czwartek, 12 stycznia 2012

GOKO restauracja japońska - cz. II / ocena 4.17

Restaurację Goko odwiedziliśmy z blogiem półtora roku temu, niemniej wówczas z racji wystosowanego zaproszenia postanowiliśmy nie przyznawać ocen. Czas na właściwą recenzję przyszedł zatem teraz, tak jak i czas na sushi, gdyż ostatnio skupialiśmy się na daniach gorących. I choć recenzja jest jedna, to wizyty w krótkim czasie były trzy. Skąd taka intensywność? Po pierwsze - uczestniczyliśmy w organizowanym przez Goko kursie sushi i mieliśmy okazję przekonać się, że znają tam się na rzeczy. Po drugie - do końca roku 2011 obowiązywała promocja "Najlepsze może być najtańsze" i żal było z tego nie skorzystać :)

PS Opis pierwszej wizyty znajdziecie tutaj.


ONA:
Choć wyjścia do Goko nie planowaliśmy, a przynajmniej jeszcze nie teraz, dotarliśmy tam w efekcie bardzo spontanicznej decyzji. Z pewnością niebagatelny wpływ na wybór lokalu miał kurs sushi, w którym wzięliśmy udział kilka tygodni wcześniej. Wprawdzie od czasu zobaczenia filmu "Jiro śni o sushi" nie przestaję myśleć jak dokonać tego, żeby do restauracji Sukiyabashi Jiro zawitać (uwzględniając  realistyczne podejście do stanu mojego konta oraz  fakt, że Jiro Ono ma 85 lat i to, że przed wizytą chciałabym poznać japoński w stopniu choćby podstawowym*), to opowieści na kursie sushi podziałały na mnie na tyle sugestywnie, że to właśnie Goko miało mi namiastkę wizyty u Jiro zapewnić.

Wnętrze lokalu jest dobrze nam znane - estetyczne, designerskie, ale przyjemne dla oka i nie wiejące chłodem. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do poprzedniej recenzji. Obsługa zajęła się nami zaraz od progu, nie pozwalając na siebie czekać ani przez chwilę oraz szybko rozwiązując kwestię kurtek. Szczerze mówiąc nie znalazłam nic do czego mogłabym się przyczepić (choć takie spostrzeżenie pojawiło się w przypadku Marcina).  Ujęło mnie również profesjonalne podejście Pani kelnerki do kryzysowej sytuacji, która miała miejsce przy sąsiednim stoliku (nie chcę jednak wdawać się tu w szczegóły ponieważ to nie ja byłam uczestnikiem zdarzenia).

Z założenia miało to być wyjście bez szaleństw w zamówieniu, dlatego postanowiliśmy skupić się na suszarskich podstawach -  rybie maślanej i łososiu, jedyną ekstrawagancja w tym przypadku były dwa gunkany z tatarem z łososia (osobiście nawet ich nie spróbowałam zrzekając się swojej porcji na rzecz dodatkowego, ulubionego przeze mnie  nigiri). Nie mogłam jednak odmówić sobie sałatki Wakame, której marynowane wodorosty podrasowane subtelną ostrością  chili bardzo mi smakowały  (nawet jeśli mój entuzjazm względem sałatki opadł, kiedy identyczną w smaku i wyglądzie znalazłam w Kuchniach Świata). Sałatka pojawiła się tuż po przyjemnym  czekadełku (warzywa w delikatnym sosie sezamowym). Wersja Goko wzbogacona została o aksamitne tofu i ćwiartki koktajlowych pomidorków (te ostatnie wg. mnie były niepotrzebne). Pomijając dywagacje na temat pochodzenia sałatki i tak stwierdzam, że bardzo ją lubię i cieszę się, że poznałam ją właśnie dzięki Goko.  Co do sushi nie mam w sumie żadnych zastrzeżeń. Przede wszystkim szybko przygotowane i przepięknie podane – kilka drobnych dekoracji naprawdę cieszyło oko. Wiadomo jednak, że najważniejszy jest smak – a tu było świeżo i apetycznie. Jędrne kawałki ryby rozpływały się w ustach, a kawałki nigiri były w idealnych rozmiarach (nie chodzi mi tu wprawdzie o mityczne 111  ziaren, a raczej o łatwość konsumpcji).  Do posiłku zamówiliśmy czystą, zieloną herbatę – której bardzo wyrazisty i intensywny smak stanowił doskonały akompaniament do posiłku.

