poniedziałek, 7 listopada 2011

Ranking rogali świętomarcińskich 2011

Tak jak w zeszłym roku, postanowiliśmy - razem z Agatą, Anią, Asią, Bogusią, Ewą, Kasią, Magdą, Martą, Moniką i Maciejem - ocenić dostępne w Poznaniu rogale świętomarcińskie. Reguły nie uległy większym zmianom. Każdy przyniósł dwa rogale z wybranej przez siebie cukierni. Ocenialiśmy je w ciemno, na indywidualnych arkuszach, korzystając z 6-stopniowej skali zapożyczonej z bloga. W trzech kategoriach (wygląd, smak, nadzienie) ocenie poddaliśmy 12 wypieków. Każdy degustator miał własny warsztat pracy i choć nie sposób przywołać tutaj choćby ułamka merytorycznych uwag jakie padły podczas spotkania, to uwierzcie, że rogale zostały prześwietlone niezwykle skrupulatnie, a wszystko to w bardzo sympatycznej atmosferze :)


Po zliczeniu wyników okazało się, że miejsca na podium zajęły kolejno cukiernie: Elite, Łyskawa oraz ex aequo - Gruszecki i Luna. Co do poszczególnych kategorii, to najlepiej wyglądały rogale od Elite, przy czym najlepszy smak oraz najlepsze nadzienie to już domena rogali od Łyskawy. Poniżej kompletny ranking:

I miejsce - ELITE - rogale nr 3 / ocena 4.07 / cena 41,80 zł za kg.
II miejsce - ŁYSKAWA - rogale nr 6 / ocena 3.81 / cena 34 zł za kg.


III miejsce - GRUSZECKI i LUNA (ex aequo) - rogale nr 5 i 9 / ocena 3.72 / cena 36 zł i 34,90 zł za kg.


V miejsce - HANNA PISKORSKA - rogale nr 4 / ocena 3.59 / cena 36 zł za kg.
VI miejsce - REN-MAC - rogale nr 8 / ocena 3.53 / cena 32 zł za kg.


VII miejsce - FAWOR - rogale nr 10 / ocena 3.45 / cena 32,50 zł za kg.
VIII miejsce - SŁODKI KĄCIK - rogale nr 12 / ocena 3.38 / cena 39 zł za kg.


IX miejsce - KANDULSKI - rogale nr 1 / ocena 3.33 / cena 36 zł za kg.
X miejsce - PASSIONATA z Hotelu Merkury - rogale nr 7 / ocena 3.13 / cena 49 zł za kg.


XI - miejsce - HUDEREK BOGDAN  - rogale nr 2 / ocena 2.99 / cena 33 zł za kg.
XII - miejsce - POD STRZECHĄ  - rogale nr 11 / ocena 2.34 / cena 29,99 zł za kg.


Podsumowując wyniki nie sposób nie odnieść się do zeszłorocznej degustacji. Sześć cukierni oceniliśmy bowiem powtórnie, trzy nam z różnych względów wypadły (Expressowa, Hanusia, Weber), jednak w zamian doszło sześć nowych (Fawor, Huderko Bogdan, Łyskawa, Pod Strzechą, Ren-Mac, Słodki Kącik). Co ciekawe, drugi raz z rzędu wygrała cukiernia Elite i choć ewidentnie należą się jej za to gratulacje, to niestety poziom ocenianych rogali obniżył się na przestrzeni roku. W 2010 r. aż cztery rogale zyskały ocenę 4.00 lub wyższą, a w 2011 r. tylko zwycięzca mógł się taką notą poszczycić (a i tak obniżyła się ona wyraźnie z 4.68 na 4.07). Nie wszyscy jednak próżnowali, czego przykładem są wyraźne awanse, jakie odnotowała Hanna Piskorska (z 2.99 na 3.59) i Gruszecki (z 3.28 na 3.72). Odnośnie cen można z kolei zauważyć, że najtańsze rogale wypadły najsłabiej, ale najdroższe wcale nie wypadły najlepiej.


