O mieszczącej się niegdyś u zbiegu ulic Jaskółczej i Wrocławskiej pierogarni Stary Młyn słyszeliśmy niemal same superlatywy. Naturalne zatem, że lokal trafił na naszą listę miejsc do odwiedzenia. I choć ta uznana, toruńska marka zniknęła w tajemniczych okolicznościach z szyldu, to i tak miejscu można pojeść pierogi, tyle, że już nie w Młynie, a w Chatce Babuni.
Po wizycie, próbując wywiedzieć się coś więcej na temat przemianowania lokalu, trafiliśmy na artykuł w Głosie Wielkopolskim pt. "Był młyn a jest chatka, czyli wojna o pierogi".
ONA:
„Zawsze chciałem spotkać kogoś, kto je pierogi z wody” - tym dziwnym stwierdzeniem podsumował mój wywód o pierogach jeden ze znajomych. Wg. niego bowiem (i wszystkich znanych mu osób) jedynym słusznym sposobem na podanie pierogów jest odsmażenie ich na patelni, co spotkało się z moim zdziwieniem, a nawet sprzeciwem. Jak dotąd uważałam że odsmażanie jest ostatecznością, kiedy w twórczym szale zrobiliśmy tyle pierogów, że zmobilizowane siły całej rodziny nie dają rady spożyć tego dobra w jeden dzień. Menu z Chatki Babuni stoi raczej po stronie moich racji, bo choć można podsmażyć pierogi za dodatkową opłatą, to jednak królują te z wody i z pieca.
Wchodząc do środka spodziewałam się wnętrza typowo studenckiego. Określenie to nie jest rzecz jasna nacechowane negatywnie, kojarzy mi się raczej z przytulną, ciepłą, pełna gwaru knajpką. W pewnym sensie rzeczywistość pokryła się z moimi oczekiwaniami - średnia wieku gości na pewno oscylowała gdzieś pomiędzy 20-30, a mnóstwo drewnianych dodatków, przytłumione światło, mniejsze sale w zakamarkach oraz antresola na piętrze tworzyły całkiem bezpieczny zestaw. Po przekroczeniu progu natknęliśmy się na znak informujący o tym, aby właśnie w tym miejscu poczekać na obsługę. Czekaliśmy dość długo, ale nikt się nie zjawił, dlatego Marcin zagadnął kelnerkę, która przemykała w pobliżu z talerzami. Od tego momentu obsłudze nie mogłabym nic zarzucić. Mimo tłoku kelnerki bardzo sprawnie uwijały się pomiędzy stolikami, zawsze uśmiechnięte i gotowe do pomocy. Drugim zaskoczeniem in plus była łazienka, bo choć spodziewałam się że przy takiej liczbie klientów, kwestia czystości właśnie tam może zostać zepchnięta na dalszy plan, to jednak nic takiego nie miało miejsca.
Przyznam, że jak dla osoby, która odwiedziła Chatkę Babuni po raz pierwszy, menu było dalekie od intuicyjnego. Po opanowaniu tego elementu zamówiłam chłodnik litewski oraz 3 pierogi z pieca ze szpinakiem, serem feta i czosnkiem oraz 5 pierogów ruskich z wody (tak naprawdę chciałam wziąć 3, ale okazało się, że trzy to tylko te z pieca). Wybrana przeze mnie zupa była, nie mogę znaleźć lepszego określenia, agresywna w smaku – cały czas zastanawiałam się który smak dominuje. Zabrzmi to niewiarygodnie, ale miałam wrażenie że raz dominuje słony, raz kwaśny raz słodki. Zupa była całkiem OK., ale na moje oko ten zbyt intensywny smak była zasługą chemicznych wzmacniaczy. Inną ciekawostką w kwestii zupy jest fakt, że zaserwowana mi porcja była iście niedźwiedzia. Gdzieś w połowie dania z przerażeniem zaczęłam myśleć o tym, że zamówiłam jeszcze 8 pierogów (dlatego profilaktycznie drugą połowę zupy oddałam Marcinowi).Pierogi zjawiły się dość szybko, a ich wielkość była wprost proporcjonalna do porcji zupy. Po fakcie stwierdzam, że każde z zamówionych przeze mnie dań mogłoby być samodzielnym posiłkiem (przynajmniej dla kobiety). Tego czego nie wyłapałam z zawiłego menu to kwestia wyboru sosów - do tych z pieca na prośbę Pani kelnerki wybrałam więc sos pomidorowy, a do ruskich tradycyjnie masło z cebulką. Jak dotąd wydawało mi się, że w kwestii pierogów jestem tradycjonalistką i te z wody z masłem i cebulą będą na pewno smakowały mi bardziej, niż te z pieca z mniej tradycyjnym farszem. Okazało się jednak, że w Chatce Babuni moimi faworytami zostały te drugie. Nie były jednak zachwycające. W farszu dominował szpinak z mrożonki, a czosnek i feta były praktycznie niewyczuwalne, do tego sos pomidorowy, który przypominał mi sos na pizzę - byłam daleka od euforii, ale jednak całokształt wpadał na 3+. Ciekawym elementem było tu ciasto, w którym wyczułam nuty korzenne – może zwiodły mnie zmysły, może trochę przypraw przypadkiem znalazło się w jednej porcji ciasta, a może to stała praktyka. Moje usta powitały ten smak lekkim zaskoczeniem, ale przyznam że było to zaskoczenie pozytywne. Zdecydowanie gorzej miały się pierogi ruskie. Niestety będę bezlitosna, ale twarde ciasto skrywające nadzienie składające się w 90% z ziemniaków (sera należałoby szukać z lupą) i doprawione jakimś „warzywkiem” zamiast poczciwym świeżo zmielonym pieprzem to dla mnie porażka. I właśnie w świetle tej porażki pierogi z pieca zyskały w moich oczach jeszcze bardziej.