I tu właściwie moja opinia mogłaby się z grubsza zakończyć, gdyby nie historia, którą po dłuższym zastanowieniu chciałabym przywołać. Otóż, pełna entuzjazmu po kursie i naszej całkiem udanej wizycie w Goko, pomna trwającej do grudnia ciekawej promocji postanowiłam namówić swoją rodzinę, aby na kolejną kolację wybrali się razem z nami właśnie do Goko porzucając tym samym plany odwiedzenia jednego z ulubionych  przez siebie poznańskich sushi barów. Po moich nieco podstępnych namowach rodzina uległa i tak trafiliśmy do Goko niespełna tydzień później. Zaczęło się równie przyjemnie, niestety w trakcie pojawiły się tzw. „schody”. Zacznijmy od  zamówienia - głośno wyraziliśmy swój podziw dla pamięci Pani kelnerki, która przyjęła bardzo duże zamówienie bez jego zapisywania. Nie obyło się jednak bez pomyłki, która polegała na tym, że dostaliśmy kilka pozycji więcej niż zamawialiśmy (co oczywiście zostało uwzględnione w rachunku). W związku z tym, że amatorów sushi pośród nas nie brakowało postanowiliśmy  potraktować  to jako dodatkową przyjemność. Druga sprawa, która mnie rozczarowała, to sposób podania sushi. Podczas wcześniejszej wizyty podano je naprawdę estetycznie i z pomysłem, natomiast za drugim razem nasze zamówienie zostało dosłownie upchnięte w dużej drewnianej łodzi  (poszczególne rolki były ze sobą mocno ściśnięte wręcz sklejone, a nigiri od upychania uległy mniejszej lub większej deformacji). Tym razem nie było też żadnych dekoracji, a ściśnięte i sklejone rolki były bardzo trudne do wydobycia. Koniec końców rozczarował mnie także stan toalety, gdzie po podłodze walały się kawałki papieru – resztę szczegółów pominę. Dotychczas przy każdej naszej wizycie w Goko, po restauracji krążył jeden z właścicieli, tym razem nie widzieliśmy żadnego z nich (i być może to tu był pies pogrzebany). Rodzina widząc moją konsternację i wręcz wypisane na twarzy wyrzuty sumienia stwierdziła, że „nie było tak źle” i zamówiła dodatkowo zestaw na wynos dla nieobecnych. Cóż, przełknęłam małą łyżkę dziegciu, ale skłoniło mnie to do refleksji nad odpowiedzialnością za polecenie jakiegoś lokalu. Bardzo wyraźnie dotarło do mnie bowiem, jak jednostkowy charakter mają nasze opisy i nawet jeśli gdzieś bardzo nam się podobało, albo przeciwnie było nieciekawie, następnym razem może być zupełnie inaczej. Najlepiej byłoby odwiedzić każdą restaurację po kilka razy i dopiero wtedy pokusić się o recenzję, ale na to zdecydowanie brak nam czasu i pieniędzy. Zresztą czy na pewno dałoby to gwarancję, że kolejnym razem będzie równie dobrze/źle?

Wracając jednak do głównego wątku -  Goko nadal polecam, ponieważ dla ostatecznego upewnienia się w opinii wybraliśmy się tam jeszcze raz i znów było naprawdę fajnie. Wizytę z rodziną traktuję zatem póki co jako jednorazową wpadkę, która mam nadzieję nie spotka żadnego z Was. 

