam z moim towarzyszem na nigiri z łososiem), dwie sałatki, ryż w sosie teryiaki i zupę miso. Pierwszy plus dałabym za ładne podanie. Kawałki maki były zgrabne, równe i starannie poukładane. Nie były to jakieś wyszukane kompozycje, ale zdecydowanie mogę powiedzieć, że na moich talerzach panował miły dla oka porządek. Co do smaku sushi, osobiście nie mam zastrzeżeń, wszystko było bardzo dobre. Tak samo zupa miso, w której pływała wyjątkowo dorodna krewetka. Do tego podano słodkawy ryż – smaczny, warzywa smażone w sosie teryiaki - również apetyczne, choć trochę mało oryginalne i sałatkę z kapusty pekińskiej i marchewki, suto zaprawionej świeżym imbirem – smak ciekawy, choć nie byłam w stanie zmęczyć całej porcji (co było prawdopodobnie również efektem przejedzenia). Jeżeli miałabym być jednak trochę czepialska, to mogłabym również sformułować kilka krytycznych uwag. Pierwsza dotyczyłaby sera tofu pływającego w mojej zupie miso. Miałam wrażenie, że do zupy dodano tofu sałatkowego. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistką, ale przyzwyczajona jestem do rozróżniania aksamitnego, gładkiego i bardzo delikatnego tofu stosowanego do zup i tego twardszego, o gąbczastej strukturze, które zwyczajowo dodaje się do sałatek. Dalej, ryż do sushi, który był nazbyt schłodzony. Wydawało mi się, że standardowo powinien być utrzymany w temperaturze pokojowej, a ten w Hanami był prawdopodobnie przechowywany w lodówce. Chcę przy tym wyraźnie zaznaczyć, że zestaw ten był przygotowany na świeżo. Jakiś czas temu, korzystając z oferty lunchowej w jednej z popularniejszych restauracji sushi w Poznaniu, dostałam zestaw, który został przygotowany rano i od rana przetrzymany w całości w lodówce. Tutaj taka fuszerka z pewnością nie miała miejsca. I ostatnia rzecz za którą dałabym mały minus to herbata ekspresowa. Przyznam szczerze, że nie czułam specjalnej różnicy w smaku, niemniej zwykło się mówić, że dobra herbata to przede wszystkim ta „sypana”, liściasta. Dlatego wspominam o tym wyłącznie z myślą o wyjątkowych smakoszach tego napoju.

Podsumowując, sushi bar Hanami bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Wnętrze może nie należy do wyjątkowych, ale obsługa jest na poziomie, a jedzenie naprawdę dobre. Właścicielom i obsłudze życzę zatem powodzenia w dalszym budowaniu pozycji na zatłoczonym, poznańskim rynku „suszarskim”. A te kilka rzeczy, które skrytykowałam to tak raczej z obowiązku. Niemniej w moich oczach ostateczną próbą dla Hanami będzie nasza ponowna wizyta, tym razem połączona z zamówieniem jedzenia z menu głównego.

Jedzenie: 4+
Obsługa: 4+
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 5-


ON:
Hanami jest kolejnym z nowo powstałych sushi barów w Poznaniu. Ciekawy byłem zatem, jaką nową jakość sobą wnosi. Jeżeli ktoś często mija witrynę lokalu, to bez trudu zauważy, że codziennie oferują tam ciekawe promocje. I tak - gratis do zestawu sushi otrzymamy w zależności od dnia - kieliszek wina, japoński drink, herbatę lub małą zupę. Nas jednak skusiło coś innego - równie ciekawie zapowiadająca się i stosunkowo niedroga oferta lunchowa.

