czwartek, 4 lutego 2010

PTASIE RADIO / ocena 4.00

Zapewne zauważyliście, że większość naszych ocen oscyluje wokół czwórki. Oczywiście, bez problemu moglibyśmy ruszyć do lokalu, który dostałby od nas przysłowiową dwóję, ale przede wszystkim chcemy dobrze zjeść i szukamy przybytku, który da nam na to choćby cień szansy. Kolejna wystawiona przez nas czwórka, to być może także znak, że większość popularnych restauracji i kawiarni reprezentuje taki właśnie dobry, ale nie wybitny poziom.


ONA:
Odkąd pamiętam marzyło mi się mieszkanie w starej kamienicy. Marzenia te są utopijne z jednej strony ze względu na powierzchnie i ceny takich przybytków, a z drugiej na fakt, że kiedy myślę o takim mieszkaniu widzę zadbaną i pięknie wyremontowaną kamienicę ;) i mieszkanie z wszelkimi wygodami tego z nowoczesnego bloku. Z takich marzeń wytrąca mnie zawsze szyderczy śmiech bliskich mi osób, które twierdzą, że pięknie to wszystko sobie wymyśliłam, ale jakoś nie wyobrażają sobie mnie dźwigającej rano wiadra z węglem, żeby napalić w kaflowym, albo walczącej z grzybem, wilgocią i kiepsko działającą instalacją. Hmmm, brutalność z jaką traktowane są moje mrzonki trochę studzi mój zapał. Nie jest jednak w stanie zniszczyć sentymentu jakimi niezmiennie darzę wysokie i przestronne wnętrza, stare drewniane futryny i framugi, sztukaterie i skrzypiące podłogi. Dlatego też Ptasie Radio już na wstępie otrzymało ode mnie pierwszy plus.

Tę kawiarnię pamiętam jeszcze z czasów studenckich i jako miejsce dla studentów w moim myślach funkcjonuje do dzisiaj. Nie tylko ze względu na sąsiedztwo Collegium Novum, Historicum i Uniwersytetu Ekonomicznego. Klimat miejsca i przygotowane menu wydaje się być stworzone z myślą o wypadach na przerwy między zajęciami, lub popołudniową kawę/herbatę/piwo. Nie chcę być przy tym posądzana o jakąkolwiek złośliwość, bo nie takie są moje intencje, ale próg Ptasiego Radia, przekraczałam z lekką rezerwą, myśląc, że popołudnie przyjdzie mi spędzić w otoczeniu studentów opowiadających sobie niestworzone historie o egzaminach i profesorach, którzy programowo oblewają 50% zdających. A ja trochę sobie "poprycham", tylko po to żeby ukryć zazdrość, że to wszystko już za mną. Moje obawy były jednak niesłuszne. Wnętrze owszem wypełnione było po brzegi bardzo młodymi i roześmianymi ludźmi (wolny był tylko jeden stolik), ale w kawiarni panował zdecydowanie przyjemny i sympatyczny gwar konkurujący natężeniem decybeli z chill outem, który niekiedy ustępował miejsca spokojnemu jazzowi. Wnętrze Ptasiego Radia raczej nie należy do moich wymarzonych (oczywiście oprócz miejscówki w kamienicy), choć czuję się w nim przyjemnie. Sprawia sielskie wrażenie i cały ten natłok ornitologicznych bibelotów zupełnie mi nie przeszkadza. Zbieranina mebli, dekoracji, lamp, instalacja z drutów wysokiego napięcia biegnąca pod sufitem i ozdobiona lampkami, tworzą może mało oryginalny, ale niepozbawiony uroku i koniec końców, spójny zamysł. Jest w nim również pewna przyjemna infantylność, ale czyż sama nazwa tej kawiarni takiej cechy nie sygnalizuje? Tak czy inaczej, wnętrze musi się ludziom podobać - w przeciwnym razie nie byłoby tak zatłoczone. Z racji tego, że jest to raczej kawiarnia aniżeli restauracja, menu obiadowe jest skromne i raczej do skromnych warunków kuchennych dostosowane. Nie planowaliśmy wystawnego posiłku, chcieliśmy raczej wypróbować kilka dań, dlatego postanowiliśmy podzielić się zupą i deserem. Zupa – krem z pomidorów był dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się niczego wyjątkowego po mówiąc prościej - pomidorowej. Jest ona jedną z moich ulubionych zup, jednak raczej ciężko tutaj o wielkie popisy. Zupa w Ptasim radiu jest zdecydowanie godna polecenia (chyba, że ktoś nie lubi gęstych kremów). Intensywny smak pomidorów podkręcony miłymi dla oka i podniebienia esami floresami ze śmietany i pesto, był tak apetyczny, że zaraz pożałowałam, iż na początku zdecydowałam się nim podzielić. Dalej wybrałam sałatkę grecką, która była właśnie taką zwyczajną, ale smaczną sałatka grecką w polskim wydaniu, przygotowaną z jędrnych i świeżych składników polanych smacznym vinaigrettem. Na koniec przyszło mi się podzielić ciastem czekoladowym z kremem toffi, konfiturą i bitą śmietaną. Ciasto było na poziomie, bardzo słodkie i sycące (ale tego akurat mogłam była się domyślić ;)). Lekko wilgotne, intensywnie słodkie, choć przełamane kwaskową konfiturą. Jedynym słabym punktem była kiepska śmietana, ale to już chyba pewien standard w przypadku poznańskich kawiarni.