* W przypadku wizyty u Jiro poza problemami z zamówieniem miejsca przez obcokrajowców należy się również liczyć z koniecznością rozmawiania po japońsku.

Jedzenie: 4+
Obsługa: 4-
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4



ON:
Od jakiegoś czasu staram się ułożyć sobie w głowie ranking poznańskiego sushi i nie bardzo mi to wychodzi. Wiem rzecz jasna gdzie mi sushi smakuje bardzo, a gdzie trochę mniej, ale niuanse smaku w obrębie pierwszej ligi suszarni są trudne do wychwycenia, gdyż zazwyczaj między wizytami mija więcej niż tydzień. Nie traktujcie zatem moich opinii, jak prawd za które dałbym się pokroić. Są to bowiem jedynie pewne wyobrażenia zbudowane na tym, co byłem w stanie zapamiętać. Przywołam tutaj przykład zorganizowanej przez nas degustacji rogali świetomarcińskich - pewna miła osoba zgłosiła w niej swój udział, informując nas, że przyniesie ze sobą rogale z cukierni X, gdyż właśnie tych jest zagorzałą fanką. Okazało się jednak, że gdy oceniliśmy je w ciemno wypadły stosunkowo słabo. Co jednak najciekawsze, gdy sprawdziliśmy formularze ocen, to u tej osoby, która była ich fanką - wypadły jeszcze słabiej. Nauczyło mnie to tyle, że wydać opinię jest łatwo, ale tylko degustacja porównawcza może przynieść wnioski naprawdę rzetelne. Pozwólcie zatem, że swój ranking sushi ogłoszę dopiero wówczas, gdy jednego dnia przyjdzie mi porównać to przyrządzane w Goko, Kyokai, Sakanie, Violet (kolejność alfabetyczna).

Skupić chciałbym się teraz na obsłudze, ale skoro we wstępie poświęciłem tyle miejsca metodologii, to postaram się jeszcze tutaj wytłumaczyć dlaczego oceniając dany aspekt (np. obsługę) wytykam czasem błędy, zamiast cały obraz nakreślić. Przede wszystkim zwracam uwagę na zachowania niestandardowe i wspominam zazwyczaj o czymś co wybija się albo na plus, albo na minus. Jeśli obsługa działa sprawnie, ale w ramach bądź co bądź swoich obowiązków – to nie mam za bardzo o czym pisać. Jeżeli jednak przez 85% czasu wizyty obsługa jest poprawna, a przez 15% nie – to pozwalam sobie wykazać właśnie te braki, nie poświęcając kolejnych linijek tekstu, aby pochwalić, że cała reszta była OK. - podano nam posiłek na czystych talerzach, Pani nas nie wyzywała, zapytała czy nam smakowało. To wszystko jest niejako oczywiste. Opisuję zatem tylko te sytuacje, które szczególnie mnie ujęły lub też te, które wyraźnie mi się nie spodobały. Później zestawiam to z całością (tą często nieopisaną) i wówczas wystawiam finalną ocenę. W przypadku Goko będzie to czwórka na szynach, gdyż trafiło się kilka obszarów do dopracowania.

