wtorek, 10 sierpnia 2010

MIELŻYŃSKI wine bar - Grand Cru

Degustacje organizowane u Mielżyńskiego mają zwyczajowo podobny przebieg. Nie jest to z naszej strony żaden zarzut, a wręcz przeciwnie, bowiem zbliżony charakter spotkań gwarantuje pewną swobodę uczestników. Sama impreza odbyła się 25 czerwca, niemniej w związku z tym, że szerszy opis wcześniejszej degustacji pojawił się całkiem niedawno, tym razem będzie krótko i z poślizgiem...

PS Opis naszej kulinarnej wizyty u Mielżyńskiego znajdziecie tutaj.


ONA:
Ostatnia degustacja z cyklu Sound of Wine była prawdziwą gratką. Tym razem mieliśmy okazję spróbować win Grand Cru, czyli mówiąc prościej win z Ligi Mistrzów (określenie „ekstraklasa” byłoby w tym wypadku jak policzek). Żeby nie było wątpliwości, całkowicie zgadzam się z opinią, iż aby w pełni docenić wina z wyższej półki, potrzeba pewnych kompetencji smakowo - konesersko - degustacyjnych i nie będę udawać, że takowe posiadam (nawet jeśli nieustannie dokształcam się w tej materii). Wlewanie tych zacnych trunków w moje gardło laika było zapewne świętokradztwem, ale i tak cieszę się niezmiernie, że dane mi było wypróbować Pouligny-Montrachet (Domaine Jean Chartron), które już od ponad roku obserwowałam, przy okazji każdej wizyty u Mielżyńskiego. Obserwowałam, wzdychałam i zastanawiałam się, czy aby dla mnie nie za drogo i czy już jestem na nie gotowa. Szczęśliwie, obie te wątpliwości zupełnie nie miały znaczenia w przypadku wydarzenia, o którym mowa. Bardzo się cieszę, że tam byłam, bo już nie muszę wzdychać do nieznanego (żeby oczywiście zacząć wzdychać do znanego). I choć prezentowano bardzo wiele wybornych win, to właśnie ten biały burgund najbardziej utkwił mi w pamięci i to właśnie do niego podchodziłam dwa razy. Przyznam też, że na degustacji kolejny raz uległam swojemu skrzywieniu frankofilskiemu. Mówcie co chcecie, nawet jeśli to w chwili obecnej niemodna opinia, ja francuskie wina nadal uważam za najlepsze! Słowem zakończenia dodam jeszcze, że degustację zakończył koncert Wawrzyńca Praska (spotkanie z muzyką Chopina).


ON:
Uznałem a priori, że degustacja Grand Cru, będzie doskonałą okazją, aby spróbować kilkanaście win z wyższej półki, na które najzwyczajniej w świecie nie byłoby mnie stać w normalnych warunkach. Nie pomyliłem się w założeniach, bowiem choć ceny kilku przeznaczonych do degustacji butelek zaczynały się już od 80 zł, to znaczna ich cześć dochodziła do 300 zł. Smaku wina nie można co prawda pieniędzmi wycenić, niemniej zważywszy, że każdy z dziewięciu producentów prezentował dwa różne wina, a kieliszek to 1/8 butelki (w normalnych warunkach 1/5, niemniej degustacja, to degustacja), to koszt tej winnej podróży poprzez Francję, Hiszpanię, Portugalię, Włochy i Argentynę, wyniósłby około 430 zł. Jednak dzięki Panu Robertowi Mielżyńskiemu oraz jego pasji zaszczepiania kultury wina, zarówno ja, jak i około setka przybyłych gości, mogliśmy zupełnie za darmo kosztować w promieniach słońca najlepszych win, takich producentów jak:

- Chateau Kirwan
- Chateau Phelan Segur
- Domaine de Chevalier
- Maria Caterina Dei
- Agricola Tededeschi
- Siro Pacenti
- Quinta Vale D.Maria
- Bodegas Roda
- Cuvelier Los Andes


Magia degustowanego wina była nieziemska, przy czym zabrakłoby mi miejsca oraz środków wyrazu, abym mógł tutaj w pełni opisać odczucia towarzyszące każdej napoczynanej butelce. Wspomnę jedynie, że moim osobistym trofeum była butelka Brunello di Montalcino, na które polowałem od dawna, a które piłem po raz pierwszy. Ciekawostką, o której warto wspomnieć była również degustacja dwóch gatunków oliwy Dauro, przy stoisku win Bodegas Roda. Pominąć nie da się też gościnności pobliskiego sklepu Bilbelou Interiors, gdzie czekały na nas przekąski w postaci sera Grana Padano, ciasteczek cantuccini oraz tarty owocowej. Na koniec pożalę się tylko, że ilekroć Mielżyński organizuje swoje degustacje, to pełen zapału opowiadam bliższym i dalszym znajomym, jak fajnie tam jest i proponuję wspólny wypad lub spotkanie na miejscu. Coś jednak nie wierzą ani w to wino, ani w moje słowo, bowiem zawsze znajdzie się tuzin wymówek (ostatnio m.in.: kino, mecz, wyjazd, lekarz, kac) i ostatecznie wyruszamy tam w bardzo okrojonym składzie. Tym razem była nas trójka, co i tak uważam za sukces, względem ostatniej degustacji, ale naprawdę mam nadzieję, że przy następnej okazji urządzimy mały, towarzyski desant na Stare Koszary ;)