Po wszystkim trochę żałuję, że tak pobieżnie zapoznałam się z menu, szczególnie w przypadku napojów. Bo choć widok piwa pszenicznego jest jedną z tych rzeczy, która pozbawia mnie rozumu , a zamówiony Paulaner naprawdę mi smakował (nawet mimo średnio pasującej szklanki Heinekena), to dopiero po czasie dostrzegłam bardzo ciekawy wybór herbat (Harney&Sons) i piw (np. piwo arbuzowe). Kusiła mnie też szarlotka i kolejna tajemnicza zupa dnia. Do Ptasiego Radia warto się wybrać, raczej nie na wyjątkowe okazje, ani na randkę , ale na szybki obiad, śniadanie lub spokojną herbatę.

Jedzenie: 4+
Obsługa: 4
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 5-


ON:
Tym razem, nie zamierzaliśmy wybierać się na trzydaniową kolację. Mieliśmy ochotę na w miarę szybki, w miarę tani i lekkostrawny posiłek. Wybór padł na Ptasie Radio. Od ulicy Kościuszki weszliśmy zatem po schodach na piętro, przekroczyliśmy próg i znaleźliśmy się w przyciemnionej, dwuizbowej kawiarni z piecem kaflowym w kącie, motywami ptaków na ścianach oraz mieszaniną rozmaitych mebli. Można by powiedzieć, że wystrój typowo kawiarniany (a więc niekoniecznie w moim typie), niemniej wyczułem tam jakąś unikalną atmosferę, która jak się mogłem przekonać - przyciąga całą rzesze bywalców.

Wiedziałem, że kawiarnia ta serwuje także małą gastronomię, jednak bogactwo zaprezentowanej w menu oferty - pozytywnie mnie zaskoczyło. No może jednak z tym bogactwem to trochę przesadziłem, ale i tak postanowiliśmy, że nie może skończyć się na jednym daniu i zamówiliśmy trzy, przy czym dwa zjedliśmy wspólnie. Po połowie zamówiliśmy zatem jedyną zupę w menu, czyli zupę dnia oraz jeden z wielu dostępnych deserów - ciastko czekoladowe. Ja domówiłem sobie także tortillę z sałatą, chrupiącymi warzywami i grillowaną piersią kurczaka oraz grzane piwo.

Zupą dnia był krem z pomidorów, który okazał się kulinarnym majstersztykiem i najlepszym klasycznym kremem pomidorowym, jaki jadłem w poznańskich lokalach. Duży talerz z ładnie podanym, bardzo ciepłym i przepysznym w smaku, gęstym, czerwonym kremie powinien zawstydzić wielu lokalnych szefów kuchni z "uznanych" włoskich restauracji. Przyznaję, że było to dla mnie prawdziwe zaskoczenie i tym bardziej oczekiwałem drugiego dania. Tortilla sprowadziła mnie jednak na ziemie. Nie dość, że nie była najlepszą jaką jadłem w poznańskich lokalach, to mam wrażenie, że każda meksykańska restauracja zrobiłaby ją o niebo lepiej. Pszenny placek owijał porcję farszu, tak sporych rozmiarów, że wygoda krojenia, a następnie spożycia - była bliska zeru. Mały problem był też zresztą z samym farszem, bo to co w menu było sałatą i chrupiącymi warzywami, w rzeczywistości było wielką masą kapusty pekińskiej oraz dosłownie kilkoma kawałkami pomidora i brokuła, a także garstką kukurydzy. Grillowana pierś z kurczaka zaiste była, niemniej zamiast rozprowadzona w mniejszych kawałkach po całej tortilli - skupiała się niestety w dwóch dużych filetach. Wszystko to doprawione niewielką ilością sosu (do wyboru: czosnkowy, meksykański i tysiąca wysp) sprawiało wrażenie suchego, mało wyrazistego, pozbawionego wręcz smaku - "zapychadła" żołądka, a fakt, że obsługa pomyliła wybrany przeze mnie sos miał tu najmniejsze znaczenie. Szybko zapomnieć o tortilli pozwolił mi jednak kufel smacznego, rozgrzewającego piwa korzennego z miodem (do wyboru także: z sokiem, anyżowe lub imbirowe) oraz kawałek bardzo dobrego ciasta czekoladowego (przekładanego karmelem i domową konfiturą), które zostało podane z bitą śmietaną i sosem czekoladowym. W kwestii jedzenie przyznaję zatem 5+ za zupę, 2 za tortillę oraz 4+ za deser. Wiem jednocześnie, że następnym razem na danie główne zamówię sobie jedną z sałatek, bowiem zarówno ta mojej partnerki, jaki i te podawane do innych stolików - prezentowały się bardzo apetycznie.