W Hanami możemy zasiąść przy wysokim barze, przy stoliku w dwóch dość przestronnych salach lub w kameralnym vip roomie. Całość jak najbardziej może się podobać, niemniej wnętrze wydało mi się dość chłodne z powodu czarnej (kafelkowej) podłogi oraz dość niefortunnie zastosowanej okleiny okiennej. Po wejściu do środka skupiłem jednak swoją uwagę na obsłudze. Spotkało mnie bowiem déjà vu, do którego powoli zaczynam się przyzwyczajać w kontekście poznańskiego rynku sushi. Tak, bowiem, jak za barem Kuro stał sushi master znany mi wcześniej z Sakany, tak w Hanami rozpoznałem sushi mastera i kelnerkę z Kyokai. Mały jest ten nasz świat, jednak jak najbardziej kibicuję przedsięwzięciu, jeżeli pracownik uważa, że może poprowadzić lokal lepiej od swojego pracodawcy, zdobywa fundusze na realizacje swoich pomysłów i podejmuje wyzwanie. Z trzech oferowanych (przez cały dzień) zestawów lunchowych zdecydowałem się na Sake Lunch, na który składały się - zupa miso z łososiem, 6 szt. maki z łososiem, 1 szt. nigiri z łososiem, miseczka gotowanego ryżu, talerzyk warzyw smażonych w teriyaki oraz talerzyk sałatki z sosem imbirowym. Cały zestaw wyglądał dość imponująco. Efekt ten potęgowała spora drewniana taca, na której podano zestaw do stołu. Całość była przy tym bardzo, ale to bardzo smaczna. Może najmniej warte uwagi były za mało wyraziste warzywa i niezbyt oryginalna sałatka, niemniej z nawiązką rekompensowały to - bardzo dobra zupa, wprost wyborne sushi i ciekawie zaprawiony ryż na słodko. Może ktoś (tak jak ja z początku) pomyśli, że trochę mało tego sushi w tym zestawie. Warto jednak przeliczyć sobie wszystko dokładnie. Zapewniam, że okaże się wówczas, że za 33 zł nie znajdziemy nigdzie więcej - ba, znajdziemy znacznie mniej. Szczerze zatem polecam zestawy lunchowe w Hanami. W kwestii obsługi też same superlatywy - co prawda sympatyczna, pomocna i uczynna Pani kelnerka dość szczegółowo nas maglowała, nim uzyskaliśmy finalną zgodę na fotografowanie - niemniej dalsza obsługa była już bez zarzutu.

Sushi master z Hanami był pierwszym człowiekiem z branży, który podczas naszej wizyty rozpoznał nas i przyznał, że czyta nasz blog. Z obawą w głosie stwierdził też, że jesteśmy dosyć surowi w naszych ocenach. Po pierwsze, nie uważam, że jesteśmy tacy surowi. Po drugie, oferując takie sushi, za tak rozsądną cenę - master/współwłaściciel nie powinien się niczego obawiać :)

Jedzenie: 4+
Obsługa: 4+
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 5-


POST SCRIPTUM:
W styczniu i maju byliśmy w Hanami na jednych z bardziej udanych lunchów. W październiku wróciliśmy tam (już bez aparatu) na coś więcej i spotkało nas niemałe rozczarowanie. Poprawiono co prawda wystrój, ale zarówno smak, jak i sposób podania sushi odbiegał od tego z czym dotychczas kojarzył nam się lokal. Fakty te w zestawieniu z nowymi twarzami sushi masterów i kelnerek, skłaniają nas do rozważań, czy zmienił się tam właściciel, czy może to nowa polityka opłacalności przy intensywnej promocji poprzez zakupy grupowe? Tak, czy inaczej - wielka szkoda!

KOSZTORYS:
Ebi Lunch (gotowany ryż, zupa miso z krewetką, warzywa smażone w teriyaki, sałatka z sosem imbirowym, 6 szt. maki z krewetką, 1 szt. nigiri z krewetką) - 33 zł.
Sake Lunch (gotowany ryż, zupa miso z łososiem, warzywa smażone w teriyaki, sałatka z sosem imbirowym, 6 szt. maki z łososiem, 1 szt. nigiri z łososiem) - 33 zł.
Dzbanek zielonej herbaty - 7 zł
Suma: 73 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.44

ADRES: Poznań, ul. Wrocławska 21

Bookmark and Share

środa, 6 stycznia 2010

PAŁAC IWNO / ocena 3.78

Tym razem, dość nieoczekiwanie zostaliśmy zaproszeni przez rodzinę na niedzielny obiad do neorenesansowego pałacu Iwno (ok. 25 km na wschód od Poznania). Wspomniana spontaniczność dała się we znaki tym, że akurat nie mieliśmy przy sobie aparatu (zdjęcia wykonaliśmy pożyczonym). Kolejnym wyróżnikiem jest fakt, że posiłek zjedliśmy w 7 osobowym gronie - stąd większa liczba zdjęć z potrawami. Tak czy inaczej zapraszamy Was do lektury naszej pierwszej, zamiejscowej relacji.



