wtorek, 8 czerwca 2010

VIOLET SUSHI & YAKITORI / ocena 3.88

Za nami trzecia edycja akcji "Poznań za pół ceny", w której uczestniczyło przeszło 40 poznańskich restauracji. Tym razem odpuściliśmy sobie uczestnictwo w imprezie, ale wszystkim zainteresowanym zniżkami rzędu 50%, a jednocześnie chcącym uniknąć ograniczeń w postaci narzuconego terminu i oblężonych lokali, polecamy ideę zakupów grupowych (możecie zjeść obiad o połowę taniej, jeżeli razem z Wami zamówi go określona przez restaurację liczba osób). My postanowiliśmy przyjrzeć się temu zjawisku z bliska i za pośrednictwem serwisu Groupon wykupiliśmy z 50% rabatem dwa bony do Violet Sushi & Yakitori o wartości 80 złotych każdy. Zakupy grupowe w Poznaniu to jednak nie tylko Groupon, ale także Gruper, Fast Deal oraz My Deal (linki polecające).


ONA:
Dotarło do mnie kiedyś, że Violet sushi i Matii sushi należą do tego samego właściciela. O ile w Matii zdarzało mi się jadać już wcześniej, o tyle Violet miałam wypróbować po raz pierwszy. Po wizycie w obu miejscach mogę spokojnie stwierdzić, że mają one wspólny mianownik. To co przede wszystkim rzuca się w oczy, to nieco odmienny od innych „suszarni” wystrój wnętrza porażający wyrazistością formy i intensywnością kolorów. Jak nie trudno się domyślić, w Violet sushi króluje kolor fioletowy, przełamany gdzieniegdzie ciemniejszymi wstawkami (głównie różne odcienie brązu). Jako, że jestem miłośnikiem oszczędnego, skandynawskiego stylu, całość zrobiła na mnie zbyt przytłaczające wrażenie, niemniej wnętrzu trzeba oddać sprawiedliwość, bo zostało urządzone spójnie i konsekwentnie. Zdaję sobie przy tym sprawę, że ten dość oryginalny, bogaty wystrój może znaleźć swoich zwolenników.

Po przekroczeniu progu lokalu, wzrok jeszcze przez kilka chwil pozostawał w lekkim oszołomieniu po wspomnianym wizualnym bombardowaniu, ale żołądek oraz ośrodek głodu i sytości szybko przypomniał mi po co tu przyszłam. Zajęliśmy więc miejsca na wysokich kanapach, które choć nie wyglądały na wygodne (nie wyglądały i nie były) to znajdowały się najbliżej okna i zapewniały minimalny dostęp do naturalnego światła. Po przerzuceniu menu wybraliśmy kilka dań, przy czym ja skupiłam się wyłącznie na sushi. Chcąc ułatwić pracę obsłudze zamawialiśmy dania w takich zestawach i kolejności, w jakiej chcieliśmy je zjeść. I tu pierwsza skucha, bowiem kiedy on po dłuższej chwili oczekiwania dostał zupę, ja na moje sushi, które miało zostać podane razem z zupą, czekać musiałam drugą, znacznie dłuższą chwilę. Ta oto dłuższa chwila dała mi możliwość do dalszych obserwacji obsługi. Mój głód i lekkie poirytowanie były wprost proporcjonalne do zachowania pracowników lokalu, którzy przez większość czasu chichotali przy barze. Szczyt mojego niezadowolenia przypadł na moment, kiedy jeden z pracujących w lokalu młodych mężczyzn usiłował wynieść z zaplecza kuchennego kelnerkę lub swoją (czy nie swoją) dziewczynę. Krótko po tym dostałam jednak swoje sushi i po zaspokojeniu pierwszego głodu mogłam spojrzeć na świat z większym optymizmem i życzliwością. Cieszę się oczywiście, kiedy ludzie mają w pracy fajną atmosferę, dobrze się dogadują, mają poczucie humoru. Restauracje są jednak pod tym względem dość specyficznym miejscem i kiedy głodny i spragniony człowiek przychodzi się najeść, to obsługa zajmująca się przede wszystkim sobą, bywa uciążliwa, sprawiając, że klient czuje się jak intruz, przeszkadzający komuś w dobrej zabawie. Pomijając jednak tę drażliwą kwestię, przyznaję, że kiedy obsługujące nas Panie pojawiały się, przy naszych stolikach za każdym razem były nad wyraz miłe i uprzejme. Dalej przyszła kolej na serię moich suszarskich standardów. Tu było za każdym razem smacznie i bez większych zarzutu. Tak naprawdę mogłabym się przyczepić tylko do dwóch rzeczy. Po pierwsze do ilości serka Philadephia, który momentami niebezpiecznie dominował nad pozostałymi delikatnymi składnikami. Po drugie, kiedy dotarło do mnie maki z grillowanym węgorzem, ryba w środku była już całkowicie zimna. Być może to wydumany problem, ale ja wolałabym, żeby była przynajmniej letnia.