Degustacja odbyła się w Cafe Bordo Restaurant na ul. Żydowskiej 28. Idea rankingów i konkursów nie jest zresztą tej restauracji obca. W zeszłym roku serwowany przez nich makaron wygrał Festiwal Włoskich Smaków, a w sierpniu ich czernina zdobyła laur na Ogólnopolskim Festiwalu Dobrego Smaku. Jak zatem sami widzicie, w nie byle jakich progach nas goszczono, za co serdecznie z tego miejsca dziękujemy.

www.cafebordo.com


ADRESY:
ELITE - Poznań, ul. Dąbrowskiego 140
FAWOR - Poznań, ul. Unii Lubelskiej 1
GRUSZECKI - Poznań, ul. Naramowicka 92
HANNA PISKORSKA - Mosina, ul. Dworcowa 12
HUDEREK BOGDAN - Poznań, ul. Słowiańska 50
KANDULSKI - Poznań, ul. Swarożyca 3a
LUNA - Poznań, ul. Galileusza 8
ŁYSKAWA - Krotoszyn, ul. Gołębia 5
PASSIONATA - Poznań, ul. Roosevelta 20
POD STRZECHĄ - Biskupice, ul. Główna 19
REN-MAC - Mosina, ul. Targowa 25
SŁODKI KĄCIK - Poznań, ul. Św. Marcin 26

Bookmark and Share

sobota, 22 października 2011

Zielony Bazar

Od jakiegoś czasu w każdą sobotę między 9:00 a 14:00 na Placu Bernardyńskim w Poznaniu odbywa się Zielony Bazar, czyli kiermasz produktów ekologicznych. I choć dotarliśmy jedynie na ostatnie 30 minut, a wystawcy powtarzali, że wstyd takie puste stoiska do zdjęć udostępniać (podczas gdy od rana uginały się od towarów), to i tak postanowiliśmy ukazać Wam choćby cześć tego, co w sobotnie przedpołudnie możecie zakupić.


Dzisiaj były tam m.in. sery z Rancza Frontiera, od Ziemianina i Korycińskie. Było pieczywo na zakwasie, niepryskane warzywa, świeże zioła, jaja od gospodarza, wędliny ze świniobicia, liczne przetwory, stoisko dla dzieci, a także ekologiczne kosmetyki. Kryterium jest tylko jedno - certyfikat eko.


ADRES: Poznań, Plac Bernardyński
INTERNET: www.zielonybazar.com

Bookmark and Share

czwartek, 20 października 2011

A NÓŻ WIDELEC / ocena 4.47

Wizytę w A Nóż Widelec planowaliśmy od lipca. Najpierw na przeszkodzie stanął urlop właścicieli lokalu, później nasze wakacje, a jeszcze później tzw. powakacyjne dochodzenia do siebie. Wyprawa na ul. Czechosłowacką zapowiadała się jednak nader ciekawie, oto mamy bowiem nieznaną szerszemu gronu restaurację, w której szef kuchni podkreśla swoje przywiązanie do świeżości i jakości produktu, a wszystko to miesza z umiłowaniem do potraw regionalnych. Smaczku dodaje również fakt, że doświadczenie zdobywał w restauracji wyróżnionej gwiazdkami Michelina.


ONA:
Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu znaleźliśmy się na pętli górczyńskiej właśnie po to, żeby dostać się do A Nóż Widelec i pewnie dlatego początkowo trochę błądziliśmy. W końcu jednak z pomocą kilku przechodniów udało nam się dotrzeć do celu, czyli do pensjonatu, na którego parterze mieści się restauracja. Wszystko wygląda bardzo niepozornie – jedna ze zdawałoby się wielu restauracji daleko od centrum, schludna, czysta, bezpretensjonalna. Duże okna wychodzą na dość ruchliwą ulicę Czechosłowacką, a ściany pomalowane odcieniami zieleni konsekwentnie urozmaicone zostały akcentami głębokiej czerwieni. Ot schludnie urządzona niewielka restauracja z prostymi stolikami i wysokim barem. 