Ptasie Radio nie jest może restauracyjnym eldorado. Nie jest jednak typową kawiarnią, jakich wiele. W moim odczuciu jest ciekawą mieszanką kawiarni, pubu i restauracji, a wszystko to z domieszką unikalnego klimatu i atmosfery. Mnie osobiście kulinarnie zaskoczyło od początku, rozczarowało w trakcie i oczarowało na koniec, a wiadomo przecież, że wszystko dobre co się dobrze kończy :)

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4-
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4


KOSZTORYS:
Zupa dnia (krem z pomidorów) - 9 zł.
Sałatka grecka - 18 zł.
Tortilla z sałatą, chrupiącymi warzywami i grillowaną piersią kurczaka - 18 zł.
Ciastko czekoladowe - 10 zł.
Paulaner Jasny 0,5 - 12 zł.
Piwo grzane (korzenne z miodem) 0,5 - 9 zł.
Suma: 76 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.00

ADRES: Poznań, ul. Kościuszki 74

Bookmark and Share

wtorek, 26 stycznia 2010

FIDELIO ristorante / ocena 4.16

W ostatniej ankiecie zapytaliśmy Was - którą z włoskich restauracji powinniśmy odwiedzić przy najbliższej okazji? Miejsca na podium zajęły: Fidelio (18%), Villa Magnolia (16%) oraz Valpolicella (15%). Dalej znalazły się kolejno: Estella (12%), Papavero (12%), Milano (10%), La Scala (9%) oraz Figaro (6%). Zapraszamy do lektury naszych spostrzeżeń odnośnie zwycięskiej restauracji oraz do udziału w kolejnej ankiecie.


ONA:
Większości mieszkańców Poznania Fidelio kojarzy się z włoską restauracją na Garbarach. Wierzę, że przynajmniej takiej samej, jeśli nie większej liczbie Poznaniaków kojarzy się także z operą genialnego Ludwiga van Beethovena. Historia zagmatwanych losów Leonory i Florestana rozgrywa się w Sewilli. Libretto do opery w oryginale napisane zostało zapewne w języku niemieckim (Joseph Sonnleithner mieszkał w Wiedniu). Mamy tu zatem zestawienie Niemiec, Hiszpanii i Austrii. Mieszanka bardzo bogata, ale właściciele poznańskiej restauracji postanowili jednak wzbogacić ją o akcent włoski (bo taka właśnie kuchnia króluje w poznańskim Fidelio). Do końca nie jestem pewna czym się kierowali. Być może ta opera związana jest z jakimś ważnym wydarzeniem w ich życiu, a może po prostu podoba im się słowo, a właściwie imię Fidelio (tak… przy wypowiadaniu tego słowa język wykonuje przyjemną akrobację).