ONA:
Czasami zastanawiam się jaka jest przyczyna tego, że dania kuchni polskiej robią w świecie znikomą karierę. Owszem, rozmawiając z obcokrajowcami można się dowiedzieć, że w Polsce jemy barszcz i bigos, ale jest to zazwyczaj wiedza a priori (nie tylko przed, ale i opierająca się ewentualnemu, głębszemu doświadczeniu). Gdybym miała wybrać jedno danie, które dobrze rozreklamowane, mogłoby zrobić w świecie oszałamiającą karierę byłaby to botwinka (oczywiście mam również kilka innych typów). Nie potrafię pogodzić się z tym, że np. takie pospolite gazpacho znane i lubiane jest chyba na całym świecie, podczas gdy nasza botwinka nadal pozostaje w cieniu. A przecież wygląda pięknie, smakuje jeszcze lepiej i do tego nie wymaga ani wielkich kulinarnych zdolności, ani przesadnie wyszukanych składników. Ta wykwintniejsza i bardziej skomplikowana kuchnia staropolska to oczywiście zupełnie inna bajka, zresztą z informacji, które jakiś czas temu do mnie dotarły, szef kuchni w restauracji Amber Room w Warszawie (tej, która ma ambicję zdobycia pierwszej gwiazdki Michelin w Polsce) podejmuje próby popularyzowania kuchni Polskiej w nowoczesnej odsłonie. Z jednej strony bardzo się cieszę, że ktoś podejmuje takie wysiłki, a z drugiej jestem niezwykle ciekawa efektów. Z pewnością niebawem się tam wybierzemy, tymczasem jednak wróćmy do Pałacu w Iwnie, którego restauracja również proponuje dania kuchni polskiej (choć nie tylko) - raczej z gatunku tych swojskich i domowych.