KOSZTORYS: wstęp wolny

ADRES: Poznań, ul. Wojskowa 4 (Stare Koszary)
INTERNET: www.mielzynski.pl

Bookmark and Share

piątek, 6 sierpnia 2010

HUGO restaurant / ocena 4.66

Hugo to kolejna restauracja, którą obserwowaliśmy niemalże od samego początku. Nawet wcześniej - śledziliśmy już ją na etapie remontu sali, za każdym razem kiedy wracaliśmy ze sklepu z winami. Po otwarciu zajrzeliśmy tam 2-3 razy żeby sprawdzić menu, które zmienia się ponoć sezonowo, a także poczuć atmosferę miejsca. Za każdym razem rozmawialiśmy z uprzejmą osobą z obsługi, która bardzo chętnie informowała o wszelkich nowościach i promocjach. Teraz przyszła kolej na właściwą wizytę :)


ONA:
Potrzeba kilkakrotnego sprawdzenia lokalu nie wynikała bynajmniej z wątpliwości jakie tenże miałby we mnie budzić. Tak samo jak w przypadku L’Heroine miałam jednak chęć zebrania garści informacji o nowym miejscu. Zdarzają mi się momenty olśnienia, kiedy do restauracji trafiam przypadkiem i to właśnie strzał w dziesiątkę, ale zdarzają się również wyjścia (i te lubię równie mocno) do których przygotowuję się jakiś czas. I tak dowiedziałam się, że właścicielka Hugo miała wcześniej Czerwony Fortepian (w którym nigdy nie byłam i w sumie nigdy też nie wybierałam się). A w Internecie przeczytałam, że szef kuchni wyznaje zasadę „respect for food” i planuje zmieniać menu zgodnie z porami roku, tak aby przygotowywać dania wyłącznie ze świeżych składników. Teoretycznie nie wyobrażam sobie lepszej rekomendacji.

Kilka słów o wnętrzu. Dwa pierwsze, które narzucają się same to przestrzeń i estetyczny minimalizm. Wieje stąd chłodem i spokojem. Szczerze mówiąc mi taka oszczędność środków wyrazu odpowiada. Ściany pokryte białą farbą, spod której wyziera faktura cegieł, czarne meble i lampy, beżowe krzesła – trudno zapamiętać więcej elementów. Bardziej formalny charakter wnętrzu nadają białe obrusy, a prosta, elegancka szafa wypełniona winami sugeruje, że mamy do czynienia z restauracją próbującą zająć miejsce wśród tych wykwintniejszych. Wydzielono tu również przestrzeń, z której obserwować można zmagania kucharzy (i tu właśnie usiedliśmy). Ta część jest siłą rzeczy bardziej nieformalna i swobodniejsza, choć to oczywiście rzecz dyskusyjna, bo tak jak przeszklona ściana umożliwia nam obserwację kucharzy, tak i kucharze mogą również obserwować swoich gości.