O tej restauracji słyszałam już bardzo dużo pozytywnych opinii. Jeśli nie w kontekście wyśmienitego jedzenia, to w kontekście restauracji Villa Magnolia (ci sami właściciele). O ile kuchnie narodowe w wydaniu polskim traktuję zawsze z przymrużeniem oka, o tyle w przypadku kuchni włoskiej nie do końca potrafię ten zabieg skutecznie stosować. Owszem kuchnia włoska jest stosunkowo prosta, jednak tę prostotę rekompensuje jakość składników. W Poznaniu, w większości włoskich restauracji pierwsze założenie jest niezwykle chętnie stosowane, odwrotnie proporcjonalnie do tego drugiego. Tym samym do włoskich restauracji wybieram się raczej sporadycznie. Do Fidelio wchodziłam zatem z mieszanymi uczuciami. I te mieszane uczucia towarzyszyły mi przez większą część posiłku. Po wejściu, moim oczom ukazał się kelner, który choć elegancko ubrany, przez dłuższą chwilę nas ignorował. Ociągał się także dość długo z dostarczeniem menu, które ostatecznie zjawiło się na naszym stole, jednak o kartę win musieliśmy poprosić sami. Ten sam kelner bardzo pozytywnie zareagował na pytanie o możliwość robienia zdjęć. Wyraził zgodę bez chwili zastanowienia, najmniejszego zdziwienia, czy tych wszystkich denerwujących pytań. Bez wątpienia objawił się tutaj jego profesjonalizm. Tak samo jak w przypadku informacji dotyczących wymienionych w menu dań. Dlatego też, mimo kilku początkowych uchybień, traktuję go jako profesjonalistę w swoim zawodzie. Jeżeli chodzi o wnętrze to jest to zdecydowanie nie moja bajka. Dużo koloru pomarańczowego, świeczki, aniołki, białe meble o spękanej fakturze (zapewne mają swoją fachową, niestety nieznaną mi nazwę). Do wyboru miałam albo dużą salę dla palących, albo niewielką salę dla niepalących, ale w bliskim sąsiedztwie otwartej kuchni (od panującego w restauracji zaduchu szczypały mnie oczy). Z podniszczonego menu zamówiłam Melanzane alla siciliana, czyli kolejny sposób na bakłażana. Niewątpliwie smaczny. Cienkie plastry oberżyny przełożone mozzarellą, w delikatnej panierce, podane z drobno pokrojonymi pomidorami z czosnkiem i selerem naciowym. Po zjedzeniu tej przyjemnej przystawki, czekało mnie coś, co budziło we mnie zdecydowanie więcej emocji. Piotrosz (czy jak kto woli Święty Piotr lub John Dory). Ryba ta już od dłuższego czasu cieszyła się moim zainteresowaniem, jednak dotychczas nie spotkałam jej w żadnej z poznańskich restauracji. Początkowo zdecydowałam się wprawdzie na turbota (przyrzekając sobie, że wkrótce wrócę na Fidelio wypróbować piotrosza). Pan kelner poinformował mnie, że turbota nie ma, ale proponuje piotrosza, który tak jak turbot może zostać podany w sosie z musującego wina (wszelkie sosy na bazie wina, podawane do ryb tropię usilnie od czasów mozelskich wakacji, w trakcie których poznałam smak doskonałego sosu rieslingowo - śmietanowego). Ryba została podana w towarzystwie kluseczek gnocchi (włoskie kopytka) i sałatki (liście sałaty z pomidorem, papryką i vinaigrettem). O ile kluseczki były raczej kiepskie, sałatka przyzwoita, o tyle osławiony piotrosz bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Bo choć mrożony, obtoczony w mące i obsmażony na patelni, był niezwykle delikatny i smaczny. Białe, zwarte mięso rozpływało się w ustach (wprost nie mogę się doczekać, kiedy spróbuję świeżego piotrosza). Jak dla mnie był wart swojej ceny. Sos na bazie prosecco (lub innego wina musującego), śmietany i musztardy utrzymywał miły balans pomiędzy słodyczą wina, a kwasowością musztardy. Zapomniałam dodać, że przed posiłkiem podano smaczne pieczywo (ciasto na pizzę potraktowane oliwą, bazylią i oregano) i karafkę białego, wytrawnego, stołowego wina, o którym nie potrafię powiedzieć nic więcej poza tym, że było smaczne (choć niespecjalnie godne uwagi, jak to z winami stołowymi zazwyczaj bywa). Na koniec zamówiliśmy creme brulee. Był udany, choć osobiście uważam, że konsystencja była trochę zbyt płynna (i niestety nie mogę zgodzić się z Marcinem, że był równie smaczny co w La Passion du Vin).