Menu nie jest przesadnie rozbudowane, ale nie jest też oszczędne. Nawet wyjątkowo wybredne osoby powinny znaleźć coś dla siebie. Idąc do restauracji zdecydowana byłam na barszcz, ale kiedy zobaczyłam, że w zestawie dnia (zupa + danie główne za 17,90zł) jest zupa ogórkowa zaczęłam się łamać, ostatecznie decydując się na tę drugą opcję (w tym miejscu plus dla obsługi, która nie zrobiła problemu z zamówieniem samej zupy z gotowego zestawu). Nie mniej wahań pojawiło się przy wyborze dania głównego – miałam ochotę i na szagówki i na łososia. Ostatecznie padło na łososia, nawet nie ze względu na sama rybę, ale mój organizm domagał się akurat solidnej porcji warzyw, a to właśnie łosoś podawany był z warzywami i sałatą, mimo, że Pani z obsługi (właścicielka i żona szefa kuchni) namawiała na „doskonałe pierogi ruskie” (te jadłam ostatnio w Chatce Babuni) i pstrąga (tego jadłam dzień wcześniej na obiad). Z zamówieniem deserów postanowiliśmy wstrzymać się do zakończenia drugiego dania. Kiedy przed Marcinem spoczął talerz z tatarem, ja dostałam solidną porcję ciepłej (w temperaturze idealnej do jedzenia) zupy ogórkowej. Cóż mogę powiedzieć, była to bardzo dobra, domowa zupa, bez chemicznych ulepszaczy. Przyjemnie kwaskowa i sycąca. Dalej przeszedł czas na „łososia w papilocie” czyli w dużym arkuszu pergaminu, skręconym na końcach niczym cukierek. Po rozwinięciu papilota moim oczom ukazał się kawałek upieczonego łososia, ułożonego na warzywach – fasolce szparagowej, burakach pokrojonych w kostkę, brokułach i selerze naciowym. Do tego otrzymałam niewielka miseczkę mieszanej sałaty z dressingiem, prażonymi pestkami dyni i płatkami migdałów. Całość w zupełności zaspokoiła moją potrzebę warzyw (tym bardziej, że po etapie obsesji szparagowej, bobowej, fasolowej – przyszedł czas na buraczkową). Hitem okazała się jednak zwyczajna wydawałoby się sałata. Smakowo pierwsze skrzypce grał tutaj jednak przepyszny słodkawy dressing, którego smak bezbłędnie uzupełniony został delikatną słodyczą chrupiących migdałowych płatków. Do samego łososia się mam żadnych zastrzeżeń, był soczysty i sprężysty (za sprawą zabiegu z papilotem), a jego smak nie został zbombardowany toną niepotrzebnych przypraw. Mimo tego, że po drugim daniu dobijałam pomału do kresu swoich możliwości, to i tak zdecydowaliśmy się na odrębne desery. Nie mogliśmy dojść do porozumienia w kwestii wyboru – mi odebrało rozum na widok murzynka z domowymi lodami, a Marcin obstawał przy swoim ulubionym kremie brulee. Ostatecznie dobrze się stało, bo choć deser Marcina był bardzo smaczny (nawet jeśli wg. mnie skarmelizowany cukier stworzył na wierzchu odrobinę za cienką skorupkę), to mój murzynek bił go na głowę. Powiedzmy sobie szczerze, że nazwa murzynek „z duszą” jest tu raczej ukłonem w stronę polskiej nomenklatury, bo bardziej niż z tradycyjnym murzynkiem miałam tu do czynienia z czekoladowym fondant – kiedy tylko wbiłam łyżeczkę w ciastko (po wcześniejszym zrzuceniu nadmiaru cukru pudru z jego powierzchni), na talerzu rozlała się ciepła, gęsta, ciemnoczekoladowa lawa. Do tego kilka malin, gęsty sos malinowy i domowe lody ajerkoniakowo-śliwkowe. Pyszności. Podczas całego posiłku obsługiwała nas bardzo sympatyczna właścicielka lokalu. Trudno jej cokolwiek poważnego zarzucić, bo kto jak nie właściciel dba najlepiej o swój interes. Mimo wszystko mam dwie uwagi. Do posiłku zamówiliśmy piwo – wśród napojów w menu nie widziałam wina – dopiero pod koniec wizyty dowiedziałam się, że istnieje osobna karta win (szkoda zatem że nie została przyniesiona razem z menu lub że nie zostaliśmy o niej poinformowani w trakcie składania zamówienia). Druga rzecz tyczy się zamówionego piwa, które zostało postawione na stoliku w butelkach obok pustych szklanek i musieliśmy nalać je sobie sami (może dlatego, że akurat nie było nas przy stoliku, a Pani kelnerka chciała żebyśmy mogli je nalać „na świeżo”).

Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że jest to bardzo ciekawe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Wnętrze spodoba się przede wszystkim tym, którzy w designerskich przestrzeniach czują ciężkostrawny powiew snobizmu i wolą raczej bezpretensjonalne miejsca. Po posiłku wyszedł do nas szef kuchni, który zaczął opowiadać o swoim królestwie i doświadczeniach kulinarnych w tak ciekawy sposób, że na miejscu spędziliśmy dużo więcej czasu niż było to zaplanowane. Człowiek ów był bardzo sympatyczny, świetnie orientował się w nowych trendach kulinarnych i restauracyjnych i w bardzo przyjazny sposób wypowiadał się o swojej potencjalnej, poznańskiej konkurencji. Widać również, że mimo zacięcia regionalnego ma również pewne ambicje związane z kuchnią europejską, które realizuje w trakcie wieczorów tematycznych (była już kuchnia francuska, a wkrótce przyjdzie czas na włoską). I choć ja w restauracjach raczej nie szukam domowych smaków (gdyż mam lub mogę je mieć na co dzień) to kolejną wyprawę do A Nóż Widelec planuję już wkrótce (szagówki, czy pierogi hmmmm). Mnie kupili wypiekanym przez siebie chlebem i domowymi lodami. Czy można chcieć więcej?

Jedzenie: 5-
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 5+


ON:
Wnętrze restauracji może nie jest szczególnie eleganckie i nie porywa niczym nadzwyczajnym., jest jednak niezwykle schludne, a tyczy się to zarówno podłogi, stołów, jak i toalety. Długo musiałbym sobie przypominać restaurację, w której stół był w równie wielkim porządku - bez jakichkolwiek okruszków, plam, przebarwień. Oprócz czystości moją uwagę przykuła również półka z albumami o tematyce kulinarnej. Ich obecność w restauracji sama w sobie nie dziwi, ale miło wiedzieć, że wiąże się nią nie tyle dbałość o wystrój, a ludzka pasja i radość z wykonywanego zawodu. Jestem przekonany, że tak właśnie jest, gdyż już po posiłku szef kuchni wertował przy nas wspomniane albumy z wypiekami na twarzy, aby zilustrować omawiane tematy.

Z karty zamówiłem tatar z żółtkiem, polędwicę wieprzową zawiniętą w boczek z chrzanowym purre ziemniaczanym, karmelizowaną cebulą, sosem pieczeniowym i warzywami, a także Creme Brulee z malinami na deser. Nie sposób przy tym nie wspomnieć, jak dobre karta robi wrażenie w kontekście cen. Rachunek wybranego przeze mnie zestawu opiewał na 67,45 zł, przy czym wybierałem dania raczej z górnej półki cenowej. Podmieniając tatar na rosół, a polędwicę na klasyczny schabowy zszedłbym do 49,45 zł, a decydując się na pierogi ruskie zamiast schabowego doszedłbym do 45,45 zł za trzydaniowy zestaw z dwoma napojami. Niczym byłoby jednak chwalenie tych cen, gdyby nie było można zestawić ich z tak wysoką oceną oferowanych potraw, jak w A nóż widelec.