Szczegółowy przegląd menu dostępnego na stronie internetowej miałam już za sobą, dlatego niemalże od samego początku wiedziałam na co się zdecyduję. Pozostała tylko kwestia wina. I tu zaskoczenie, bo dla tych mniej zdecydowanych samo menu sugeruje stosowne do dania wino. Drugie zaskoczenie było takie, że cena trunku nie przyprawiała o chwilowe palpitacje serca. 9 złotych za kieliszek umożliwia dobranie różnych win do każdego z zamówionych dań. Z menu wybrałam chłodnik litewski, łososia sous vide na młodych warzywach i jabłkowo - orzechowe parfait na deser. Dzień w którym odwiedziliśmy Hugo nie należał do najbardziej upalnych, ale nie przeszkadzało mi to wyborze zimnej zupy (nota bene ciepłej w propozycjach nie było). Była to klasyka gatunku, no i ten piękny, soczysty kolor. W zasadzie nie mam żadnych zastrzeżeń. Mogę tylko powiedzieć, że zupa była niezwykle gęsta – nie jest to jednak ocena wartościująca, a raczej opisowa (lubię i te rzadkie i te gęste chłodniki). Na plus liczę ciekawie podane jajka przepiórcze, posypane pyłkiem z buraków (czego nie widać na zdjęciu). Dalej przyszedł czas na drugie danie. Szczerze mówiąc na samego łososia nie miałam specjalnej ochoty, mam wrażenie, że ta ryba to już troszeczkę zgrany temat i niczym nie jest mnie w stanie zaskoczyć. Kusiło jednak „sous vide”, które zgodnie z francuskim źródłosłowem polega na gotowaniu z wykorzystywaniem metody próżniowej. Mój łosoś ugotowany w 55 stopniach, był rzeczywiście inny niż wszystkie, które jadłam dotychczas. Delikatny, bardzo soczysty, w strukturze ocierający się o surowość, jednak smak nie pozostawiał wątpliwości, że mięso poddano obróbce termicznej. Wrażenia jak najbardziej pozytywne. Porcję ryby ułożono na liściach zblanszowanego szpinaku i udekorowano młodymi, gotowanymi warzywami (rzodkiewka, buraki, marchewka, ziemniaki, cukinia). To wszystko podlane zostało bardzo subtelną cytrynową emulsją. W zestawieniu tym na uwagę zasługiwały również gotowane warzywa, które mimo swej delikatności przyjemnie chrupały, dając wrażenie jędrności i świeżości. Danie bardzo mi smakowało. Nie poleciłabym go jednak tym, którzy gustują w potrawach pikantnych i smażonych. Ci właśnie, mogliby uznać to danie za jałowe i (o zgrozo!) dietetyczne. Przyznam, że ja czułam się niezwykle dobrze i lekko, po idealnej porcji ryby i warzywach, które wprost uwodziły ulotnym smakiem. Całość popiłam kieliszkiem wytrawnego chenin blanc. I choć nie jest to mój ulubiony szczep (o czym wspominałam już zdaje się a propos recenzji restauracji Fusion) to wino sugerowane przez kartę Hugo było do wypicia. Dalej przyszedł czas na deser - jabłkowe parfait z orzechami laskowymi i jabłkową granitą. To również propozycja na upalne lato, ale to właśnie ten deser wydawał mi się najciekawszy z karty. Parfait przypominało konsystencją chałwę, natomiast gruboziarnista granita była niezwykle ożywcza i zaskakująca w smaku. I o ile mi to zaskoczenie odpowiadało, o tyle osoba nam towarzysząca była nim troszeczkę rozczarowana. Otóż w granicie wyczuć można było wyraźną nutę selera naciowego. Bynajmniej mi to nie przeszkadzało, a stanowiło ciekawy smaczek (nawet mimo to, że od dawna chodzę z łatką deserowego pożeracza jabłeczników, ciast czekoladowych i creme brulle). Do deseru podano nam wino z tej samej winnicy, ale w wersji półsłodkiej. Było na podobnym poziomie co poprzednik i też ze względu na niego nieco monotonne. Jedzenie do stołu dostarczały nam dwie miłe Panie, z których jedna, obsługująca nas od samego początku, była niezwykle rozmowna, choć potrafiła zachować stosowny dystans oraz chętna do pomocy, choć jednocześnie nienachalna. Jak najbardziej na plus. W idealnym świecie powinna być odrobinę lepiej zorientowana w składnikach poszczególnych dań. Jednak brak tych wiadomości niezwykle chętnie i bez mrugnięcia okiem uzupełniała u kucharzy. Wyjaśnię przy tym, że w Poznaniu póki co nie spotkałam jeszcze w pełni zorientowanego w tym temacie kelnera. Wśród nich mogę jednak wyróżnić takich, którzy chętnie przynoszą informację zwrotną wprost od szefa kuchni (i do nich właśnie zaliczała się owa Pani) oraz takich, którzy na moje pytanie wzruszają tylko bezradnie ramionami. Poza kelnerką, równie mocno starali się obserwowani przez nas kucharze, którzy byli radośni i uśmiechnięci od ucha do ucha, nawet w trakcie wykonywania najbardziej niewdzięcznych czynności kuchennych (czyt. obieranie ziemniaków i krojenie cebuli).