Do Fidelio wchodziłam z mieszanymi uczuciami i do teraz trudno mi wydać jednoznaczną opinię w sprawie tej restauracji. Obsługa jest dość profesjonalna, wnętrze średnie, a jedzenie godne uwagi i powrotu. Być może wyjdzie z tego kolejna letnia ocena, ale przecież to jedzenie jest zazwyczaj najważniejsze, a to serwowane w Fidelio niewątpliwie zasługuje na pochwałę. Na koniec dodam jeszcze dwa słowa o muzyce, bo choć znów niemal zapominałam o tej kwestii, to okazało się, że jest ona dość znaczącym elementem dla naszych czytelników, o czym dowiedzieliśmy się z jednej ostatnich dyskusji na Facebook’u. Otóż, w restauracji posłuchać można było niezbyt głośnej i nienarzucającej się, włoskiej muzyki popularnej (o ile ktoś nie jest uprzedzony do "wyżelowanych" włoskich amantów, powinno być ok).

Jedzenie: 5-
Obsługa: 4+
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4


ON:
Fidelio znajduje się przy ruchliwej ulicy Garbary, jednak w środku restauracji jest nad wyraz spokojnie. Z zewnątrz lokal nie prezentuje się specjalnie, niemniej na zdjęciu, ku mojemu zdziwieniu wyszedł przyzwoicie. Może to siarczysty mróź nie pozwolił mi nacieszyć oka, jak należy. Zostanę jednak przy swoim, że to obiektyw coś pozytywnie przekłamał, a elewacji przydałoby się odnowienie. Po wejściu do środka znaleźliśmy się w niewielkim korytarzyku, gdzie przywitał nas kelner ubrany w białą koszulę i czarny krawat. Dalej przeszliśmy do dużej, ciemnej sali dla palących, a następnie po schodkach do mniejszej, jaśniejszej sali z półotwartą kuchnią. Ocena wystroju Fidelio jest kwestią gustu. Jednym będzie się strasznie podobał, a innych będzie wręcz odrzucał. Ja jestem gdzieś po środku - nie zachwyca mnie, ale też nie razi. Po prostu przytulne wnętrze, jak niemal każda włoska knajpka w Poznaniu.

Dziwny kontrast menu polega jednak na tym, że wyświechtana i wręcz rozpadająca się w rękach karta zawiera pozycje o wyśrubowanych cenach, których apogeum zostało osiągnięte przy półmisku owoców morza za 330 zł. Podobnie jest zresztą z kartą win, gdzie na zalaminowanej i niebieskiej kartce mamy zaledwie kilka trunków, a wszystkie w mało przystępnych cenach. Trochę to dziwne, jednak przedsmak tego poczułem już przed wizytą. Zaskoczyło mnie bowiem, że tak znana, ceniona i prestiżowa restauracja nie posiada własnej strony internetowej.

Abstrahując jednak od wszelkich wspomnianych kuriozów - zamówiłem zupę z pieczonej papryki i pesto (Zuppa di peperone con pesto), sznycle nadziewane szynką parmeńską i szałwią (Costoletta alla saltimbocca) oraz ćwierćlitrową karafkę prostego, czerwonego wina domu. Wpierw otrzymaliśmy jednak koszyk wypełniony smacznym, świeżo wypieczonym pieczywem, do którego zabrakło mi jedynie masła czosnkowego. Podana później zupa była jednak wyśmienita - kremowa w konsystencji i delikatnie słodkawa w smaku, co sprawiło, że nie miałem żadnych wątpliwości, że jej głównym składnikiem była pieczona, a nie żadna inna papryka. Dodatek w postaci pesto jeszcze wzbogacał jej i tak bogaty smak. Porcja też była jak najbardziej odpowiednia i jedynie do czego mógłbym się przyczepić, to fakt, że choć ciepła, to nie została podana gorąca - jak najbardziej lubię. Równie wyborne co zupa okazały się sznycle - dwa bardzo cieniutkie kawałki chudego mięsa, na których spoczywała szynka parmeńska. Pierwszy raz spotkałem się przy tym z ciekawym w smaku i dość oryginalnym zestawieniem mięsa i szałwii, która była głównym składnikiem sosu. Wspomnę też, że do każdego dania można bezpłatnie domówić pieczone ziemniaki, kluseczki, sałatę mieszaną i warzywa gotowane lub grillowane. Ja domówiłem warzywa grillowane (papryka, cukinia i bakłażan) oraz pieczone ziemniaki. Trochę proste w formie były te dodatki, ale tak jak warzywa się obroniły, to ziemniaki były bardzo przeciętne. Deser tradycyjnie już - zamówiliśmy wspólnie z moją partnerką. Jako, że nie było już babeczek rumowych zdecydowaliśmy się na polecany przez kelnera Creme Brulee - francuski krem z jaj, śmietany, cukru i wanilii, który uwieńczony jest warstwą skarmelizowanego, brązowego cukru. W kwestii deseru muszę przyznać najwyższą notę, bowiem był to najlepszy (exequo z La Passion du Vin) creme brulee, jaki jadłem w Poznaniu. Duży plus przyznaję także za obsługę, bo choć na drugie danie (w przeciwieństwie do pierwszego i deseru) czekaliśmy dość długo, jak na pustawą restaurację, to kelner nie dość, że bardzo sympatyczny i pomocny w wyborze dań, to jeszcze wyjaśniał nam na bieżąco wszystkie nasze wątpliwości. Ogólnie zauważyłem w Fidelio bardzo elastyczne podejście do szeroko pojętej obsługi klienta. I tak jak w niektórych restauracjach są sztywne kanony potraw, których nie wiadomo dlaczego nie można naruszyć, to w Fidelio miałem wrażenie, że bez problemu skomponowałbym własne danie, a obsługa nie miałaby żadnego problemu z jego wykonaniem.