Nie spodobało mi się, gdy Pani kelnerka skierowała nas jednoznacznie i bez jakiejkolwiek dyskusji do najgorszego stolika w całej sali. Rozumiem, że był to ostatni wolny stolik na 2 osoby, ale były wolne jeszcze dwie czwórki, których nam odmówiono (do końca naszej wizyty pozostały wolne, choć jeden z nich w pojedynkę zajmowała czasem właścicielka lokalu). My zasiedliśmy pokornie tam gdzie nam wskazano, ale w trakcie posiłku byliśmy świadkami sceny, gdy dwójka gości przymierzała się do pustego stolika 4-osobowego, ale kelnerka wyraźnie im oznajmiła, że aktualnie mogą zająć miejsce tylko przy barze. Goście ci wyszli z restauracji i teraz pytanie do restauratorów – czy warto ratować miejsca dla 4 klientów, którzy mogą nie dotrzeć tego wieczoru do restauracji, kosztem straty 2 klientów, którzy już w niej byli? Moim zdaniem nie warto, ale wrócę do naszego stolika przy którym siedziałem nie naprzeciw Ani (jak lubię najbardziej przy stolikach dwuosobowych), tylko pod kątem, a w dodatku po mojej lewej stronie wystawała ściana, która ograniczała mi zarówno ruchy, jak i pole widzenia. Wytrzymałem tak jakieś dwie minuty po czym stwierdziłem, że jednak płacę za to miejsce i powinienem wymagać wygody, a nie pokornie przyjmować co dają. Zapytałem więc Panią kelnerkę, czy mogę przestawić krzesło i usiąść naprzeciw Ani. Kelnerka odpowiedziała, że tylko jeśli Pani siedząca stolik za nami wyrazi na to zgodę. Było to o tyle krępujące pytanie, że roszada ta w najmniejszym stopniu nie ingerowała w komfort jej siedzenia (inaczej bym tego w ogóle nie zaproponował). Tym sposobem na 5 sekund byłem zdany na łaskę i niełaskę innego gościa restauracji. Kelnerka trochę ryzykowała, bo jakby Pani siedząca za nami nie wyraziła zgody, to pewnie byśmy wyszli, a to już by była czwórka straconych klientów w 30 minut i wszystko przez standardy obsługi. Jak bym mógł jeszcze coś w kwestii obsługi doradzić, to odstąpiłbym od pomysłu, aby kelnerka zapamiętywała całe zamówienie w pamięci (w klasycznej restauracji zamawia się zazwyczaj kilka dań, ale w przypadku sushi bywa ich kilkanaście). I choć wszystko podczas tej wizyty zgadzało się z zamówieniem, to denerwowałem się, że tak nie będzie i nienaturalnie wszystko powtarzałem dwukrotnie, głośno i wyraźnie. A że przy kolejnych dwóch wizytach były jednostkowe pomyłki w zamówieniu (a to dwa nigiri za dużo, a to maki z surową ryba, zamiast grillowanej), to jednak warto te kwestię co najmniej przemyśleć. Obsłudze przydałby się także uśmiech, gdyż w Goko nigdy go nie widziałem. Rozumiem, że pozują na chłodnych profesjonalistów, ale uśmiech to uśmiech i dobrze jak jest :)

Najważniejsze jest jednak jedzenie. Sałatka tofu sarada jak zawsze była świetna (tak jak i czekadełko), choć porównując zdjęcia sprzed półtorej roku - wówczas była bardziej orientalnie przyozdobiona. Inna sprawa, że wtedy była to nowość w Poznaniu, podczas gdy w ostatnim czasie podobne widywaliśmy w menu Planet Sushi, czy na trzecich urodzinach Kyokai. Tak zresztą jak Ania wspominała - chcąc nie chcąc czar prysł, gdy mogliśmy przyrządzić ją sami, kupując mrożoną Goma Wakame firmy Seefood Market, która smakowała identycznie. Plus jednak za to, że to w Goko się w niej zakochaliśmy i zawsze ją tam zamawiamy. Co do samego sushi, to nigdzie w Poznaniu nie widziałem ładniej podanego (tyczy się 1 i 3 wizyty). W kwestii jego smaku również jest bardzo dobrze i tylko dwa niuanse mnie nie przekonały - za kwaskowe zestawienie marynowanej śliwki w futomaki z rybą maślaną oraz za mdły tatar z łososia w gunkanie. Trochę krótki to opis, jak na to, że jedzenie jest najważniejsze, ale konia z rzędem temu, kto opisze smak surowej ryby w sushi. Ja myślę, że jeśli lubi się sushi to już ze zdjęć sporo można poznać. Zainteresowanych zachęcam zatem do kontemplowania tych wykonanych przez nas ;)