Zdaję sobie sprawę, że jest to jedna z dłuższych, napisanych przeze mnie recenzji (i niewielu dotarło do tego momentu, jeśli w ogóle ktoś), ale też ciekawych (przynajmniej dla mnie) obserwacji poczyniłam wiele. Przychodzi czas na podsumowanie. I tu mam problem. Z Hugo (okropna nazwa) wyszłam w dobrym nastroju, a jedzenie bardzo mi smakowało (zapomniałam pozachwycać się nad pięknym podaniem z nowoczesnym twistem). Pozytywnie zaskoczyła mnie też polityka cenowa w kwestii win (nie chodzi o to, że za 9 zł podano nam wino wybitne, zaproponowano nam jednak coś zdecydowanie smaczniejszego i uczciwszego niż 15 zł za kieliszek „fresco”), ale pozostał niedosyt. Sama nie wiem, czym spowodowany. Wnętrze trochę przeraża powierzchnią (być może lepiej sprawdziłaby się jakaś dwustrefowa przestrzeń – lunchowa i kolacyjna), brakowało mi w nim również większej liczby klientów (pewnie to kwestia godziny – byliśmy w okolicach 16), ale też sam formalny charakter sprawił, że restauracja ta będzie mi się kojarzyć z jakąś specjalną okazją (i właśnie jako takie miejsce będę Hugo polecać), aniżeli szybką kolacją w ciągu tygodnia. Przynajmniej tak ustaliliśmy po wszystkim, siedząc i debatując nad butelką wina u Mielżyńskiego, kiedy przed oczami przemykał nam Artur Wichniarek, a my jeszcze wierzyliśmy, że pogoni Spartę.

Jedzenie: 5
Obsługa: 5-
Wystrój: 5-
Jakość do ceny: 4+


ON:
Hugo to obszerna, przestronna, nowoczesna, minimalistyczna, elegancka, a za razem surowa restauracja. Takie przynajmniej miałem odczucie po przekroczeniu jej progu i tak też widzę ją teraz, gdy piszę te słowa. Hugo jest również (a przynajmniej bywa) restauracją opustoszałą. Pozwalam sobie na takie stwierdzenie, gdyż podczas naszej wizyty przechodnie zerkali z ciekawości przez okna, cześć nawet wchodziła na szybki rekonesans, ale i tak summa summarum byliśmy jedynymi gośćmi lokalu. Znam świetnie ten mechanizm, bowiem ilekroć tamtędy przechodziliśmy, sami zerkaliśmy z ciekawości, dwa razy nawet weszliśmy do środka, aby obejrzeć menu, ale ostatecznie i tak się wycofywaliśmy. Każdorazowo tłumaczyliśmy sobie ten fakt brakiem czasu, okazji lub gotówki. Jednak podświadomie mógł to być strach przed nieznanym. Widzimy bowiem elegancką i pustą restaurację i gdzieś tam w środku zadajemy sobie pytanie - dlaczego nikogo nie ma? Mimowolnie nasuwają się sceptyczne podpowiedzi naszego układu obronnego - że może strasznie drogo, że może niesmacznie, że pewnie porcje minimalne, albo co gorsza - wszystko to razem wzięte.

Jesteśmy jednak samozwańczymi eksploratorami poznańskich restauracji i mniej lub bardziej świadomie postanowiliśmy przerwać ten zamknięty krąg wyobrażeń. Wybraliśmy się zatem w nieznane (tym razem w trójkę), a ja podskórnie przeczuwałem, że albo będzie bardzo dobrze, albo słabo. Pewny byłem tylko tego, że nie może być nijako. Skąd to przeświadczenie? Jeżeli restaurator nie ma nic do ukrycia i stawia na tak oryginalny pomysł, jak kuchnia za przeszkloną ścianą, zza której obserwować możemy każdy krok kucharzy, to musi być bardzo pewny swego. Jeżeli w dodatku wita nas na stronie internetowej swoim słowem, twarzą i nazwiskiem, to tym bardziej nie mam wątpliwości, że jest bardzo pewny swego. Oczywiście jeżeli się myli, to może być słabo, ale skoro podejmuje wyzwanie i ryzykuje, to nie może być nijako.

Jaki stolik wybraliśmy? Oczywiście ten tuż przy kuchennej szybie (niestety są tylko dwa takie) i był to strzał w dziesiątkę (ale o tym za chwilę). Bardzo uprzejma Pani kelnerka wręczyła nam eleganckie, przejrzyste, zaledwie kilku stronicowe menu z którego zamówiłem gazpacho, tatar wołowy oraz karkówkę z grilla. Dwa aspekty karty menu zaciekawiły mnie szczególnie - sezonowość dań oraz kwestia win. Sama, idea sezonowych dań jest ogólnie bardzo ciekawa i godna uznania, jednak w Hugo znalazłem lukę, wobec moich preferencji. Mimo, że jest sierpień i zdarzają się upały, to nic nie poradzę, że na pierwsze danie lubię zjeść ciepłą zupę. Niestety tutaj wybierać mogłem jedynie pomiędzy dwoma chłodnikami. Wzorcowo za to rozwiązano kwestię doboru wina. Odstąpiono od przepastnej karty win, która bardziej wpędza w zakłopotanie (zarówno cenami, jak i dokonaniem właściwego wyboru), niż pomaga. W zamian za to, pod każdym daniem w menu znajdują się dwie propozycję, odpowiednio już wyselekcjonowanego do danej potrawy wina. Pierwsza z propozycji dotyczy zawsze pojedynczego kieliszka i jest to propozycja bardzo rozsądna cenowo (9 zł), a druga dotyczy każdorazowo butelki i są to już wina z trochę wyższej półki (ponad 100 zł).