Podsumowując, na samo jedzenie warto się tu wybrać. Wystrój to kwestia gustu, więc nawet jeśli mnie nie zachwycił, może podobać się innym. Pozostaje jeden problem – obsługa. Z pewnością nie można jej jednoznacznie skrytykować, bo dziewczyny były bardzo sympatyczne, ale czas oczekiwania na pierwszą potrawę, fakt, że dania dla osób siedzących przy jednym stoliku nie pojawiają się chociażby w zbliżonym czasie, no i te „figle migle” przy barze, sprawiają, że jest to chyba najsłabszy element w Violet sushi. Mając jednak świadomość 50% zniżki (jeden bon o wartości 80zł wyniósł nas 40zł) na pewne rzeczy skłonna byłam przymknąć oko.

PS Na zdjęciu są trzy kawałki maki z łososiem, w rzeczywistości było ich 6, jednak z głodu zapomniałam o zdjęciu ;)

Jedzenie: 4+
Obsługa: 3-
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4


ON:
Violet Sushi & Yakitori na Świętym Marcinie, to już drugi poznański lokal sygnowany nazwiskiem Mitsuro Matii. Nie pomylę się chyba zbytnio, jeżeli odczytam tę ekspansję jako próbę stworzenia miejskiej filii Matii Sushi Restaurant (mieści się w budynku PFC na Placu Andersa i okupowana jest przede wszystkim przez tamtejsze białe kołnierzyki). W kwestii wystroju, przyznam wprost, że Violet to nie moja bajka i zupełnie coś innego, aniżeli moje wyobrażenie względem sushi baru. Kolorystyka, oświetlenie, użyte materiały, a także rozplanowanie lokalu pasuje idealnie - jednak mniej do miejsca spożywania tradycyjnych japońskich dań - a bardziej do night clubu.

Z dość nieczytelnej karty menu (na plus - fotografie, ale na minus - mały format, mnóstwo stron i rozdziałów, a także powtarzające się dania) postanowiłem zamówić zupę, sushi oraz yakitori. Wybór padł na polecaną przez kelnerkę zupę balijską, 6 sztuk maki z grillowanym łososiem oraz 2 sztuki marynowanej piersi z kaczki. Przed właściwym posiłkiem podano nam sałatkę, jednak porcja była tak skromna, że odpuszczę sobie ocenę jej smaku. Z kolei zupa, którą podano w dość sporej miseczce była pikantna i rewelacyjna w smaku jednocześnie. W jej meandrach pływały kawałki krewetek, kurczaka (tak mówi menu, choć mi to wyglądało bardziej na wieprzowinę) oraz pędów bambusa. Za idealny stopień ostrości odpowiadały z kolei wyważone odpowiednio proporcje chilli, sambal oraz pieprzu togarashi. Zupa balijska w wykonaniu Violet z pewnością zasłużyła na miano najlepszej azjatyckiej zupy, jaką maiłem okazję próbować w Poznaniu. Dalej było bardzo dobre sushi z grillowanym łososiem, ogórkiem, sałatą, słodkim sosem, dressingiem oraz sezamem, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń. Moim zdaniem jego smak przebija wyraźnie sushi podawane w mateczniku, jakim dla Violet jest wspomniany już Matii. Na koniec zostawiłem sobie specjalność lokalu, jaką w przypadku tego sushi baru jest yakitori. Dwa niewielkie szaszłyki z marynowaną piersią z kaczki z chili i szczypiorkiem były dobrze wypieczone i całkiem smaczne, jednak danie jako całość nie spełniło nadziei, jakie ufnie w nim pokładałem. Najeść się tym nie idzie, a swoje kosztuje i jednak nie do końca powala smakiem. Osobiście też wolałbym dodatkowy, trzeci szaszłyk (a raczej szaszłyczek) zamiast oferowanego w zestawie ryżu, sałaty i sosu. Sam ryż i sos były przy tym mało wyraziste, a sałata skutecznie maskowała ułożone na niej kawałki mięsa. Ostatecznie przyznaję 5+ za zupę, 5- za sushi oraz 4 za yakitori. Na 4 oceniam też obsługę, bo choć kompetentna, uprzejma i sympatyczna, to nie mogę przejść obojętnie wobec swoistej imprezy pracowniczej ;)