Goko chwali się często, a przykładem tego są hasła typu „najlepsze sushi w mieście”, czy też „najlepsze może być najtańsze”. Ja wcale taki pewien nie jestem, czy jest to rzeczywiście najlepsze sushi w Poznaniu, a wręcz zdaję mi się, że trochę lepsze próbowałem w Sakanie i Violet. Tak, jak jednak wspominałem na początku - są to jedynie pewne wyobrażenia zbudowane na tym, co byłem w stanie zapamiętać, a które to postaram się zweryfikować w przyszłości. Jedno jest jednak pewne – trwająca kilka miesięcy promocja była prawdziwą okazją i z pewnością było to w naszym mieście najlepsze sushi w tej cenie. Przyznam, że nie miałbym potrzeby chodzić na nie gdziekolwiek indziej, gdyby wciąż taka promocja trwała. Tak jednak nie jest – skończyła się 31 grudnia 2011, a wprowadzona na jej miejsce zniżka 20% na sushi przy barze, nie wydaje się już tak atrakcyjna.

Jedzenie: 4+
Obsługa: 4=
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4 (5+ podczas promocji "Najlepsze może być najtańsze")


KOSZTORYS:
Tofu sarada (sałatka z glonów wakame z serkiem tofu posypana białym i czarnym sezamem) x 2 - 20 zł.
2 x nigiri sake (łosoś norweski) - 15 zł.
2 x nigiri ibodai (ryba maślana) - 15 zł.
2 x nigiri ika (kalmar) - 9 zł.
2 x sake tatar (z siekanym łososiem) - 23 zł.
6 x sake filadelfia maki (łosoś, awokado, sałata, serek philadelphia) - 18 zł.
6 x ibodai maki (ryba maślana, ogórek, sałata, śliwka ume) - 18 zł.
6 x sake yaki (grillowany łosoś, serek philadelphia, ogórek, sałata, sos kabayaki) - 18 zł.
6 x ibodai yaki (grillowana ryba maślana, awokado, sałata, serek philadelphia, sos kabayaki) - 18 zł.
Herbata shincha aracha - 9 zł.
Suma: 163 zł  (109,40 zł w promocji "Najlepsze może być najtańsze")

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.17

ADRES: Poznań, ul. Woźna 13 (przy Mostowej)
INTERNET: www.goko.com.pl

Bookmark and Share

piątek, 16 grudnia 2011

Awe Cuisine i Bug Cuisine w restauracji VINE BRIDGE

3 listopada mieliśmy przyjemność uczestniczyć w Awe Cuisine - spotkaniu promującym autorską kuchnię Pana Radosława Najmana (szefa kuchni Dark Restaurant oraz Vine Bridge). Założeniem projektu było ukazanie nowoczesnej, polskiej kuchni czerpiącej inspiracje z dawnych przepisów oraz zapomnianych lub niedocenionych dziś składników.


Najmniejsza restauracja w Polsce ugościła tego wieczoru 8 osób, które miały okazję, aby skosztować:

- śledzia wędzonego na sianie z puree selerowo-chrzanowym i kawiorem z alg,
- mus z liści rzepaku z boczniakami i oliwą bekonową,
- grasicę cielęcą na brązowym maśle z grillowanym burakiem cukrowym i sufletem dyniowym z chilli,
- pieczone w spadziowym miodzie i winie purpurowe buraki na sosie z białej czekolady i sorbetem z limonki.