Fajnie jest wybrać się w wolny dzień na taką wycieczkę, szczególnie jeśli pogoda dopisuje (nam odpowiadał ten mroźny, śnieży dzień). Tak po prostu, bez wygórowanych oczekiwań zapoznać się z bliższą i dalszą okolicą. Kiedy dotarliśmy przed pałac w Iwnie poczułam całkiem swojską atmosferę. Sam budynek i jego wnętrze ma oczywiście swoje lata, ale konwencja wystroju i pewne nieudolne prace remontowo - konserwatorskie sprawiły, że pałac choć urokliwy, pozbawiony został dostojnej elegancji (szczególnie chodzi mi o wnętrze). Tym samym nie „trąci” muzealnym charakterem. Sprawia przyjemne wrażenie, balansując przy tym na granicy stylu minionych epok i kiczu... Osobiście niespecjalnie mi to przeszkadzało, choć pewnie jak każdy prawdziwy Polak nie mogłam oprzeć się wrażeniu i powracającym myślom, że gdybym miała pieniądze, to (hoho) zrobiłabym tu prawdziwy raj na ziemi, pieczołowicie odtwarzając każdy detal.
Usiedliśmy przy bardzo przestronnym, okrągłym stole, w dość ciemnej sali. W tle nienachlanie dźwięczał Louis Armstrong z repertuarem swoich zimowych standardów, a my rozsiedliśmy się wygodnie w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków (na plus chcę jeszcze dodać, że sala, choć bardzo wysoka i z dużymi oknami była naprawdę ciepła). Z menu wybrałam zupę borowikową z prażonym ryżem basmati i łososia świeżo podwędzanego z sałatką grecką, sosem cytrynowym i bagietką z masłem. Zasadniczym problemem zupy była sól. Zaznaczę przy tym, że nie byłam jedyną osobą, która zdecydowała się na borowikową. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że ilość soli znacząco przekracza akceptowalne normy. Trochę szkoda, ponieważ, gdyby nie ta sól zupa pewnie byłaby niezła, a za bardzo ciekawy akcent w postaci prażonego ryżu basmati kucharzowi należą się specjalne brawa. Jeśli chodzi o zupy grzybowe wolę wprawdzie te „niezmiksowane”, bo gładka grzybowa masa budzi czasem moją podejrzliwość - w tym wypadku nie był to jednak największy problem. Dalej przyszedł czas na podwędzanego na ciepło łososia. To danie choć dalekie od ideału mogę zaliczyć do smacznych. Łosoś, który pod wpływem wędzenia nieco się przesuszył, roztaczał tak intensywny aromat wędzarniczy, że zapach ten towarzyszył mi jeszcze długo po posiłku. Tak jakbym to ja została uwędzona razem z łososiem, tak przy okazji. Dobrze, że ryba podana została w towarzystwie lekkich dodatków, dzięki czemu danie nie sprawiało wrażenia ciężkiego. Sałatka grecka, należała od typowych przedstawicieli gatunku. Do tego niewielka porcja pieczywa, potraktowana jak dla mnie zbyt obfitą porcją roztopionego masła. Ogólnie jedzenie było ciekawe i dość smaczne. Niewątpliwie też pracujący w Iwnie kucharz potrafi błysnąć inwencją – wspomniany wcześniej ryż, dekoracje z usmażonego, chrupiącego makaronu, czy doskonale przyrządzony boczek. Mięsne dania naszych towarzyszy zgarnęły całkiem sporo pochwał i pomruków zadowolenia, niemniej pojawiły się również dwa rozczarowania. Jedna z osób zamówiła spaghetti z krewetkami black tiger, w którym smętnie pływało kilka krewetek koktajlowych. Najwyraźniej ewentualne ubytki w rozmiarze pomiędzy krewetkami black tiger, a krewetkami koktajlowymi zrekompensować miała porcja łososia (o której w menu nie było mowy). Mimo afery krewetkowej danie ostatecznie uznane zostało za smaczne. Drugie rozczarowanie spotkało natomiast wybrednego „kawosza”. Stwierdził on bowiem, że kawa, którą otrzymał po obiedzie, spokojnie mogłaby konkurować o palmę pierwszeństwa z wywarem ze szczura.

Przez cały posiłek obsługiwała nas bardzo radosna kelnerka, która choć pomocna i sympatyczna, sprawiała wrażenie trochę zakręconej. Jednak na naszą uwagę o bardzo słonej zupie, zareagowała (poniewczasie)- mówiąc, że powiadomiła już kucharza, który przeprosił za incydent, zapewniając przy tym, że dołoży wszelkich starań, aby taka sytuacja się nie powtórzyła (jednostkowy charakter tej wpadki potwierdziła jedna z osób z naszego towarzystwa, która borowikową próbowała tutaj wcześniej, podobno była bardzo smaczna i nieprzesolona). Na koniec w ramach rekompensaty, osobie, która zamówiła dodatkowe piwo, nie zostało ono doliczone do rachunku. Z tego co dowiedzieliśmy się na miejscu, jest to niezwykle popularna weselna miejscówka. W związku z tym przez większą część posiłku, ktoś z obsługi oprowadzał młode pary z rodzinami, pokazując możliwości lokalowo - organizacyjne jakie zapewnia pałac w Iwnie. Było to dość denerwujące – pielgrzymi w kurtkach i płaszczach przechadzający się między stołami restauracji i żywo dyskutujący na interesujące ich tematy, psuli trochę atmosferę, sprawiając, że czułam się niczym w dworcowej poczekalni.

Cały wyjazd, mimo kilku krytycznych uwag, mogę uznać za udany. Gdybym jednak miała tylko jeden dzień na zapoznanie jakiegoś obcokrajowca z kuchnią polską raczej do Iwna bym się nie wybrała. Nie wiem też jak lokal oceniłby ktoś, kto specjalnie przyjechałby tu z drugiego końca Poznania…Dlatego polecam raczej tym, którzy lubią wycieczki turystyczno - krajoznawcze, wiejskie plenery i nadgryzione zębem czasu wielkopolskie pałace. Dla samego jedzenia nie ma sensu wybierać się aż tak daleko, ale jeśli potraktować je w kategorii dodatku do niedzielnej wycieczki za miasto, to z pewnością jest to propozycja warta rozważenia.