Szczerze też dodam, że za 80 złotych spodziewałem się zamówić więcej, aniżeli tylko trzy dania. Właśnie to rozczarowanie skłoniło mnie do przeprowadzenia kalkulacji odnośnie kosztu przykładowego zestawu sushi (zupa miso, 6 sztuk maki philadelphia, 6 sztuk maki z grillowanym łososiem, 2 sztuki nigiri z krewetkami) we wszystkich sushi barach, jakie odwiedziliśmy z blogiem. Oto wyniki mojej kalkulacji:

Sushi 77 - 56 zł.
Kuro by Panamo - 62 zł.
Hanami Sushi - 65 zł.
Goko - 67 zł.
Sushi-Bushi - 76 zł.
Violet Sushi & Yakitori - 76 zł.
Sakana - 81 zł.

Jak widzicie - Violet Sushi & Yakitori do najtańszych w mieście nie należy, jednak dzięki Groupon/City Deal rachunek wypadł lepiej niż przyzwoicie. Przede wszystkim polecam zatem zakupy grupowe, a do Violet, tak czy inaczej zamierzam wracać na przepyszną zupę balijską :)

PS Mam wrażenie, że w opisowej części recenzji skupiłem się zbytnio na wypunktowaniu lokalu. Całościowy obraz otrzymacie zatem dopiero po zestawieniu opisu z przyznanymi przeze mnie poniżej ocenami.

Jedzenie: 5-
Obsługa: 4-
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4-


POST SCRIPTUM:
W październiku odwiedziliśmy ponownie Violet (już bez aparatu) i musimy przyznać, że poziom obsługi bardzo się poprawił od naszej ostatniej wizyty, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokich standardów sushi. Tak trzymać!

KOSZTORYS:
Zupa balijska z krewetkami, kurczakiem, pędami bambusa, chilli, sambalem i togarashi - 18 zł.
6 x sake futomaki (łosoś, ser filadelfia, sałata, ogórek, awokado) - 19 zł.
6 x grill unagi (grillowany węgorz, sałata, sos unagi, dressing, sezam) - 27 zł.
6 x grill sake (grillowany łosoś, ogórek, sałata, słodki sos, dressing, sezam) - 22 zł.
4 x filadelfia roll z tuńczykiem (tuńczyk, awokado, ser filadelfia, masago) - 20 zł.
2 x sake nigiri (łosoś) - 14 zł.
2 x hot aigamo (marynowana pierś z kaczki, z sosem chili i szczypiorkiem) - 32 zł.
Herbata zielona z wiśnią - 10 zł.
Suma: 162 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.88

ADRES: Poznań, ul. Święty Marcin 9
INTERNET: www.violetsushi.pl

Bookmark and Share

czwartek, 27 maja 2010

MIELŻYŃSKI wine bar - Bud Break

Do winiarni Mielżyński zaglądamy regularnie. Tak samo też śledzimy jej stronę internetową, niezmiennie licząc na zapowiedź degustacji win. Dotychczas byliśmy na jednej (porównanie roczników win Bodegas Roda oraz degustacja katalońskiego wina musującego Cava Castillo Perelada). Uzyskaliśmy wówczas informację od Pana Roberta Mielżyńskiego, że podobne przedsięwzięcia planowane są raz na kwartał i stąd też nasza dociekliwość w tej kwestii. Na kolejną imprezę z cyklu Sound of Wine trafiliśmy jednak dopiero po roku.

PS Opis naszej kulinarnej wizyty u Mielżyńskiego znajdziecie tutaj.


ONA:
Degustacja zapowiadała się dla mnie dość ciekawie, przede wszystkim ze względu na osobiste pobudki. Jestem wielbicielem win białych, stąd znana z dobrych, białych win Austria, wydawała mi się idealnym motywem degustacyjnym. I choć wina austriackie nieczęsto goszczą na moim stole, regularnie ustępując miejsca niemieckim (Dolina Renu, Mozeli) i francuskim (Alzacja, Szampania, Burgundia), to nie zmienia to faktu, że byłam do nich optymistycznie nastawiona.