Pani kelnerka doradziła nam w kilku kwestiach, rozwiała kilka naszych wątpliwości, przyjęła zamówienie i teoretycznie zniknęła za drzwiami kuchennymi. Tyle jednak teorii, bowiem w praktyce widzieliśmy ją nadal - zza szyby, jak referuje szefowi kuchni zamówienie, a ten rozdziela zadania na cały zespół. Maszyneria ruszyła, a my nie odrywaliśmy wzroku od tego co się tam dzieje. Gdy dojrzałem trzy szklaneczki wypełniane czerwonym płynem, wpadłem w konsternację, co to takiego i czy możliwe, że to tak oryginalnie podawane gazpacho?! Gdy szklaneczki dotarły na stół, Pani kelnerka szybko wyjaśniła, że to aperitif w postaci schłodzonego consomme (klarownego wywaru) z papryki, który okazał się niezwykle esencjonalny i bardzo smaczny. Następnie podano mi gazpacho z mięsem kraba pośrodku. Dodatek był pyszny i delikatny, ale z oceną samego gazpacho mam mały problem, gdyż nie wiem, jak powinno smakować to właściwe. Jadłem gazpacho dotychczas tylko dwa razy w życiu (w poznańskich - La Passion du Vin i SPOT. ) i nadal błądzę we mgle. Jeżeli jednak mam wybierać z tej trójki, to zdecydowanie najlepsze było to serwowane w La Passion du Vin, a najsłabsze to w SPOT. Wersja Hugo plasuje się więc pośrodku, choć tak, jak krab był na plus, tak na minus przeszkadzała mi konsystencja zupy, a właściwie wrażenie, że w środku pływają liczne drobinki lodu. Następnie pieczołowicie układano w kuchni coś na kształt jajka na soli morskiej i szczerze mówiąc dopiero, gdy Pani kelnerka postawiła je przede mną, zrozumiałem, że to przystawka do tatara, który został pięknie podany chwilę później. Samo mięso wołowe było niesamowicie świeże, dobrze zmielone/posiekane i wręcz przepyszne. Oprócz wspomnianego jajka były też dodatki w postaci pokrojonego drobno ogórka, cebuli, grzybów i musztardy francuskiej. Domówiłem także pieczywo (szkoda, że odpłatnie), a właściwie bułeczkę z pieczonymi pomidorami w środku oraz designersko podanym masłem. Nieskromnie powiem, że zestawione do tatara portugalskie wino (Casa de Santa Vitoria Alentejo) świetnie się z nim komponowało, potwierdzając niejako słuszność moich wcześniejszych rozważań. Przyszła jednak pora na danie główne, czyli nową wersję karkówki z grilla z puree ziemniaczanym z dymką i sosem tymiankowym. Z perspektywy czasu przyznaję przy tym, że zamieniłbym tę karkówkę na jeszcze jedną porcję tatara. Nie wychwyciłem bowiem, na czym polegała nowość tejże wersji i nie doceniłem zbytnio ani puree (ładnie wyglądało, ale nie zaskakiwało smakiem), ani mięsa (jak dla mnie za dużo niewytopionego tłuszczu między włóknami). Bardzo za to ujął mnie ten jasny mus, który zobaczyć możecie na ciemnym sosie, po prawej stronie talerza. Wszyscy go próbowaliśmy, smakowaliśmy po drobinie, każdy z nas znał ten smak, ale nikt nie umiał go wskazać. Pani kelnerka, choć też nie znała odpowiedzi, udała się do szefa kuchni, który wyjaśnił, że mamy do czynienia z puree cebulowym. Moim zdaniem był to prawdziwy majstersztyk cebulowy! W kwestii ocen, ostatecznie przyznaję zatem 4 za gazpacho, 5+ za tatar wołowy oraz 4 za karkówkę z grilla.