Jedzenie: 4-
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 3+



ON:
Pałac Iwno został zbudowany w latach 1851-55 dla Józefa Mielżyńskiego. Jako amator historii uwielbiam takie miejsca. Tym bardziej, że zarówno neorenesansowy pałac, pobliska oficyna oraz otaczający je park krajobrazowy - wciąż żyją i mają się całkiem dobrze. Na miejscu oprócz restauracji i usług hotelowych odnajdziemy także stadninę koni oraz plenery znane z kręconego tu w latach siedemdziesiątych serialu "Karino". Miałem to szczęście, że dotarłem tam w środku śnieżnej zimy, co spotęgowało jeszcze urok krajobrazu.

Po przekroczeniu pałacowego progu znaleźliśmy się w obszernej sieni z marmurową podłogą, drewnianą klatką schodową i czarnym fortepianem. Dalej przeszliśmy do wysokiej, nieckowato sklepionej sali, gdzie znajduję się restauracja. Choć neorenesansowa dekoracja wnętrz wymaga delikatnego odnowienia, to bardzo ujęła mnie swoim klimatem (dawne portrety na ścianach, stare komody oraz oryginalny piec kaflowy). Wraz z upływem czasu pojawił się jednak mały problem z oświetleniem, które jest na tyle przytłumione, że późnym popołudniem goście siedzą w półmroku (stąd też konieczność użycia lampy błyskowej przy fotografowaniu potraw). Co mnie zaskoczyło na plus, to temperatura wewnątrz lokalu. Podświadomie wyobrażałem sobie, że w środku mroźnej zimy w dużym, ponad dwustuletnim pałacu musi być dość chłodno. Nic bardziej mylnego - było bowiem ciepło i przytulnie. Z menu zamówiłem krem pomidorowy oraz medaliony z kurczaka z boczkiem. Przyznam, że krem choć z pewnością świeży i w miarę smaczny, to był dość nijaki i nazbyt chłodny. Ładnie podane medaliony choć również smaczne, były z kolei nazbyt przypieczone (tak zresztą jak i warzywa z przyprawą orientalną) przez co z założenia lekkostrawne danie zyskiwało niechlubnie na ciężkości. Sytuacje ratował jednak wyborny i chrupiący boczek oraz delikatne puree ziemniaczane. Posiłek uprzyjemniała także lampka prostego chardonnay z winnicy Sol de Chile. Obsługa kelnerska była bardzo sprawna, niemniej milcząca, przez co mało pomocna przy wyborze dań. Inny jednak problem w kwestii ogólnie pojętej obsługi to wycieczki narzeczonych i ich rodziców, które za naszymi plecami kilkakrotnie oprowadzał zarządca przybytku. Rozumiem, że pałac "żyje" z wesel i cieszę się, iż mieliśmy na tyle szczęścia, że akurat podczas naszej wizyty nie był zarezerwowany, niemniej wspomniane wycieczki są niekomfortowe dla gości przy stolikach. Chcąc, nie chcąc dowiedziałem się mimochodem, że organizują 200 wesel w roku w cenie od 120 zł na osobę, przy czym maksymalna pojemność to 120 osób, a w jednej sali mieści się spokojnie 5 okrągłych stołów ;)

Polecam wizytę w Iwnie tym wszystkim, którzy podczas wypadu poza miasto chcą połączyć aspekt kulinarny z historycznym. W Poznaniu możecie znaleźć co prawda i lepszą kuchnię i obiekty bardziej historyczne, niemniej pałac w Iwnie bez wątpienia posiada swoją unikalną atmosferę!