Tym razem, w przeciwieństwie do imprezy zeszłorocznej, degustowaliśmy wina na tyłach lokalu, gdzie ustawiono scenę dla zespołu muzycznego oraz rząd solidnych beczek, na których spoczęły wina przeznaczone do degustacji. Przy każdej beczce czekał przedstawiciel/właściciel/potomek właściciela winnicy, a każdy z nich był niezwykle chętny do rozmowy i snucia opowieści o winnicach Austrii. Spróbować można było wina z:

- Weingut Gross
- Weingut Salomon Undhof
- Weingut Wienienger
- Weingut Familie Gasselmann
- Weingut Velich Apetlon
- Weingut Hofstatter

O smaku nie chciałabym specjalnie się rozpisywać, ponieważ, jak powiedział właściciel winnicy Wienienger: „najciekawszą historię opowiada o sobie samo wino”, a ja czułabym się nieco skrępowana, próbując napisać coś ciekawego, na temat, który choć bliski mojemu sercu, wymaga lat doświadczeń, niestrudzonego zdobywania wiedzy i marskości wątroby. Być może uznacie mnie za barbarzyńcę, ale w trakcie degustacji nie wypluwam/wylewam wina do specjalnie do tego celu przygotowanego wiaderka, co oczywiście uniemożliwia przejście kolejnych etapów kosztowania z całkowicie świeżym umysłem. Moje podejście do tematu w tej kwestii jest dość proste – radość ze smakowania wina niezmiennie bierze górę nad chłodnymi aspektami teoretycznymi. Jest to szczególnie uciążliwa cecha, jeśli do degustacji mamy ok. 30 win, tak jak było w tym przypadku. Można wówczas smakować tylko wybrane trunki. Można też spróbować niewielkiej ilości każdego z nich, a na następny dzień odebrać w pełni zasłużoną karę – leżeć, jęczeć i zatapiać się w eschatologicznych wizjach. Ograniczę się zatem do krótkiego i ogólnego stwierdzenia, że wszystkie prezentowane wina trzymały poziom, niektóre z nich trochę wyróżniały się na plus, niestety w trakcie nie robiłam notatek i nie potrafiłabym bezbłędnie wskazać moich faworytów. Mimo tego, że mi smakowały, moje preferencje co do regionów winiarskich słynących z białych win, po degustacji nie uległy zmianie (skądinąd cenna to wiedza dla mnie samej).

Takie akcje zasługują na szczególną uwagę nie tylko ze względu na fakt, że jest to niezwykle przyjemny sposób spędzania wolnego czasu. Zorganizowanie degustacji pionowej, poziomej, czy jakiejkolwiek innej w warunkach domowych jest przedsięwzięciem karkołomny i z pewnością ogranicza się do porównania max. 2-3 butelek. Nam samym przyszło już kilka razy do głowy, żeby zaproponować Wam taką formę spotkania i jeśli znalazłoby się kilku zainteresowanych, po prostu umówić się na zakup konkretnych butelek, które później można byłoby spożyć i porównać w przyjaznej atmosferze. Być może znajdą się chętni i kiedyś się to uda.

Na koniec dodam jeszcze, że głównym reżyserem degustacji była pogoda. Bud Break kojarzy się z wczesną wiosną, a aura wzięła sobie to określenie zbyt dosłownie do serca i zaserwowała nam warunki iście marcowe. Przejmujące zimno i chmury, sprawiły, że większość ludzi nie mogła wprost rozstać się z miejscami siedzącymi w ciepłym lokalu. Stąd na dworze, pośród beczek nie było tłumów, ani tym bardziej tłoku. Zimno miało też wpływ na samą przyjemność z picia wina, bo to białe najlepiej smakuje w ciepły i słoneczny dzień. Nad rozgrzaniem atmosfery popracował jednak elektryzująco -energetyczny zespół Agnieszki Szczepaniak, który wystąpił z projektem Szopka. To wielowątkowe widowisko muzyczne , w dość swobodny sposób bawiące się motywami chopinowskimi, było niestety tylko tłem całego wydarzenia, niemniej tłem ciekawym i pozytywnie nastrajającym.

PS Wracając z degustacji mogliśmy cieszyć się jeszcze atmosferą poznańskiego święta, idąc z niedobitkami kibiców ulicą Grunwaldzką. Brawo Lech!