Tak jak rozumiem, że można do restauracji Hugo nie wejść wcale lub się z niej wycofać, tak polecam do niej wrócić, pozostać i skosztować oferowanych specjałów. Nie ważne - czy dopiero wtedy, gdy zdarzy się szczególna okazja, gdy będzie więcej funduszy lub, gdy ciekawość nie da Wam już spokoju - ważne by w końcu to zrobić. Ja przynajmniej wróciłem, pozostałem, skosztowałem i nie żałuję. Każda historia jest jednak inna, a ja jestem ciekaw tej Waszej :)

Jedzenie: 4+
Obsługa: 5-
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4+


POST SCRIPTUM:
Hugo rozbudziło nas pod względem wina i już kilka minut po wyjściu, siedzieliśmy u Mielżyńskiego (zaledwie 100 m dalej) przy butelce Chardonnay de Pennautier w cenie 32,5 zł (na miejscu).


KOSZTORYS DLA 3 OSÓB:
Pieczywo - 2,5 zł.
2 x chłodnik litewski z jajkiem przepiórczym - 30 zł.
Gazpacho - 16 zł.
Klasyczny tatar wołowy - 38 zł.
Łosoś gotowany sous - vide w 55 Stopniach Celcjusza, młode warzywa, emulsja cytrynowa - 45 zł.
Nowa wersja karkówki z grilla, puree ziemniaczane z dymką, cebula, sos tymiankowy - 40 zł.
Smażony filet z dorady, prowansalskie warzywa, dressing z Anchovy - 55 zł.
2 x jabłkowe parfait, orzechy włoskie, granita z czerwonych jabłek - 32 zł.
Simonsig Chenin Blanc 0,15 x 2 - 18 zł.
Simonsig Franciskaner 0,15 x 2 - 18 zł.
Casa de Santa Vitoria Alentejo 0,15 - 9 zł.
Suma: 303,5 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Pieczywo - 2,5 zł.
Chłodnik litewski z jajkiem przepiórczym - 15 zł.
Gazpacho - 16 zł.
Klasyczny tatar wołowy - 38 zł.
Łosoś gotowany sous - vide w 55 stopniach Celcjusza, młode warzywa, emulsja cytrynowa - 45 zł.
Nowa wersja karkówki z grilla, puree ziemniaczane z dymką, cebula, sos tymiankowy - 40 zł.
Jabłkowe parfait, orzechy włoskie, granita z czerwonych jabłek - 16 zł.
Simonsig Chenin Blanc 0,15 - 9 zł.
Simonsig Franciskaner 0,15 - 9 zł.
Casa de Santa Vitoria Alentejo 0,15 - 9 zł.
Suma: 199,5 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.66

ADRES: Poznań, ul. Wojskowa 4 (Stare Koszary)
INTERNET: www.hugorestaurant.pl

Bookmark and Share

piątek, 30 lipca 2010

WOK TO WALK / ocena 3.78

Część restauracyjna w Galerii Malta kusi bogactwem małych lokali gastronomicznych, których oferta obejmuje dania lekkie, klasyki fast food, azjatyckie specjały oraz bardziej tradycyjne posiłki. My sami mieliśmy już kilka podejść do maltańskich lokali, ale nigdy wcześniej nie zabraliśmy ze sobą aparatu. Dlatego też pierwszą recenzję z bodajże najmłodszego, poznańskiego centrum handlowego publikujemy dopiero teraz.


ONA:
Każdy, kto choć raz stołował się w Galerii Malta wie, że próżno w tym wypadku silić się na kwieciste opisy wnętrza. Małe restauracyjki ustawione są tu w równym szeregu (poza kilkoma wyjątkami), naprzeciw ogromnych okien, z których rozpościera się widok na jezioro Malta. Tuż przy oknach ustawione zostały rzędy identycznych, białych stolików przedzielonych gdzieniegdzie swoistymi „zasiekami” z zieleni. Jedynym bardziej oryginalnym akcentem są tu nowoczesne lampy w przyjemnych kolorach, zawieszone w regularnych odstępach nad stolikami. Ten wizualny ascetyzm rekompensuje jednak widok na jezioro, co potwierdza fakt, że najchętniej zajmowane miejsca, to właśnie te usytuowane wzdłuż okien.