PS W pałacowym parku jest staw z wyspą, na której wznosi się kopiec (zwany niegdyś Napoleonką), gdzie wg legendy popijał kawę sam Napoleon.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4-
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4



ONI:



KOSZTORYS DLA 7 OSÓB:
Zupa borowikowa z prażonym ryżem basmati x 4 - 48 zł.
Krem pomidorowy - 10 zł.
Tagliatelle z łososiem i szpinakiem - 21 zł.
Spaghetti z rukolą i krewetkami black tiger - 26 zł.
Łosoś świeżo podwędzany (sałatka grecka, sos cytrynowy, bagietka, masło) - 33 zł.
Medaliony z kurczaka z boczkiem (warzywa z przyprawą orientalną, puree ziemniaczane) - 27 zł.
Sakiewki drobiowe ze szpinakiem i kurkami (ziemniaki opiekane, sałatka grecka) - 22 zł.
Polędwiczki z boczkiem (ziemniaki opiekane, sałatka grecka) - 29 zł.
Schab panierowany z kością (ziemniaki zasmażane, kapusta kwaszona) - 24 zł.
Sol de Chile Varietal Chardonnay 0,125 x 3 - 45 zł.
Herbata Lipton - 5 zł.
Kawa czarna - 6 zł.
Żywiec 0,5 - 6 zł.
Pepsi 0,2 - 3 zł.
Suma: 305 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Zupa borowikowa z prażonym ryżem basmati - 12 zł.
Krem pomidorowy - 10 zł.
Łosoś świeżo podwędzany (sałatka grecka, sos cytrynowy, bagietka, masło) - 33 zł.
Medaliony z kurczaka z boczkiem (warzywa z przyprawą orientalną, puree ziemniaczane) - 27 zł.
Sol de Chile Varietal Chardonnay 0,125 x 2 - 30 zł.
Suma: 112 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.78

ADRES: Iwno, ul. Park Mielżyńskich 1

Bookmark and Share

wtorek, 29 grudnia 2009

KURO BY PANAMO / ocena 4.19 (przeniesiona)

Przygotowując poprzednią ankietę, naszą uwagę zwrócił sushi bar Kuro by Panamo. Powstał niedawno, a wnętrze na zdjęciach wydawało się nam atrakcyjne. Na tych samych zdjęciach zauważyliśmy również sushi mastera, którego cenimy i pamiętamy z Sakany. Te wszystkie czynniki sprawiły, że zrobiliśmy sobie daleką jak na mieszkańców Grunwaldu wycieczkę na osiedle Polanka…


ONA:
Do Kuro by Panamo wybraliśmy się ze względu na szczególną okazję. Powód do świętowania należał raczej do tych „grubych”, a nasi towarzysze domagali się japońskiej uczty. Mniej więcej w ten sposób, w czteroosobowym gronie dotarliśmy do Kuro, trochę przy tym ryzykując – nigdy wcześniej tam nie byliśmy, a jedyną wiedzę o tym lokalu dostarczył nam Facebook.

Nigdy wcześniej nie byłam też na osiedlu Polanka i szczerze powiem, że trochę mnie ono przytłoczyło wszechobecnym betonem. To przytłoczenie przełożyło się też na ocenę wnętrza Kuro. Bo choć początkowo to miejsce zachęciło mnie właśnie wystrojem, to po wejściu do środka trochę ochłonęłam. Oczywiście bez przesady. Wszystko było całkiem zgrabnie zaprojektowane. Proste i oszczędne wnętrze zostało przełamane trzema wyrazistymi elementami: czerwonym siedziskiem biegnącym wzdłuż okien, ciemną tapetą z motywem roślinnym i barem, którego linia nawiązywała do kształtu fali. Niemniej duże okna bezlitośnie przypominały o tym co za nimi. Po krótkim zapoznaniu się z wnętrzem i menu, przyszedł czas na zamówienie. Dowiedzieliśmy się wówczas, że lokal nie ma jeszcze koncesji na sprzedaż alkoholu. Tak się szczęśliwie złożyło, że byliśmy akurat w posiadaniu butelki musującego wina cava Perelada. W związku z tym, zapytaliśmy obsługę, czy jest możliwość wypicia własnego alkoholu. Obsługująca nas Pani nie widziała w tym najmniejszego problemu, co więcej, wino schłodziła, otworzyła i przyniosła kieliszki. Wiem, że była to raczej niecodzienna sytuacja, niemniej muszę przyznać, że w tym wypadku obsługa spisała się na medal.