ON:
Ogólnie rzecz biorąc - Bud Break, to czas, gdy na winorośli pojawiają się pierwsze pędy po zimowym uśpieniu. 15 maja aura nad Poznaniem nie sprzyjała jednak, aby w pełni świętować winiarską wiosnę. Było naprawdę chłodno, ale nie był to jedyny powód dość skromnej frekwencji degustatorów. Wszakże odbywał się wówczas decydujący o mistrzostwie mecz Lecha Poznań, a w perspektywie kilku godzin była jeszcze Noc Muzeów. Moim zdaniem, zabrakło też reklamy. Niestety, ale informacja na stronie internetowej oraz ulotki w winiarni, to trochę mało, jeżeli chciałoby się przyciągnąć kogoś więcej, aniżeli stałych klientów. Efekt był taki, że dotarło kilkudziesięciu gości, a jak się dowiedzieliśmy od austriackich winiarzy - dzień wcześniej w Warszawie zjawiło się ich około pięciuset.

Po przekroczeniu progu przywitały nas hostessy wręczając ładnie wydaną kartę degustacji, na której można było wynotować spostrzeżenia odnośnie każdego z sześciu prezentujących się producentów win. Dalej gości witał sam gospodarz - Pan Robert Mielżyński, który wręczył nam kieliszki i w skrócie opowiedział, jakie wina będziemy za chwilę mogli degustować. Wyszliśmy na pasaż na tyłach wine baru, gdzie znajdowały się stoiska w formie 6 beczek z 29 naliczonymi przeze mnie winami. Za każdą beczką stał przedstawiciel danej winnicy, który prezentował na beczce najbardziej charakterystyczne wina swojej produkcji. Idea była taka, aby rozpocząć każdorazowo degustację od najprostszego wina ze zbioru, a później porównywać co raz bardziej złożone bukiety i smaki. Przy pierwszych trzech stoiskach spróbowałem wszystkich wystawionych win słuchając przy tym bardzo ciekawych opowieści austriackich winiarzy. Jako, że czułem podświadomie, że zdegustowanie wszystkich może się różnie skończyć, to przy kolejnych trzech beczkach spróbowałem jedynie po jednym - ulubionym i najbardziej polecanym przez danego winiarza trunku. Łącznie wyszło tego 17 austriackich win i choć wszystkie były godne polecenia, to dziś bardziej pamiętam atmosferę przy każdej z beczek, aniżeli smak poszczególnych butelek. Ciężko oddać atmosferę jaka się wytwarza przy kontakcie fascynatów wina z winiarzami z krwi i kości, zatem ograniczę się do krótkiej charakterystyki przybyłych przedstawicieli.

Winnicę Weingut Gross reprezentował młody, wyważony, elegancko ubrany syn właściciela, który nie rozstawał się z komórką. Weingut Salomon Undhof - praktykujący w winnicy roześmiany student w rozpiętej pod szyją koszuli, który był jedyną osobą na degustacji, której nie było zimno. Weingut Wieninger - doświadczony właściciel winnicy, który był dla nas prawdziwą skarbnica wiedzy. Weingut Hofstatter - zziębnięty Włoch, który w każdej wolnej chwili chował się przed chłodem wewnątrz wine baru (choć historycznie jego kraina leży w granicach austriackiego winiarstwa, to politycznie są to już Włochy). Weingut Familie Gesellmann (wina czerwone) oraz Weingut Velich Apetlon (wina słodkie), albo nie przysłały swoich przedstawicieli, albo ukryli się oni na tyle skutecznie, że na ich miejscu widziałem tylko dzielnie asystujących pracowników Mielżyńskiego.