Oboje rozpływaliśmy się w zachwytach nad doskonałym śledziem, którego zgodnie oceniliśmy jako godnego gwiazdek Michelina. Podany w nieco mniej tradycyjnej formie, zaskakiwał niezwykle delikatną strukturą i subtelnym wędzonym aromatem. Aksamitne puree i algowy kawior można by w tym zestawieniu uznać za wisienkę na torcie, gdyby nie to, że rola ta przypadła w udziale kieliszkowi zmrożonej wódki. Połączenie więcej niż wyśmienite. Kolejne danie inspirowane było „wycieczkami po wielkopolskich polach i łąkach”. Mus z liści rzepaku był smaczny, choć nie do końca wyrazisty (przywoływał skojarzenia z tradycyjną zieloną zupą portugalską), co zrekompensować miał zapewne dodatek boczniaków oraz posmak bekonu, który zupie nadała oliwa. W tym wypadku najbardziej ujęło nas jednak smaczne wykorzystanie niecodziennego składnika, czyli liści rzepaku. Jako danie główne podano doskonałą grasicę cielęcą. Wprawdzie nie do końca zgodni byliśmy co do faworytów wśród dodatków, gdyż Marcin wskazał suflet, podczas gdy Ania zafascynowała się smakiem zwykłego buraka cukrowego. Całość zwieńczył deser, odpowiadający koncepcją stosunkowo świeżemu trendowi kulinarnemu, który koncentruje się na tworzeniu warzywnych deserów (co biorąc pod uwagę naturalną słodycz niektórych warzyw jest w pewnym sensie logiczne). Zaserwowano nam danie niezwykle świeże i lekkie, które nie obciążyło żołądka po wcześniejszej uczcie (miodowe buraki zaskakująco dobrze połączyły się z delikatnie słodkim sosem z białej czekolady, a akcent kontrastujący postawił tutaj kwaskowy sorbet).


Mimo, że to właśnie jedzenie było głównym tematem rozmów w trakcie wieczoru, manager restauracji, pani Monika zadbała również o to, żebyśmy mogli bliżej zapoznać się z filozofią Vine Bridge. Dzięki temu mieliśmy okazję obejrzeć pokaz slajdów z różnych wydarzeń organizowanych przez restaurację (bieg kelnerów, gotowanie z szefem kuchni, romantyczne kolacje na moście). Swoistym zaskoczeniem wieczoru był przy tym fakt, że Panu Radosławowi Najmanowi - finaliście plebiscytu „Kucharz - odkrycie roku 2011” - asystował nie kto inny, jak zwycięzca tego plebiscytu - Pan Błażej Gruszczyński, do niedawna związany z restauracją Fidelio, a obecnie rezydujący właśnie w Vine Bridge.

BUG CUISINE

Krótko po pokazie Ave Cuisine zostaliśmy zaproszeni ponownie przez Vine Bridge. Tym razem temat był  jednak nieco bardziej kontrowersyjny. Wieczór Bug Cuisine mierzył się bowiem z tematem owadów na talerzu. Jak zapewniał nas w zaproszeniu właściciel lokalu "(...) zainteresowanie owadami jako potencjalnym składnikiem dań nie jest przypadkowe. To wynik wieloletniego zainteresowania zdrową, naturalną kuchnią makro i mikrobiotyczną, mająca u podstaw naturalne procesy zachodzące w glebie, wodzie i powietrzu”. Wyjaśnienie to nie zdołało do końca uspokoić Ani, która na spotkanie szła z  obawami, ale też i z myślą, że przecież nikt jej do jedzenia nie zmusi, jeśli tylko przerośnie to jej możliwości. Znalazło się też miejsce na kwestie ambicjonalne, ponieważ Marcin przypominał Ani każdą sytuację, w której zadrwiła z osoby mówiącej, że nie zje francuskiego sera bo ten śmierdzi, albo że nie weźmie do ust ostrygi, bo wygląda okropnie. Zupełnie inne nastawienie prezentował Marcin, który to kontrowersyjne menu przyjął z całkowitym spokojem, stwierdzając, że pokaz ten ma przecież ukazać kunszt szefa kuchni i na pewno wszystkie zaserwowane dania, były już wypróbowane i zaakceptowane przez szersze grono odbiorców.