Z menu wybrałam między innymi bulion chili z pierożkami wegetariańskimi i sałatkę z kiszonej kapusty pekińskiej z chili (kimchi). Zdaje się, że oba dania zostały potraktowane sambal oelek (słonawa pasta z czerwonych papryczek chili) dzięki czemu były dość pikantne. Zupa i pierożki były ciepłe i rozgrzewające i bardzo mi smakowały. Kimchi natomiast, smakowała jak pikantna wersja naszej kiszonej kapusty (raczej z tych lekko kiszonych). Smak zaskakiwał jednak w zestawieniu z widokiem kawałków kapusty pekińskiej (ogólnie widok nie do końca apetyczny, ale w smaku nieźle). Dalej zamówiliśmy duży zestaw o nazwie KURO RO KU, składający się z 55 kawałków nigiri, maki i sashimi z użyciem kilku gatunków ryb (tilapia, łosoś, tuńczyk, ryba maślana + krewetka i paluszek krabowy) w różnych konfiguracjach + maki wegetariańskie i krewetka w tempurze. Wszystko było do zjedzenia, choć bez większych zachwytów. Kawałki sushi różniły się między sobą wielkością, a wykonanie nie było do końca precyzyjne. Natomiast dodatek do sashimi stanowiła tylko tykwa. W trakcie jedzenia zestawu Pani kelnerka przyniosła nam maki w tempurze jako bonus od sushi mastera, który dodał, iż to z okazji naszego świętowania. Było to bardzo miłe, niestety w moim przypadku nie do końca trafione. Wszystkim bardzo smakowało, ja jednak do tego wynalazku miałam stosunek letni. Całe kawałki sushi maki, zanurzone w tempurze, usmażone w głębokim tłuszczu i podane z pikantnym, ciężkim sosem przywołały skojarzenia z frytkami z majonezem i ketchupem. I szczerze mówiąc jak dla mnie prezentowały podobne walory smakowe. Niemniej jest to moje osobiste uprzedzenie. Na koniec zamówiłam jeszcze maki z grilowanym węgorzem, słodkim sosem i sezamem. I tu byłam już w domu! Było bardzo, bardzo smaczne. Wytrawny, ciepły węgorz w zestawieniu z tą lepiącą i gęstą słodyczą, niezmiennie przyprawia mnie o przyspieszone bicie serca. Tak jak wspomniałam wcześniej, jedzeniu towarzyszyła butelka przyjemnej, hiszpańskiej cavy oraz zielona herbata o aromacie wiśni.

W przypadku Kuro, tak jak w przypadku innych nowo otwartych lokali poczekałabym jeszcze z ostateczną oceną, dając właścicielom trochę czasu na poprawę wszelkich niedociągnięć. Jak wiadomo nie wszystko można od początku przewidzieć. Muszę także podkreślić, że całe wyjście upłynęło w przesympatycznej atmosferze. Obsługa tego lokalu to z pewnością bardzo solidny fundament do dalszego budowania ciekawego miejsca. A to co wskazałam na minus, to raczej łatwe do poprawienia potknięcia.

Jedzenie: 4
Obsługa: 5
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4


ON:
Wnętrze restauracji prezentowało się świetnie na panoramicznych zdjęciach w Internecie. Na żywo nie zrobiło jednak na mnie takiego wrażenia. Nie, żeby było z nim coś szczególnie nie tak, niemniej podziałała na mnie trudna do zdefiniowania aura nowoczesnego blokowiska, a wnętrze wydało się chłodne względem wcześniejszych wyobrażeń. Trochę chłodnawo było też dosłownie, niemniej obsługa zadziałała w tej kwestii na widok klientów, bowiem po kilkunastu minutach odczułem, że słusznie włączono ogrzewanie.