Ogólnie jakoś więcej klienteli zajadało specjały przy stolikach, aniżeli próbowało wina przy beczkach, czemu osobiście nieco się dziwiłem. Okazja porównania prawie 30 szlachetnych trunków w jednym miejscu nie zdarza się bowiem każdego dnia. Dlatego też my programowo skupiliśmy się na winach, kulinaria zlustrowaliśmy jedynie z oddali - kuchnia restauracyjna serwowała wyłącznie przystawki, a na dworze zorganizowano grill przy udziale pobliskiego sushi baru. Dania co prawda wydawały się dość kosztowne - łosoś 40 zł, kotleciki jagnięce 50 zł, a wołowina 60 zł, jednak jedząc i pijąc goście wspierali tego wieczoru Fundację Arka. Skorzystaliśmy za to z gościnności pobliskiego sklepu Bilbelou Interiors gdzie dla wszystkich wielbicieli wina czekały przekąski w postaci przepysznego sera Grana Padano, chrupiących grzanek i słodkich ciasteczek. Około godziny 20:00 Pan Mielżyński wszedł z kolei na skrzynki z winami, które stoją po środku winiarni, a następnie podziękował wszystkim przybyłym na degustację i zapewnił, że to dopiero początek wspaniałego wieczoru. Wówczas zabrzmiała muzyka Agnieszki Szczepaniak i jej projektu muzycznego "Szopka", a my dyskretnie oddaliliśmy się z miejsca zdarzenia. Jak bym miał coś zasugerować organizatorom, to osobiście wolałbym, żeby muzyki można było słuchać przez całą degustację, a nie przez resztę wieczoru. 

Podsumowując jednak, szczerze zachęcam do śledzenia zapowiedzi na stronie internetowej Mielżyńskiego, bowiem z tego co zasłyszałem od obsługi - w drugiej połowie czerwca zapowiada się następna degustacja. Pozostaje trzymać kciuki za organizatorów, gdyż szkoda by było, aby kolejna impreza Sound of Wine odbyła się za rok.

PS Za największy kapitał wine baru uważam postać właściciela. Niewielu jest bowiem w tym biznesie - tak gościnnych, tak nastawionych na edukację, tak spontanicznych, a za razem tak entuzjastycznych ludzi, jak Pan Robert Mielżyński. Ci, którzy bywają przy Wojskowej wiedzą o czym mówię, bo zapewne mogli się o tym przekonać osobiście!


POST SCRIPTUM:
Migawka z zeszłorocznej degustacji...


KOSZTORYS: wstęp wolny

ADRES: Poznań, ul. Wojskowa 4 (Stare Koszary)
INTERNET: www.mielzynski.pl

Bookmark and Share

czwartek, 20 maja 2010

BISTRO RZYMIANKA - szparagowy lunch / ocena 3.88

Na przełomie marca i kwietnia zapytaliśmy Was - restaurację którego hotelu powinniśmy odwiedzić przy najbliższej okazji? W ankiecie wzięło udział 152 Czytelników, a miejsca na podium zajęły: Trawiński (23%), NH oraz Rzymski (ex eaquo po 19%). Dalej znalazły się kolejno: IBB Andersia (16%), Mercure (8%), Sheraton (6%), Vivaldi (4%) oraz Park (1%). Tym razem postanowiliśmy jednak przymknąć nieznacznie oko na wyniki ankiety i wybrać się do restauracji, która uplasowała się na drugiej pozycji. Nie to, żebyśmy mieli jakieś uprzedzenia względem zwycięzcy, ale zwyczajnie skusiły nas szparagowe lunche proponowane przez Bistro Rzymianka. Sezon na szparagi nie trwa w końcu wiecznie, a wizytę w Trawińskim można bez większych problemów przesunąć w czasie. Wszystkich, którzy głosowali na ten lokal, prosimy zatem o jeszcze trochę cierpliwości :)

PS Do Trawińskiego już jednak nie dotrzemy, bowiem z początkiem października 2010 r. rozpoczęto wyburzanie tego czterogwiazdkowego hotelu.


ONA:
W maju w mojej kuchni niepodzielnie królują szparagi. Wprost uwielbiam ich subtelny smak i mogłabym je jeść o każdej porze dnia i na wszystkie sposoby. Poza tym, jak powszechnie wiadomo Wielkopolska (i lubuskie rzecz jasna) szparagami stoi, więc ta moja miłość przyprawiona jest jeszcze delikatnym smaczkiem lokalnego patriotyzmu. Chętnie też skorzystałabym ze sposobu Rzymian, którzy szparagi suszyli, aby cieszyć się nimi również poza sezonem, ale nie mam pewności, że jest to metoda skuteczna, czy chociażby skuteczniejsza od pakowania tych bezwstydnych warzyw do słoika ;).