Wok to Walk (szczerze mówiąc w myślach zawsze przekręcam tę nazwę na Walk to Wok) wyróżnia się w tym długim szeregu szybą oddzielającą przestrzeń kuchni, od przestrzeni zajmowanej przez klientów stojących w kolejce. Za tą szybą możemy obserwować zmagania mistrza woka z wybranymi przez klientów daniami. Wszystko idzie naprawdę sprawnie i szybko. Najpierw na woku ląduje trochę oleju, czosnek, później jajko, które w trakcie ścinania się sprawnym ruchem rozdzielane jest na mniejsze kawałki, dalej wybrane dodatki oraz sos. Po wszystkim szybkie mycie woka i widowisko zaczyna się od początku. Zasady są proste, w pierwszym kroku wybieramy makaron lub ryż, w drugim tofu/warzywa/krewetki lub mięso, a w trzecim sos (od łagodnego po całkiem pikantny). W myśl tej zasady wybrałam makaron pełnoziarnisty, krewetki oraz sos curry kokosowe (do tego standardowo dodawany jest także skromny zestaw warzyw). To wszystko usmażone i podrzucone kilkoma sprawnymi ruchami ląduje w papierowym pojemniku, dokładnie takim, jaki w czasach dzieciństwa oglądałam w amerykańskich filmach, których bohaterowie zamawiali „chińszczyznę”. Wydawało mi się wtedy, że takie pudełko tu synonim lepszego, niedostępnego świata, teraz wiem, że to wyjątkowo nieporęczna alternatywa w stosunku do zwykłego talerza lub miseczki. Pomijając kwestię pojemnika, samo dania było smaczne. Wolałabym wprawdzie większe krewetki i więcej warzyw (w przypadku warzyw była taka opcja, jednak każdy dodatek, to kolejne kilka złotych i bardzo łatwo skomponować danie na poziomie cenowym regularnej restauracji), ale reszta składników nie dawała powodów do narzekań. Danie zostało oznaczone w menu dwoma płomieniami i rzeczywiście za sprawą smacznego sosu było dość pikantne. Zauważyłam również, że w moim kubełku znalazła się zdecydowanie najmniejsza z zamówionych trzech porcji. Jest to zapewne wynikiem odmierzania składników „na oko”, jednak idę o zakład, że niektóre osoby mogłyby poczuć się rozczarowane. Spróbowałam również łyżkę zupy z mleczkiem kokosowym. Łagodny płyn był smaczny, choć niewątpliwie raziło to, że został podany w temperaturze pokojowej. O obsłudze mogę powiedzieć niewiele, gdyż nasz kontakt z osobami pracującymi w barze ograniczył się do złożenia zamówienia i spokojnej obserwacji tego co dzieje się za szybą. Musieliśmy sprawiać wrażenie dość zaciekawionych całym procesem przygotowania dania, gdyż kucharz powiedział, że teraz specjalnie dla nas zaprezentuje kilka sztuczek. Sztuczki przykuwały wzrok, niestety aparat nie chciał uwiecznić żadnego z bardziej spektakularnych momentów, kiedy np. ogień buchał wysoko ponad głowę kucharza (zawsze lepiej obwiniać aparat ;)).

Podsumowując, w tym wypadku dość ciężko ocenić wystrój oraz obsługę, choć niewątpliwie propozycja "pokazu" była ujmująca. Niewygodne kubki to też raczej kwestia wyboru baru szybkiej obsługi, a nie restauracji. Niewątpliwym atutem jest to, że niemalże cały proces przygotowywania dania odbywa się na naszych oczach. Stąd osoby, które drżą na myśl o tych wszystkich legendach miejskich traktujących o płynach ustrojowych, które znalazły były się w daniach serwowanych w niektórych restauracjach, będą tutaj czuły się znacznie pewniej. Bez wątpienia, odwiedzając w przyszłości Galerię Malta jeszcze nie raz skuszę się na Wok to Walk, ale za najlepsze szybkie, azjatyckie dania nadal będę uważała te serwowane w Fast Woku.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4-


ON:
Każdy kto ustawi się się w kolejce do Wok to Walk ma możliwość kompozycji własnej potrawy, dokonując wyboru w trzech krokach. Przyznać jednak muszę, że nie od razu było to dla mnie takie oczywiste i kilka dobrych sekund upłynęło nim połapałem się w tym zamyśle i jego kolejności. Pierwszy krok kosztuje zawsze 11,9 złotych i jest to wybór między makaronem (jajecznym, pełnoziarnistym lub ryżowym), ryżem (białym lub pełnoziarnistym), a warzywami z woka. Drugi krok, to wybór dodatków w cenie od 3 do 6 złotych, na których paletę składają się mięsa (kurczak, wołowina lub wieprzowina), krewetki, rozmaite warzywa, grzyby shiitake, pieczarki i orzechy ziemne. Trzeci, a zarazem ostatni krok, to gratisowy wybór sosu (teriyaki, słodko-kwaśny, curry kokosowe, pikantny, ostrygowy, czosnek i czarny pieprz lub fasola i soja). W sumie jest zatem 589 możliwości i być może właśnie to bogactwo tłumaczy obsługę, która nie umiała odpowiedzieć mi na proste pytanie - "Co Państwo polecacie?". Dowiedziałem się jedynie, że wszystko jest dobre i wszystko zależy co lubię. Ostatecznie wybrałem "na czuja" makaron jajeczny, wołowinę i sos pikantny. Domówiłem również zupę dnia oraz półlitrową butelkę Cherry Coke, która miała mnie uchronić przed trzema płomieniami, jakie w menu znajdują się obok sosu pikantnego.

