Zapewne zauważyliście, że większość naszych ocen oscyluje wokół czwórki. Oczywiście, bez problemu moglibyśmy ruszyć do lokalu, który dostałby od nas przysłowiową dwóję, ale przede wszystkim chcemy dobrze zjeść i szukamy przybytku, który da nam na to choćby cień szansy. Kolejna wystawiona przez nas czwórka, to być może także znak, że większość popularnych restauracji i kawiarni reprezentuje taki właśnie dobry, ale nie wybitny poziom.
ONA:
Odkąd pamiętam marzyło mi się mieszkanie w starej kamienicy. Marzenia te są utopijne z jednej strony ze względu na powierzchnie i ceny takich przybytków, a z drugiej na fakt, że kiedy myślę o takim mieszkaniu widzę zadbaną i pięknie wyremontowaną kamienicę ;) i mieszkanie z wszelkimi wygodami tego z nowoczesnego bloku. Z takich marzeń wytrąca mnie zawsze szyderczy śmiech bliskich mi osób, które twierdzą, że pięknie to wszystko sobie wymyśliłam, ale jakoś nie wyobrażają sobie mnie dźwigającej rano wiadra z węglem, żeby napalić w kaflowym, albo walczącej z grzybem, wilgocią i kiepsko działającą instalacją. Hmmm, brutalność z jaką traktowane są moje mrzonki trochę studzi mój zapał. Nie jest jednak w stanie zniszczyć sentymentu jakimi niezmiennie darzę wysokie i przestronne wnętrza, stare drewniane futryny i framugi, sztukaterie i skrzypiące podłogi. Dlatego też Ptasie Radio już na wstępie otrzymało ode mnie pierwszy plus.
Tę kawiarnię pamiętam jeszcze z czasów studenckich i jako miejsce dla studentów w moim myślach funkcjonuje do dzisiaj. Nie tylko ze względu na sąsiedztwo Collegium Novum, Historicum i Uniwersytetu Ekonomicznego. Klimat miejsca i przygotowane menu wydaje się być stworzone z myślą o wypadach na przerwy między zajęciami, lub popołudniową kawę/herbatę/piwo. Nie chcę być przy tym posądzana o jakąkolwiek złośliwość, bo nie takie są moje intencje, ale próg Ptasiego Radia, przekraczałam z lekką rezerwą, myśląc, że popołudnie przyjdzie mi spędzić w otoczeniu studentów opowiadających sobie niestworzone historie o egzaminach i profesorach, którzy programowo oblewają 50% zdających. A ja trochę sobie "poprycham", tylko po to żeby ukryć zazdrość, że to wszystko już za mną. Moje obawy były jednak niesłuszne. Wnętrze owszem wypełnione było po brzegi bardzo młodymi i roześmianymi ludźmi (wolny był tylko jeden stolik), ale w kawiarni panował zdecydowanie przyjemny i sympatyczny gwar konkurujący natężeniem decybeli z chill outem, który niekiedy ustępował miejsca spokojnemu jazzowi. Wnętrze Ptasiego Radia raczej nie należy do moich wymarzonych (oczywiście oprócz miejscówki w kamienicy), choć czuję się w nim przyjemnie. Sprawia sielskie wrażenie i cały ten natłok ornitologicznych bibelotów zupełnie mi nie przeszkadza. Zbieranina mebli, dekoracji, lamp, instalacja z drutów wysokiego napięcia biegnąca pod sufitem i ozdobiona lampkami, tworzą może mało oryginalny, ale niepozbawiony uroku i koniec końców, spójny zamysł. Jest w nim również pewna przyjemna infantylność, ale czyż sama nazwa tej kawiarni takiej cechy nie sygnalizuje? Tak czy inaczej, wnętrze musi się ludziom podobać - w przeciwnym razie nie byłoby tak zatłoczone. Z racji tego, że jest to raczej kawiarnia aniżeli restauracja, menu obiadowe jest skromne i raczej do skromnych warunków kuchennych dostosowane. Nie planowaliśmy wystawnego posiłku, chcieliśmy raczej wypróbować kilka dań, dlatego postanowiliśmy podzielić się zupą i deserem. Zupa – krem z pomidorów był dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się niczego wyjątkowego po mówiąc prościej - pomidorowej. Jest ona jedną z moich ulubionych zup, jednak raczej ciężko tutaj o wielkie popisy. Zupa w Ptasim radiu jest zdecydowanie godna polecenia (chyba, że ktoś nie lubi gęstych kremów). Intensywny smak pomidorów podkręcony miłymi dla oka i podniebienia esami floresami ze śmietany i pesto, był tak apetyczny, że zaraz pożałowałam, iż na początku zdecydowałam się nim podzielić. Dalej wybrałam sałatkę grecką, która była właśnie taką zwyczajną, ale smaczną sałatka grecką w polskim wydaniu, przygotowaną z jędrnych i świeżych składników polanych smacznym vinaigrettem. Na koniec przyszło mi się podzielić ciastem czekoladowym z kremem toffi, konfiturą i bitą śmietaną. Ciasto było na poziomie, bardzo słodkie i sycące (ale tego akurat mogłam była się domyślić ;)). Lekko wilgotne, intensywnie słodkie, choć przełamane kwaskową konfiturą. Jedynym słabym punktem była kiepska śmietana, ale to już chyba pewien standard w przypadku poznańskich kawiarni.