Na szparagowe lunche szłam zatem z całkowicie pozytywnym nastawieniem. Zapewne, ta oferta obiadowa dostępna jest zarówno w restauracji de Rome, jak i bistro Rzymianka, my jednak zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję, ze względu na swobodniejszą atmosferę panującą w mniejszym lokalu. Na początku czekała nas pogawędka o zdjęciach z nieco zakręconym i dość bezpośrednim duetem Pań z obsługi, które choć same nie były pewne co do możliwości robienia zdjęć, postanowiły szybko rozwiać wątpliwości, pytając swojego zwierzchnika o zgodę. Kiedy przekazały nam wiadomość o pozytywnej decyzji, zastąpił je uprzejmy Pan kelner, który z pewnością nie był nowicjuszem w swoim fachu. Cóż o wystroju, pewne jego elementy przywołują skojarzenia z latami PRL-u, np. dziwna fontanna – brodzik pośrodku sali, lub nieciekawe płytki i lustra na ścianie. Nie ulega jednak wątpliwości, że przeprowadzono tu całą serię drobnych zabiegów i wprowadzono kilka dodatków, które wrażenie powrotu do przeszłości mają zniwelować do minimum (ocieplająca wnętrze ciemna drewniana podłoga, ładne doniczki ze świeżymi ziołami, nadruki na blatach stołów, wygodne krzesła, i bardzo ładne kwiaty w solidnych donicach na zewnętrznych parapetach okiennych).

Wybór jedzenia był tym razem o tyle prosty, że chcieliśmy skorzystać z ustalonego z góry menu lunchowego. Czekała nas zatem zupa pomidorowa ze szparagami, szparagowe sakiewki i ciasto drożdżowe. Zupa pomidorowa była klasykiem domowej kuchni. Wyróżniała ją niezwykle aksamitna konsystencja i ciekawy dodatek zielonych szparagów. Całość była smaczna i intensywna w smaku, choć zupełnie nie zaskakująca. Właściwie ten domowy klimat dominował przez cały posiłek, gdyż to samo można powiedzieć o drugim daniu i deserze. Choć prawdopodobnie nikt na co dzień nie przykłada w domu zbyt dużej wagi do sposobu podania, to tu akurat ten element wyróżnił się na plus. Przewiązane zblanszowanym porem sakiewki, podlane sosem śmietanowo-kurkowym, przyozdobione wachlarzem z białych szparagów i niewielką dekoracją z miodowego melona i zielonych szparagów ładnie się prezentowały. Jeśli  zaś chodzi o smak to było poprawnie i znów - domowo. Przyznać przy tym muszę, że za naleśnikami nie przepadam. Podjęłam kilka prób przełamania się do tego specjału i póki co nie udało mi się. Programowo skreślam naleśniki na słodko, bo słodki obiad to dla mnie świętokradztwo. Trochę inaczej jest z naleśnikami wytrawnymi, na takie mogę czasem się skusić (w kolejce czekają tu także bretońskie gallette). Podsumowując, skusiłam się na sakiewki i choć nadal twierdzę, że to nie do końca moja kulinarna bajka, to mogę powiedzieć, że te serwowane w bistro Rzymianka były smaczne. Podobało mi się, że górne partie sakiewki były chrupiące, a śmietanowo - szparagowe wnętrze przyjemnie komponowało się z bardziej miękką częścią ciasta. Najsłabszym elementem dania był sos kurkowy. Może zwyczajnie brakowało w nim świeżych grzybów. Najsmaczniejsze okazały się tu natomiast białe szparagi z bułką tartą podsmażona na maśle. Ot co. Na koniec spróbowaliśmy solidnej porcji dobrego ciasta drożdżowego, a wszystko popiliśmy słodko – kwaskowym kompotem z rabarbaru.

Całość wspominam przyjemnie. Można byłoby oczywiście przyczepić się do kilku rzeczy, ale biorąc pod uwagę bardzo atrakcyjną cenę za smaczny i sycący posiłek w centrum miasta, który wychodzi naprzeciw sezonowym trendom i naszym lokalnym specjałom, to wprost nie wypada powiedzieć nic złego. No może napiszę tylko tyle, że życzyłabym sobie jeszcze więcej szparagów.

PS W trakcie posiłku przyszło nam słuchać albumu "3" Andrzeja Smolika. Poziom głośności w najmniejszym stopniu nie zakłócał swobodnej rozmowy.