W menu można było znaleźć:

- jajko zielononóżki z musem chrzanowym i smażonym mącznikiem młynarkiem,
- roladkę drobiową faszerowana mącznikiem młynarkiem i szpinakiem, owinięta w liście rzepaku,
- szarańczę i karaluchy peruwiańskie w cieście Kadafi,
- roladkę z łososia bałtyckiego z chrzanem i mącznikiem młynarkiem,
- krem z jarmużu z wędzonym mącznikiem młynarkiem,
- rożki z ciasta filo faszerowane smażonym mącznikiem młynarkiem i orzechami,
- trufle czekoladowe z mącznikiem młynarkiem,
- ciasto piaskowe z mącznikiem młynarkiem,
- ciasto czekoladowe z konikiem polnym,
- uskrzydlone lizaki.


Ogólna ocena zaserwowanego jedzenie będzie się opierać głównie na spostrzeżeniach Marcina, który spróbował każdej pozycji z menu, w tym całą, naturalistycznie wyglądającą szarańczę zatopioną w kieliszku wina. Ania po kilku specjałach spasowała, bo choć jedzenie smakowo kontrowersyjne nie było, to uprzedzenia psychiczne wzięły górę nad ewentualnymi doznaniami smakowymi i skończyło się na wypróbowaniu zaledwie kilku specjałów z mącznikiem młynarkiem. Marcin stwierdził przy tym, że każde z tych dań było smaczne, ale jednocześnie nie straciłoby absolutnie nic (poza wartościami odżywczymi), a może nawet w smaku by zyskało, gdyby pozbyć się z nich owadów. Oto bowiem szef kuchni zrobił wszystko, aby otulić owady w smakołyki, którymi one same w sobie nie do końca były. Zgodnie stwierdziliśmy, że Bug Cuisine potraktujemy jako ciekawostkę na drodze kulinarnego wtajemniczenia, ale raczej owadów nie włączymy do menu na stałe. Jesteśmy przy tym przekonani, że mimo powszechnego, społecznego owadzio-kuchennego ostracyzmu, z pewnością są osoby żywo zainteresowane tematem i te przyjdą do Vine Bridge specjalnie na Bug Menu.


Na uwagę zasługuje również miejsce, w którym odbywała się degustacja. Nowo otwarta Galeria Śródka przywitała nas bowiem olbrzymią kwiatową instalacją Macieja Kuraka pt. "Organic Life", która idealnie nawiązywała charakterem do tematu spotkania, także dlatego, że w pomieszczeniu unosiły się dźwięki naśladujące owadzie trele. Wielkie brawa za oprawę, niezwykłą gościnność oraz bardzo sympatyczną atmosferę, o która zadbały połączone ekipy Vine Bridge i Galerii Śródka. Dziękując serdecznie za zaproszenia, cieszymy się, że mamy w Poznaniu szefów kuchni, którzy ciekawie i elokwentnie potrafią opowiadać o swoich inspiracjach, nie ustających w rozwoju i poszukujących nowych wyzwań (nawet jeśli czasem dość kontrowersyjnych), a jednocześnie zachowujących szacunek dla tradycji.

ADRES: Poznań, ul. Ostrówek 6
INTERNET: www.vinebridge.pl

Bookmark and Share

poniedziałek, 5 grudnia 2011

PIKA PIKA tapas bar y vino / ocena 4.00

Wyjście do Pika Pika odbiegało nieco od większości blogowych wizyt. Recenzja ta jest bowiem zapisem spotkania towarzyskiego przy winie i przekąskach. Jedzenie zatem zeszło niejako na dalszy plan, ale też dzięki takiej formule wyjścia, mieliśmy sposobność wypróbować każdy tapas, jaki tego dnia oferowano.