Tatar z pewnością został ręcznie posiekany, a tajemnica jego jakości tkwiła zapewne w równej mierze w kunszcie szefa kuchni, co w jakości wielkopolskiej polędwicy wołowej z dobrego źródła oraz wiejskiego żółtka. Danie przybrano ogóreczkami, kaparami, ziołami i rukolą, a do smaku pokropiono odrobiną oliwy truflowej. Smakowało mi bardzo i właściwie mam tylko jeden zarzut jego względem. Nie wiem,  czy będę to umiał Wam wytłumaczyć, ale jak zerkniecie na zdjęcie to zobaczycie, że mięso było już samo w sobie solidnie "naoliwione" - było soczyste i błyszczące. No i żałuję, że nie spróbowałem go nim zmieszałem całość z żółtkiem. Wówczas tatar był bowiem, jak dla mnie aż zbyt "naoliwiony", a smak czystego mięsa lekko przytłumiony. Ewidentnie mój błąd, ale na usprawiedliwienie dopowiem, że żółtko wyglądało jakby niepozornie spoczywało na tatarze, a tymczasem było to prawdziwe wiejskie żółtko, dla którego wytłoczono miejsce niejako w głąb tatara. Może bardziej sprawdziłoby się żółtko przepiórcze, a być może to tylko jakiś mój wymysł z tym "naoliwieniem". Gdy bowiem powiedziałem o wszystkim szefowi kuchni, to zrobił takie oczy, że w mig zrozumiałem, iż jestem jedynym gościem, który zgłosił taką sugestię ;) Wspomniałbym jeszcze o braku przypraw na stole, którymi mógłbym podrasować trochę mięso. Nie żeby tego jakoś wymagało, ale ot taki własny rytuał przyrządzania tatara mam. Brak ten rekompensowały kromki chleba wypiekanego na miejscu.

Co do polędwicy wieprzowej zawiniętej w boczek, to zarówno mięso, jak i boczek były bardzo delikatne, a ich krojenie było prawdziwą przyjemnością, tak jak i zresztą smakowanie. Charakteru dodawała tutaj karmelizowana cebula spoczywająca na polędwicy, która tak miło zawładnęła moimi kubkami smakowym, że prawdopodobnie straciłem poczucie rzeczywistości oznajmiając Ani, jak przepyszna jest ta kapusta i jak żałuję, że nie ma jej więcej. Lekko rozczarowało za to chrzanowe purre ziemniaczane, bo choć podane było super, to jak dla mnie było za mało chrzanowe. Zaskoczył natomiast przepyszny sos pieczeniowy (demi glace), którego lekkość była z kolei zaletą. Do wszystkiego podano jeszcze miseczkę warzyw ugotowanych na parze, niemniej nie porwały mnie jakoś szczególnie i zamiast nich wolałbym więcej kapusty karmelizowanej cebuli ;)

Na koniec Creme Brulee i małe wyjaśnienie, dlaczego zamówiłem właśnie ten deser. Jest to jedyna pozycją w całej karcie o konotacji zdecydowanie nie polskiej. Pomyślałem sobie - skoro gość (chodzi mi o szefa kuchni) tak bardzo stawia na wszystko co polskie, a jeden jedyny wyjątek czyni dla Creme Brulee, to znaczy, że jest prawdziwym mistrzem tego deseru i prezentuje w nim cały swój kunszt. Po degustacji dalej trzymałem się tej wersji, gdyż krem był zjawiskowy, a przy tym był to najtańszy Creme Brulee, jaki udało mi się kiedykolwiek zamówić, a czyniłem to m.in. w 7 opisanych na blogu poznańskich restauracjach. W jednej lub dwóch był równie wspaniały, niemniej tam porcja kosztowała 2,5 razy więcej. A dlaczego serwują  ten krem w A Nóż Widelec? Okazało się, że szef kuchni przygotował go specjalnie z okazji Walentynek, a jak już przygotował raz, to taki był odzew stałych gości, że nie mógł im nie ulec i wprowadził danie do karty na stałe. I choć próbował już po fakcie wynaleźć jakąkolwiek polską konotację lub chociażby polską dla niego nazwę, to zwyczajnie się nie dało. Finalnie przyznaję 4+ za tatar, 4+ za polędwicę oraz 5+ za Creme Brulee.