Jedzenie: 4-
Obsługa: 4
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4+


ON:
Od dobrych kilku lat przechodząc alejami Marcinkowskiego zwracała moją uwagę szczególna atencja z jaką Hotel Rzymski podchodził do tematu szparagów. Choć w trakcie sezonu są one zapewne dostępne w wielu poznańskich restauracjach, to obudzony w środku nocy, nie zawahałbym się ani sekundy, który lokal polecić miłośnikowi tychże warzyw. Wszystko to mimo, że nigdy wcześniej tam nie jadłem, a skojarzenia opierałem jedynie na sugestywnym oflagowaniu hotelu oraz ekspozycji certyfikatu Polskiego Związku Producentów Szparaga. Po przekroczeniu progu szybko upewniłem się, że nie są to czcze symbole, Teraz już wiem na 100%, że w maju i czerwcu Hotel Rzymski szparagami stoi. Z 37 dań w głównej karcie menu, aż 22 zawiera w swojej nazwie odmianę słowa "szparagi". Do tego dochodzi szparagowy zestaw degustacyjny (w cenie 65 zł/osobę), a także szparagowy lunch, na który się zdecydowaliśmy. Oferta lunchowa dostępna jest od poniedziałku do piątku w godz. 12:00 – 17:00 (w cenie 23 zł/osobę). Składa się z zupy dnia, a także dania głównego (tygodniowa rozpiska znajduję się tutaj), przy czym do każdego zestawu kompot i ciasto dodawane są gratis.

Przyznam, że choć po przekroczeniu progu Bistro Rzymianka miałem mieszane uczucia, to dość szybko się przestawiłem i odkryłem uroki tego miejsca. Nie urażając bowiem nikogo, jest tam pewne echo Poznania lat osiemdziesiątych i choć trudno to nazwać, to łatwo zauważyć. Wystarczy jednak chwila na obserwację, ile pracy zostało włożone, aby to echo przytłumić, a od razu chcę się wspierać takie zaangażowanie. Duży plus należy się także za czystość i schludność, w jakiej możemy kosztować posiłek. Zasiedliśmy na wygodnych, obitych krzesłach przy jednym z dużych okien. Widok na aleje byłby wręcz idealny, gdyby nie trochę za nisko opuszczone firanki. Piątkowy lunch składał się z kremu pomidorowego z zielonymi szparagami, szparagowych sakiewki z kurkami w śmietanie, ciasta drożdżowego oraz kompotu z rabarbaru. Krem był bardzo aksamitny, lekko słonawy i w smaku bardzo podobny do tego serwowanego w Donatello. Porcja była tylko mniejsza, za to dodatek w postaci lekko chrupiących zielonych szparagów al dente był czymś, co pozytywnie wyróżniało tę zupę. Przechodząc do dania głównego, warto zauważyć, że podane zostało w sposób bardzo estetyczny i chyba nikt by się nie domyślił, że mamy do czynienia z lunchem za 23 złote. Dwie duże sakiewki (chrupiące od góry, a delikatne od dołu) zawierały w sobie drobne kawałki białych szparagów w sosie śmietanowym. Z zewnątrz sakiewki były otoczone sosem kurkowym i przyozdobione czterema kawałkami białych szparagów, bułką tartą i plasterkiem melona. Jak dla mnie największym specjałem były wspomniane 4 kawałki szparagów przygotowane na sposób al dente i z chęcią skosztowałbym dania, który byłoby przyrządzone wyłącznie z nich. W kwestii sakiewek przyznać trzeba, że porcja jest sycąca, jednak nadzienie było dla mnie zbyt delikatne, a kurki w sosie lekko gorzkawe. Przyznam jednak, że najsłabiej było na końcu. Ciasto drożdżowe było na tyle suche i bez wyrazu, że poprzestałem na jednym kawałku. Sytuację ratował za to bardzo smaczny kompot z rabarbaru. Ostatecznie przyznaję 4 za zupę, 4- za sakiewki oraz 3- za deser.

Moje podsumowanie szparagowego lunchu będzie krótkie - świetny pomysł, widać starania, ale mogłoby być lepiej z realizacją, w związku z czym warto dopracować niuanse. Odbiegając jednak na koniec od lunchu, nadmienię, że z przyjemnością spróbowałbym kilku pozycji z głównego menu na czele z carpaccio z polędwicy wołowej na marynowanych szparagach. Jednak na lody szparagowe jestem za mało odważny ;)

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 4


KOSZTORYS: 2 x Szparagowy lunch (2 x zupa dnia, 2 x szparagowe sakiewki z kurkami w śmietanie, 2 x ciasto, 2 x kompot) - 46 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.88

ADRES: Poznań, al. K. Marcinkowskiego 22 (Hotel Rzymski)
INTERNET: www.hotelrzymski.pl/restauracje

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...