Po złożeniu zamówienia zazwyczaj siadamy przy stoliku i oczekujemy na zamówione dania. W Wok to Walk było inaczej. Z zaciekawieniem bowiem obserwowaliśmy, jak za szybą w oka mgnieniu powstają nasze potrawy. Trudno to opisać, niemniej sprawność z jaką kucharze posługują się wokiem jest iście imponująca. Ostatecznie zawartość woka ląduję w tekturowym pudełku, na plastikowej tacy w obecności drewnianych pałeczek i plastikowych sztućców, a my idziemy w kierunku otwartej przestrzeni konsumpcyjnej w poszukiwaniu wolnego miejsca. Właśnie ta przestrzeń, te kartoniki i te sztućce to najsłabsze punkty specyfiki Wok to Walk, które chcąc nie chcąc pozycjonują lokal bardziej jako jadłodajnię, niż restaurację. Oczywiście widzę zabiegi w postaci wprowadzonej roślinności, które miałby tę przestrzeń trochę ocieplić, niemniej efekt stołówki przy tych meblach i sztućcach jest nie do odczarowania. Tym co najbardziej rekompensuje nam sytuację jest jednak widok na jezioro maltańskie i panoramę części Poznania.

Nie jednak widok, ani sztućce są dla mnie najważniejsze w ocenie lokalu, a jedzenie. Zupa dnia (na mleczku kokosowym z kurczakiem, papryką i cebulą) była połączeniem mistrzostwa z niedbalstwem. W smaku bowiem świetna - wyrazista i pikantna, ale jednocześnie łagodna. W konsystencji lekko aksamitna. No prawie ideał (zapomnijmy na chwilę o plastikowym talerzyku). Jak jednak wiemy - prawie robi różnicę - a w tym przypadku była to różnica około 10 stopni Celsjusza. Chciałoby się bowiem zupy ciepłej, a dostaje się nie tyle lekko przestudzoną, co w ogóle nie podgrzaną. Inaczej było z makaronem. Ten był gorący, co akurat wcale mnie nie zdziwiło, gdyż na własne oczy widziałem, jak wokół niego buchał żywy ogień. Muszę przy tym przyznać, że smaki mają tutaj bardzo ciekawe, głębokie i wcześniej mi nieznane. Widać też, że wprawne ruchy wokiem przekładają się wprost proporcjonalnie na idealne wymieszanie składników oraz obtoczenie sosem zarówno mięsa, makaronu i warzyw. Drugi raz wybrałbym co prawda sos curry, zamiast pikantnego, bowiem mimo łapczywie pitej zimnej coli, z czoła musiałem wycierać krople potu, które powodowała pikantność trzeciego stopnia. Lubię jeść ostro, ale trzy płomienie Wok to Walk to dla mnie zbyt wiele. Zastanowiłbym się też nad krewetkami zamiast wołowiny, bowiem były bardzo delikatne, a wołowina lekko zbita i ciężka. Ostatecznie przyznaję 3+ za zupę (2 za temperaturę, a 5- za jej smak) oraz 4+ za makaron z wołowiną.

Jak dowiedziałem się z ulotki, lokale Wok to Walk znajdują się m.in. w Nowym Jorku, Londynie, Barcelonie i Amsterdamie. Teraz przyszedł czas na Poznań i szczerze mówiąc cieszę się, że po zakupach lub kinie dostępna jest tutaj taka alternatywa posiłku. Z drugiego końca miasta może bym specjalnie nie jechał, ale chętnie zawitam ponownie przy okazji wizyty w Galerii Malta. W końcu zostało mi jeszcze do wypróbowania 588 pozycji z tutejszego menu :)

Jedzenie: 4
Obsługa: 3+
Wystrój: 3
Jakość do ceny: 4+


KOSZTORYS DLA 3 OSÓB:
Makaron pełnoziarnisty + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + wołowina + sos Hot Asia (pikantny) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Zupa dnia - 6 zł.
Sok Cappy 0,33 - 4,9 zł
Cherry Coke 0,5 - 4,9 zł.
Kawa z mlekiem - 4,5 zł.
Suma: 74 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Makaron pełnoziarnisty + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + wołowina + sos Hot Asia (pikantny) - 17.9 zł.
Zupa dnia - 6 zł.
Sok Cappy 0,33 - 4,9 zł
Cherry Coke 0,5 - 4,9 zł.
Suma: 51,6 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.78

ADRES: Poznań, ul. Abp. A. Baraniaka 8 (Galeria MALTA)
INTERNET: www.tpfood.pl

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...