W restauracji Fidelio znajdziemy zatem bardzo dobre jedzenie, profesjonalną obsługę oraz przyzwoite wnętrza. Było to jednak najdroższe z opisanych przez nas wyjść i w takiej perspektywie muszę je ocenić. Zdarzało nam się bowiem, że za mniejszą kwotę odwiedzaliśmy restauracje gdzie w przyjemniejszym wnętrzu otrzymaliśmy równie dobre jedzenie. Skoro ceny w Fidelio są wymagające dla gości, to i ja jestem wymagający względem Fidelio, bardziej niż wobec innych restauracji. Jednak i tak tam wrócę, aby wypróbować pizzę, która choć też stosunkowo droga - wyglądała niezmiernie smakowicie, na stoliku który mijałem wychodząc.

PS Największy problem (oprócz cen), jaki wiążę z Fidelio poczułem dopiero po wyjściu. Choć w środku tego nie zauważyłem, to półotwarta kuchnia i kiepska wentylacja przyczyniły się do tego, że moje ubrania na długie godziny przesiąkły zapachem przyrządzanych potraw. Tak jak, w niskobudżetowym i borykającym się z kiepskimi warunkami lokalowymi Fast Woku - umiałem to sobie wytłumaczyć, tak trudno mi to pojąć w przypadku bądź, co bądź prestiżowego i drogiego Fidelio.

Jedzenie: 5-
Obsługa: 4+
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4


KOSZTORYS:
Bakłażan z mozzarellą i pesto ze świeżych pomidorów - 28 zł.
Zupa z pieczonej papryki i pesto - 21 zł.
Piotrosz na sosie z wina musującego - 60 zł.
Sznycle nadziewane szynką parmeńską i szałwią - 45 zł.
Creme Brulee - 14 zł.
Wino domu 0,25 x 2 - 27 zł.
Suma: 195 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.16

ADRES: Poznań, ul. Garbary 50
INTERNET: brak strony WWW

Bookmark and Share

środa, 20 stycznia 2010

CYMES knajpa żydowska / ocena 3.91

Wybór restauracji opisanej w dzisiejszej recenzji był dziełem przypadku. W pierwszej kolejności odwiedziliśmy Fashion Cafe, która jak się okazało na miejscu, zmieniła właściciela i nie oferuje już jedzenia. Dlatego też poszliśmy do wędzarni ryb Bornholm. Tam spotkała nas równie przykra niespodzianka – Bornholm został definitywnie zamknięty (mieliśmy trochę pretensji do siebie, że nie zawitaliśmy tam wcześniej). W ten oto sposób, wracając w okolice Starego Rynku trafiliśmy na knajpę żydowską Cymes.



ONA:
Restauracja Cymes gości na ulicy Woźnej na tyle długo, że na dobre wpisała mi się w pejzaż tej części Poznania. Przyznam, że już kilka razy stałam przed jej drzwiami, poznając żydowskie specjały. Za każdym jednak razem odchodziłam stamtąd z myślą, że na pewno tu wrócę, wcześniej jednak chcę bardziej szczegółowo zapoznać się z zasadami kaszrutu oraz daniami kuchni żydowskiej, tak żeby swobodnie poruszać się po menu. Owszem czulent, gęsi pipek czy cymes brzmiały znajomo, nie byłam jednak do końca zaznajomiona ze sposobem ich przygotowania. I choć normalnie nie jest to do niczego potrzebne, moja lekko neurotyczna natura domaga się takiej wiedzy przed zjedzeniem posiłku. Jak to często bywa (szczególnie w moim przypadku) ambitne plany „wzięły w łeb” lub jak z przymrużeniem oka zwykł mawiać jeden z moich ulubionych profesorów „sprawa się rypła”. Do Cymesu ostatecznie trafiłam mając mgliste pojęcie o koszernych potrawach i zasadach ich przygotowania.