Po wszystkim trochę żałuję, że tak pobieżnie zapoznałam się z menu, szczególnie w przypadku napojów. Bo choć widok piwa pszenicznego jest jedną z tych rzeczy, która pozbawia mnie rozumu , a zamówiony Paulaner naprawdę mi smakował (nawet mimo średnio pasującej szklanki Heinekena), to dopiero po czasie dostrzegłam bardzo ciekawy wybór herbat (Harney&Sons) i piw (np. piwo arbuzowe). Kusiła mnie też szarlotka i kolejna tajemnicza zupa dnia. Do Ptasiego Radia warto się wybrać, raczej nie na wyjątkowe okazje, ani na randkę , ale na szybki obiad, śniadanie lub spokojną herbatę.
Jedzenie: 4+
Obsługa: 4
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 5-
ON:
Tym razem, nie zamierzaliśmy wybierać się na trzydaniową kolację. Mieliśmy ochotę na w miarę szybki, w miarę tani i lekkostrawny posiłek. Wybór padł na Ptasie Radio. Od ulicy Kościuszki weszliśmy zatem po schodach na piętro, przekroczyliśmy próg i znaleźliśmy się w przyciemnionej, dwuizbowej kawiarni z piecem kaflowym w kącie, motywami ptaków na ścianach oraz mieszaniną rozmaitych mebli. Można by powiedzieć, że wystrój typowo kawiarniany (a więc niekoniecznie w moim typie), niemniej wyczułem tam jakąś unikalną atmosferę, która jak się mogłem przekonać - przyciąga całą rzesze bywalców.
Wiedziałem, że kawiarnia ta serwuje także małą gastronomię, jednak bogactwo zaprezentowanej w menu oferty - pozytywnie mnie zaskoczyło. No może jednak z tym bogactwem to trochę przesadziłem, ale i tak postanowiliśmy, że nie może skończyć się na jednym daniu i zamówiliśmy trzy, przy czym dwa zjedliśmy wspólnie. Po połowie zamówiliśmy zatem jedyną zupę w menu, czyli zupę dnia oraz jeden z wielu dostępnych deserów - ciastko czekoladowe. Ja domówiłem sobie także tortillę z sałatą, chrupiącymi warzywami i grillowaną piersią kurczaka oraz grzane piwo.
Zupą dnia był krem z pomidorów, który okazał się kulinarnym majstersztykiem i najlepszym klasycznym kremem pomidorowym, jaki jadłem w poznańskich lokalach. Duży talerz z ładnie podanym, bardzo ciepłym i przepysznym w smaku, gęstym, czerwonym kremie powinien zawstydzić wielu lokalnych szefów kuchni z "uznanych" włoskich restauracji. Przyznaję, że było to dla mnie prawdziwe zaskoczenie i tym bardziej oczekiwałem drugiego dania. Tortilla sprowadziła mnie jednak na ziemie. Nie dość, że nie była najlepszą jaką jadłem w poznańskich lokalach, to mam wrażenie, że każda meksykańska restauracja zrobiłaby ją o niebo lepiej. Pszenny placek owijał porcję farszu, tak sporych rozmiarów, że wygoda krojenia, a następnie spożycia - była bliska zeru. Mały problem był też zresztą z samym farszem, bo to co w menu było sałatą i chrupiącymi warzywami, w rzeczywistości było wielką masą kapusty pekińskiej oraz dosłownie kilkoma kawałkami pomidora i brokuła, a także garstką kukurydzy. Grillowana pierś z kurczaka zaiste była, niemniej zamiast rozprowadzona w mniejszych kawałkach po całej tortilli - skupiała się niestety w dwóch dużych filetach. Wszystko to doprawione niewielką ilością sosu (do wyboru: czosnkowy, meksykański i tysiąca wysp) sprawiało wrażenie suchego, mało wyrazistego, pozbawionego wręcz smaku - "zapychadła" żołądka, a fakt, że obsługa pomyliła wybrany przeze mnie sos miał tu najmniejsze znaczenie. Szybko zapomnieć o tortilli pozwolił mi jednak kufel smacznego, rozgrzewającego piwa korzennego z miodem (do wyboru także: z sokiem, anyżowe lub imbirowe) oraz kawałek bardzo dobrego ciasta czekoladowego (przekładanego karmelem i domową konfiturą), które zostało podane z bitą śmietaną i sosem czekoladowym. W kwestii jedzenie przyznaję zatem 5+ za zupę, 2 za tortillę oraz 4+ za deser. Wiem jednocześnie, że następnym razem na danie główne zamówię sobie jedną z sałatek, bowiem zarówno ta mojej partnerki, jaki i te podawane do innych stolików - prezentowały się bardzo apetycznie.
Ptasie Radio nie jest może restauracyjnym eldorado. Nie jest jednak typową kawiarnią, jakich wiele. W moim odczuciu jest ciekawą mieszanką kawiarni, pubu i restauracji, a wszystko to z domieszką unikalnego klimatu i atmosfery. Mnie osobiście kulinarnie zaskoczyło od początku, rozczarowało w trakcie i oczarowało na koniec, a wiadomo przecież, że wszystko dobre co się dobrze kończy :)
Jedzenie: 3+
Obsługa: 4-
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4
KOSZTORYS:
Zupa dnia (krem z pomidorów) - 9 zł.
Sałatka grecka - 18 zł.
Tortilla z sałatą, chrupiącymi warzywami i grillowaną piersią kurczaka - 18 zł.
Ciastko czekoladowe - 10 zł.
Paulaner Jasny 0,5 - 12 zł.
Piwo grzane (korzenne z miodem) 0,5 - 9 zł.
Suma: 76 zł.
ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.00
ADRES: Poznań, ul. Kościuszki 74
INTERNET: www.ptasieradio.com




