Wydawało mi się, że otwarcie lokalu serwującego pierogi to w pewnym sensie strzał w dziesiątkę. Przygotowanie tego narodowego przysmaku nie wymaga wielkich nakładów finansowych, a ujednolicone menu pozwala na doprowadzenie smaku dania do perfekcji. Mi tej perfekcji niestety zabrakło (w przypadku ruskich zabrakło mi nawet poziomu przyzwoitego). Choć o czym ja tu opowiadam, za każdym razem kiedy przechodzę ulicą Wrocławską Chatka Babuni pęka w szwach…
Jedzenie: 3
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 3+
ON:
Wnętrze jak najbardziej przypadło mi do gustu. Chatka wydaje się bowiem całkiem spora, a mimo to jest dość przytulna. Co prawda cały czas siedziałem przy stole i nie zwiedziłem jej wcale, ale i tak mogłem stamtąd spostrzec trzy poziomy i kilka zakamarków, w których to potencjalnie były ukryte dalsze pomieszczenia. Wnętrze dopełnia atmosfera. Aż miło patrzeć, jakie tłumy młodych ludzi witały tam tego wieczora, a domyślam się przy tym, że nie był to wieczór wyjątkowy. Zauroczony takim ruchem w gastronomi powiedziałem do Ani - "Gdy odwiedzimy kolejną pustą restaurację i zapytasz mnie, gdzie są Ci wszyscy goście, którzy tu powinni być, to odpowiem Ci, że są w Chatce Babuni".
Koszmarnie skonstruowana wydała mi się za to karta menu. Tak już mam, że lubię prosto, szybko i na temat. Śledząc menu Chatki widzę natomiast, że Babunia lubi gwarę poznańską, a także pewien przerost formy nad treścią, który widać zarówno w segregacji pierogów na trzy grupy - Po m(i)ęsku, Nie m(i)ęsko, Dla słodkich pamperków, jak i całej gamy ich nazw: Muuu (sisz) spróbować!!!, Zielony koszmar przedszkolaka, Ze świstakowego sreberka, Amsterdamski szał, Po ptokach.
Słowa złego nie powiem za to na obsługę, no może po za początkowym oczekiwaniem, ale to już bardziej wina właściciela, że taką trochę bez sensu tabliczkę na wejściu umieścił, a nie Pań kelnerek, które z uśmiechem na twarzy, w iście ekspresowym tempie obsługiwały zapełnioną salę.
Z pieca zamówić chciałem pierogi "Z piekła rodem" (z wołowiną, cebulką, ogórkiem konserwowym i pepperoni), a jako, że były tylko z wody, to ostatecznie zdecydowałem się pieczone "Kowala" (z salami i serem cheddar). Z wody dobrałem pierogi "Babuni specjał" (z białym serkiem, wanilią i słodką śmietanką). Kusiły mnie też strasznie placki ziemniaczane po węgiersku (z mięsnym sosem), ale zapobiegawczo zapytałem Panią kelnerkę, czy te osiem pierogów to porcja, która mnie zasyci? Pani kelnerka odpowiedziała, że zasyci z pewnością. Odpuściłem sobie zatem placki ziemniaczane i była to jak najbardziej słuszna decyzja, gdyż i tak cześć zamówienia Pani kelnerka spakowała nam na wynos. Objadłem się przy tym bardzo, a miłe czekadełko w postaci chleba ze smalcem i ogórkiem, z pewnością się do tego przyczyniło.
Pierogi z pieca próbowałem po raz pierwszy i muszę przyznać, że były całkiem ciekawe w smaku. Z zewnątrz chrupiące, w środku rozpuszczony ser i salami, a wszystko to w towarzystwie dobranego przeze mnie sosu czosnkowego (do wyboru były jeszcze gorgonzola, koperkowy, grzybowy, pomidorowy łagodny i ostry). Z wody pierogi jadłem wielokrotnie i przyznam, że tutaj Chatka Babuni wypadła słabiej. Co prawda moje z serem były jeszcze jako takie, ale gdy spróbowałem jednego ruskiego od Ani, to jak najbardziej rozumiem jej ostrzejszą od mojej ocenę. Ja ostatecznie pierogi z wody oceniam na 3, a pierogi z pieca na 4. Do końca jednak nie wiem, czy jest to kwestia wyższości tych drugich nad pierwszymi, czy może tego, że do tych drugich nie mam porównania, podczas gdy te pierwsze znacznie lepiej przyrządzone dostanę na obiedzie u swojej babci, jak i w domu u mamy. Języczkiem u wagi, który wskazałby mi, czy jedzenie w Chatce jest dobre, czy tylko średnie, byłaby zapewne ocena placków ziemniaczanych, ale z tym muszę poczekać do następnej wizyty.
Jedzenie: 3+
Obsługa: 4+
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4
KOSZTORYS:
Chłodnik litewski - 7,99 zł,
Pierogi z wody "Babki matrioszki" - 5 szt. (ruskie - z ziemniakami, białym serkiem i cebulką) - 10,99 zł.
Pierogi z pieca "Zielony koszmar przedszkolaka" - 3 szt. (ze szpinakiem, czosnkiem i serem feta) - 13,49 zł.
Pierogi z wody "Babuni specjał" - 5 szt. (z białym serkiem, wanilią i słodką śmietanką) - 10,99 zł.
Pierogi z pieca "Kowala" - 3 szt. (z salami i serem cheddar) - 13,49 zł.
Herbata miętowa Dilmah - 5,99 zł.
Suma: 62,94 zł.
ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.81
ADRES: Poznań, ul. Wrocławska 18
INTERNET: www.chatkababuni.pl