Zamówiłem Tom Kha Gai – słodko-pikantną zupę tajską na bazie mleczka kokosowego z kawałkami kurczaka, kasztanami i grzybami wodnymi. Jak dla mnie, to zupa była trochę za mało wyrazista – ani to pikantna, ani to słodka. Spróbowałem jednak zup współtowarzyszy i szczerze polecam pikantny bulion Kuro. Nie udaliśmy się tam jednak dla zup, a dla samego sushi. Jako, że była nas czwórka, a chcieliśmy spróbować możliwie dużo – zdecydowaliśmy się na największy z oferowanych tam zestawów – Kuro Ro Ku, który składał się z 55 części składowych. Podane sushi nie rozczarowało mnie (to najważniejsze), ale też i szczególnie mnie nie zachwyciło. Wszystko było smaczne, niemniej poziom nie wybija się względem innych sushi barów w mieście. Zauważyłem jednak, że zapiekane specjały smakowały bardziej niż surowe. Być może to kwestia tego, że przy surowym sushi łatwiej ocenić jego poziom. Być może jednak ma to związek z tym, że pod koniec naszej wizyty (gdy domawialiśmy zapiekane) za barem pojawił się sushi master znany nam niegdyś z Sakany, a jak już wspominałem - szkoła Sakany jest moją ulubioną szkołą poznańskiego sushi. Skoro już porównujemy z innymi, to wspomnę o cenach - Kuro rzeczywiście jest trochę tańsze, niemniej nie odstaje, aż tak zbytnio od poznańskiej normy, mimo iż właściciele lokalu z pewnością nie płacą czynszu, takiego jak w centrum. Jest jednak w Kuro by Panamo coś co biję inne sushi bary na głowę – obsługa klienta! Są jeszcze pewne niedociągnięcia w postaci braku wyszukanych składników (np. małże arktyczne) i nie wykupionej póki co licencji na alkohol, niemniej obsługa Kuro robi wszystko, aby gość czuł się komfortowo. Ja tak się właśnie czułem gdy schłodzono i rozlano do kieliszków przyniesioną przez nas butelkę wytrawnej Cavy - Castillo Perelada. Niespodziewanie otrzymaliśmy też maki z krewetką w temperze, jako specjalny prezent od sushi mastera, a na koniec był jeszcze mały rabat dla stałych klientów!

Chciałbym mieć taki sushi bar w swojej okolicy i szczerze zazdroszczę mieszkańcom Polanki, że mają Kuro by Panamo. W moim przypadku nie widzę jednak sensu, aby jeździć tam przez całe miasto. Po prostu nie widzę nowej jakości - takiej której nie miałbym bliżej. Szczególnie polecam zatem mieszkańcom Rataj!

Jedzenie: 4
Obsługa: 5-
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4


ONI:


KOSZTORYS DLA 4 OSÓB:
Sałatka Kimchi - 15 zł.
Zupa Kuro - 12 zł.
Zupa Tom Kha Gai - 12 zł.
Zupa Sake Miso x 2 - 20 zł.
Zestaw Kuro Rok Ku 55 szt. (9 szt. sashimi z 3 gatunków ryb, 6 szt. maki z zapiekaną tilapią, 6 szt. maki z łososiem, 6 szt. maki z krewetką w tempurze, 6 szt. maki wegetariańskie, 6 szt. husomaki z tuńczykiem, 5 szt. maki california z paluszkiem krabowym, 2 szt. nigiri z łososiem, 2 szt. nigiri z tuńczykiem, 2 szt. nigiri z białą rybą, 2 szt. nigiri z krewetką, 2 szt. nigiri z omletem) - 160 zł.
6 szt. maki z grillowanym węgorzem - 20 zł.
Dzbanek herbaty x 2 (wiśniowa i jaśminowa) - 14 zł.
Suma: 253 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Zupa Kuro - 12 zł.
Zupa Tom Kha Gai - 12 zł.
1/2 zestawu Kuro Rok Ku 55 szt. - 80 zł.
6 szt. maki z grillowanym węgorzem - 20 zł.
Dzbanek herbaty wiśniowej - 7 zł.
Suma: 131 zł.

PS Dla jednego z nieobecnych zamówiliśmy (na wynos) zestaw Kuro Ni w cenie 55 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.19

ADRES: Poznań, ul. Katowicka 81D/110
INTERNET: www.kuro.pl

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...