W kwestii obsługi duży plus za to, że szef kuchni wychodzi po posiłku do gości, aby poznać ich opinie i przedstawić swoją filozofię kulinarną. Mały minus natomiast za to, że choć przed lokalem jest tablica informująca o promocyjnej herbacie do środowych deserów, to i tak za herbatę do środowego deseru nam policzono. Trochę żartobliwie też wspomnę, że Pani kelnerka wcale nie pomaga w wyborze dań z menu. Do tej pory skarżyłem obsługę w takich wypadkach, gdy ta nic nie wiedziała, bo nic nie próbowała, albo polecała mi byle co. Tu jednak nie o tym mowa. Pani kelnerka, a jednocześnie współwłaścicielka i żona szefa kuchni - próbowała zapewne wszystkiego z menu i wszystko co poleci jest zapewne świetne. Problem jedynie w tym, że poleca dosłownie wszystko :) I tak oto gdy wahałem się między dwiema potrawami, to każdorazowo słyszałem, że i to i to jest wyborne i naprawdę ciężko wybrać. I choć przydałoby się lepsze podprowadzenie gościa, to nie mam o to większych pretensji, gdyż z przyjemnością spróbuję tych specjałów następnym razem.

A Nóż Widelec jest z pewnością bardzo, ale to bardzo dobrą restauracją z kuchnią polską. Ania zapytuje - czego chcieć więcej? - a ja przewrotnie zaznaczę, że mam pewien niedosyt. Bynajmniej nie w jakości serwowanych potraw, a w spektrum ich rozpiętości geograficznej. Oto bowiem mamy szefa kuchni, który przez lata pracował w gwiazdkowej restauracji w Wielkiej Brytanii i z pewnością zna wiele tajników kuchni z różnych zakątków świata (co potwierdza serwując rewelacyjny Creme Brulee). No i ja chciałbym posmakować tych specjałów, bez ograniczania się wyłącznie do ojczystych, które przecież próbuję (może nie w tak nowoczesnej formie), ale jednak od urodzenia. I choć Pan Michał twardo przy polskości w naszej dyskusji obstawał i chyba do dziś ciężko mu się pogodzić z tym Creme Brulee w menu, to słusznie moim zdaniem robi szukając kompromisu w postaci organizowanych wieczorów tematycznych. Był już francuski, a teraz będzie włoski. I choć po części zadowala to mój pęd w świat, to jednak nie wychodzi już tak okazyjnie (260 złotych od pary). No dobrze, przemyślałem to trochę i nie musi być wcale światowo, aby było idealnie. Wystarczyłoby mi, aby było trochę nowocześniej. W końcu podtytuł restauracji brzmi "nowa kuchnia polska" i fajnie jakby było to wyraźniej widać w menu.

PS  Gdy poprosiłem Pana Michała o wymienienie jego zdaniem najlepszych restauracji w Poznaniu odpowiedział - La Passion du Vin i Hugo. Co ciekawe, akurat te restauracje otwierają naszą blogową listę TOP 10. Tym bardziej mi miło, że od dziś A Nóż Widelec również jest na tej liście.

Jedzenie: 5-
Obsługa: 4
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 5


KOSZTORYS:
Zupa ogórkowa: 8,9 zł.
Ręcznie siekany tatar z wielkopolskiej polędwicy wołowej z wiejskim żółtkiem: 19,9 zł.
Filet z łososia zapiekany w papilocie z warzywami, kruche listki sałat z vinegret: 25,9 zł.
Polędwica wieprzowa zawinięta w boczek, chrzanowe purre ziemniaczane, karmelizowana cebula, sos pieczeniowy, warzywa: 25,9 zł.
Czekoladowy Murzynek z duszą, lody ajerkoniak-śliwka, prażone migdały, sos z ogrodowych malin: 12,9 zł.
Klasyczne Creme Brulee z malinami: 11,9 zł.
Lech Premium 0,5 x 2: 14 zł.
Herbata zielona z brzoskwinią (Julius Meinl): 5,5 zł.
Suma: 124,9 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.47

ADRES: Poznań, ul. Czechosłowacka 133
INTERNET: www.anozwidelec.com

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...