Od dłuższego czasu docierały do mnie sygnały, że Cymes nie cieszy się dobrą opinią. Usłyszałam całkiem sporo poważnych zarzutów dotyczących jedzenia i chyba przede wszystkim obsługi. Do środka wchodziłam zatem trochę niepewnie, choć z dziarską miną, przygotowana na każdą okoliczność. Pierwsze wrażenie było całkiem przyjemne. Wnętrze, miało może niewiele wspólnego z designerskim rajem, ale było ciepłe i przytulne. I choć przeładowane niezliczoną ilością dodatków (menory, świeczniki, lampy, lampeczki, mosiężne garnki, porcelana, obrazy, butelki z winem, lustra) miałam wrażenie, że wszystko jest tu na swoim miejscu. Wystrój nie przedstawiał zbieraniny mebli i bibelotów z targów staroci. Klimat tworzył również umieszczony pod sufitem fryz nawiązujący motywem do tradycji żydowskiej. Jedynym elementem, który zdecydowanie mi się nie podobał, była współczesna, niezbyt estetyczna podłoga z kolorowych płytek. Miłe wnętrze nie zwiodło jednak mojej czujności. Czekałam na spotkanie z obsługą. Podeszła do nas uśmiechnięta Pani, z którą dość długo rozmawiałam o daniach zaproponowanych w menu. Chciałam coś żydowskiego, ale na skutek rozciągniętej w czasie konwersacji trochę straciłam wątek i zamówiłam coś co nie odbiega od moich zwyczajowych standardów - zupę rybną i pieczonego łososia. Ostatecznie jednak otarłam się trochę o kaszrut, ponieważ wszystko co pływa w wodzie i ma przy tym łuski i płetwy jest koszerne. Zgodnie z opisem w menu zupa miała być przygotowana z czterech gatunków ryb. Ciężko odnieść mi się do prawdziwości tego stwierdzenia, ponieważ w delikatnym rosole (zupa miała być pikantna) pływały tylko lekko twardawe kluseczki i konserwowy groszek. Łosoś miał być marynowany w winie i ziołach, jednak i tego nie mogę potwierdzić, ponieważ na tle tych nie marynowanych, nie wyróżniał się niczym szczególnym, a ze wspomnianych ziół dostrzegłam tylko koperek. Do tego zamówiłam porcję szpinaku (z mrożonki) z czosnkiem i porcję pieczywa (3 kromki suchego, białego chleba). Jedzenie w ogólnej ocenie było dość smaczne (zaznaczyć przy tym muszę, że byłam już strasznie głodna) choć naprawdę nie zapisało się w mojej pamięci niczym wyjątkowym i tak też było podane (dekoracje z pomidorów i sałaty niczym w pierwszej lepszej stołówce). Jedzeniu towarzyszył kieliszek białego, izraelskiego wina, którego delikatny, śliwkowy posmak błyskawicznie znikał w ustach. Na koniec chciałam zamówić jeszcze jakiś tradycyjny deser - w tym wypadku całkowicie zdałam się na Panią kelnerkę. Po chwili na naszym stole zawitała pascha. Być może ktoś z Was wyprowadzi mnie z błędu, ale wydaje mi się, że o ile Pascha jest żydowskim świętem, o tyle w tradycji kulinarnej ma konotacje rosyjsko – ukraińskie. Za to daję mały minus (sama nie wiem czy należy się on Pani kelnerce, czy osobie, która pracowała nad menu). Twarożek z żółtkiem, mlekiem, cukrem i bakaliami był może smaczny, ale nie do końca zaspokoił mój zwyczajowy, poobiedni głód słodyczy (raziły mnie też trochę esy floresy z syntetycznych sosów).

Podsumowując, do Cymesu szłam z lekko negatywnym nastawieniem i naprawdę z uwagą śledziłam wszystko do czego mogę się przyczepić. I sama nie wiem czy akurat miałam szczęście i trafiłam na wyjątkowo dobry dzień, nową kelnerkę i wypoczętego kucharza, który przygotował w miarę dobre jedzenie (na zdecydowany plus muszę jeszcze policzyć, że Cymes jest jedną z niewielu restauracji, w której podano mi sztućce do ryby). Z drugiej strony może właściciel restauracji bacznie śledzi krytyczne uwagi o swojej restauracji i stara się na nie reagować. Sama nie wiem, ja byłam w miarę zadowolona i pomyślałam, że może czasem warto dać wcześniej skrytykowanym restauracjom drugą szansę…

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 3+



ON:
Nigdy nie miałem okazji, aby spróbować żydowskich potraw. Tym bardziej, ciekawy byłem restauracji Cymes. Niby jest usytuowana w sercu Starego Miasta, a nie udało mi się do niej wcześniej trafić. I tu pewna niekonsekwencja - jak dłużej pomyślę, to wychodzi, że omijałem Cymes - gdyż kuchnia żydowska niekoniecznie kojarzyła mi się z czymś nad wyraz smacznym. W końcu jednak tam dotarłem, a fakt, że miało to miejsce w mroźne i śnieżne popołudnie - sprawił, że jeszcze bardziej doceniłem ciepło i przytulność wnętrza. Może jest trochę za dużo dekoracyjnych drobiazgów, jak na tak niewielką przestrzeń, a kafelkowa podłoga nie pasuje do całości, niemniej ja czułem się tam bardzo dobrze, a drewniane, odrestaurowane i wypolerowane meble nie dość, że cieszą oko, to jeszcze są naprawdę wygodne.

Podane nam przez sympatyczną kelnerkę menu, oprócz wielu potraw, zawierało także prawdy o żydowskiej kuchni, żydowskich zwyczajach i świętach. Długo przeglądałem wspomniane menu pod kątem wyboru stricte żydowskich potraw, jednak nic nie poradzę, że ostatecznie zamówiłem zupę czosnkową, stek węgierski oraz paschę. Mamy zatem kuchnie czeską, węgierską i rosyjską. Trudno - po prostu te dania bardziej do mnie przemawiały. Szybko podana - solidna porcja, ciepłej smakowitej zupy czosnkowej z wędzonką i jajkiem zaspokoiła mój pierwszy głód oraz rozgrzała mnie jak należy w mroźne popołudnie. Dalej był jeszcze bardziej smakowity stek węgierski z boczkiem wędzonym i odrobiną sosu czosnkowego, który podano z pieczonymi ziemniakami i surówką. Sam stek był bardzo cienki, dobrze wysmażony i chudy. Może i większość rasowych amatorów steków oburzyłaby się na jego widok, niemniej choć prawdziwym stekiem to pewnie nie było, to jako mięso bardzo mi smakowało. Na koniec zdecydowaliśmy się w dwójkę na paschę, a więc deser z twarożku i bakalii (rodzynek, migdałów, orzechów i skórki pomarańczowej), który został podlany malinowym i czekoladowym sosem. Osobiście wolę bardziej tradycyjne desery, ale i ten był ciekawym doświadczeniem. Koniec końców - za zupę przyznaję 4, za danie główne 4+, a za deser 3+. Wspomnieć też muszę o ciekawym i dość oryginalnym w smaku winie izraelskim - Monfort Carignan, które towarzyszyło mi przy posiłku. W kwestii oferowanych w Cymesie win, zaciekawił mnie także fakt, dlaczego winem domu jest trunek z Hiszpanii. Zagadka została rozwiązana pod koniec wizyty, gdy kelnerka wyjawiła nam w rozmowie, że knajpa Cymes i pobliski tapas bar La Rambla należą do jednego właściciela.

Reasumując będę niestety równie niekonsekwentny, jak we wstępie. Z jednej strony cieszę się bowiem, że Cymes nie zamyka się na kuchnię stricte żydowską, a z drugiej strony wciąż jestem ciekaw żydowskich potraw. Następnym razem obiecuję sobie zatem solennie, aby spróbować tego co żydowskie - mimo, że nazwy w menu nie brzmią tak zachęcająco, jak w przypadku potraw rodem z Europy.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4-



KOSZTORYS:
Zupa rybna z 4 gatunków ryb słodkowodnych, z lanymi kluseczkami - 14 zł.
Zupa czosnkowa z wędzonką i jajkiem - 10 zł.
Łosoś z grilla marynowany w białym winie i ziołach - 28 zł.
Szpinak z czosnkiem - 5 zł.
Stek węgierski przełożony boczkiem wędzonym z pieczonym ziemniakiem i surówką - 28 zł.
Pascha - 12 zł.
Monfort Semillon 0,15 - 9 zł.
Monfort Carignan 0,15 - 9 zł.
Suma: 115 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.91

ADRES: Poznań, ul. Woźna 2/3

Bookmark and Share

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...