ONA:
Choć pogłoski o otwarciu nowego tapas baru docierały do nas już wcześniej (kojarzę nawet facebookową ankietę na nazwę), to do wizyty właśnie tam skłoniły nas powtarzające się opinie o atmosferze, autentyczności i prawdziwych hiszpańskich smakołykach. Dostaliśmy również instrukcje, aby nie zrażać się „polowym” wyglądem wnętrza, bo jest to najmniej istotny element. I faktycznie, przechodząc dwukrotnie w ciągu tygodnia ulicą Zamkową nie do końca mieliśmy ochotę zasiąść w tym bardzo oświetlonym, pustawym wnętrzu z dużym oknem. Taka forma knajpki sprawia, że ma się wrażenie, że to goście są obserwowani przez przechodniów z ulicy, a nie na odwrót. Może to kwestia przyzwyczajenia, ale wchodząc do jakiekolwiek lokalu chyba wolę odciąć się od tego co na zewnątrz, ewentualnie zyskać dobre pole do spokojnej obserwacji ulicy. Pewnie dlatego do Pika Pika weszliśmy dopiero za trzecim razem. Po fakcie stwierdzam, że pochłonięta rozmową niespecjalnie zwracałam uwagę na przechodniów, a wnętrze dzięki imponującej liczbie gości nabrało zupełnie innego niż wcześniej charakteru. Było bardzo sympatycznie, na stole pojawiały się kolejne kieliszki wina (zarówno to butelkowe polecone przez Pana z obsługi oraz wino domu podane w ceramicznym dzbanku było przyzwoite, choć to pierwsze zdecydowanie smaczniejsze) oraz kolejne tapasy. Prawdopodobnie nie spróbowałam wszystkiego, ale mam swoich 3 faworytów – kawałki bagietki z serem Manchego, dorsz z cieciorką oraz tarta czekoladowa. Pierwszy przysmak miał w zasadzie jeden słaby punkt, czyli kiepską bagietkę. Moją uwagę od pieczywa (blade i bardzo miękkie) skutecznie odwracał ser, który po prostu bardzo lubię. Dorsz z cieciorką natomiast zupełnie mnie zaskoczył, bo choć za cieciorką samą w sobie jakoś szczególnie nie przepadam (wolę ją w formie humusu lub falafela) to jednak całość była bardzo smaczna. Wieczór zwieńczyła czekoladowa tarta i choć spożywana po sporej ilości wina i o godzinie zdecydowanie nie "tartowej" (było grubo po 24) jej smak spowodował, że mruczałam z zadowolenia (kruche ciasto z gęstym, czekoladowym, nie przesadnie słodkim kremem). Zupełnie nie zachwyciły mnie natomiast papryki z mało wyrazistym nadzieniem oraz ziemniaczana tortilla na bagietce (ale o ile nadziewane papryki lubię, o tyle tortilla de patatas słabo przechodzi mi przez gardło nawet w Hiszpanii).

Ocena obsługi to w tym przypadku zadanie karkołomne, bo choć zajmujący się nami Pan mówił świetnie po polsku (piszę to z pełnym podziwem) to jednak mieliśmy sporo trudności w dogadaniu szczegółów. Pan nie mógł się bowiem pogodzić z faktem, że chcę jednocześnie zamówić wino białe i czerwone (gdyż jedna osoba chciała pić tego wieczoru tylko czerwone) i z uporem twierdził, że dwóch win jednocześnie nam nie poda, gdyż najpierw pije się białe, a później czerwone i że poda nam trunki właśnie w takiej, właściwej kolejności. Moje tłumaczenia przyjął natomiast stwierdzeniem, że za dużo kręcę. Koniec końców udało się wynegocjować że do butelki białego wina dostaniemy kieliszek czerwonego (choć tak naprawdę chcieliśmy butelkę, ale tego nie potrafiliśmy załatwić). Ten rozbudowany dialog sprawił, że przez resztę wieczoru postanowiliśmy pozostać wyłącznie przy winie domu. Chciałam zaznaczyć, że cała ta rozmowa odbywała się z uśmiechem i w super sympatycznej atmosferze, miało to również swój hiszpański urok i jestem pewna, że taka egzotyka może znaleźć ogromne rzesze zwolenników.

Koniec końców Pika Pika polecam. Warto się tam zatrzymać choćby na jeden kieliszek wina (naprawdę jest w czym wybierać, a obsługa rzeczowo opowiada o wybranych butelkach) i jeden tapas (nawet jeśli jedzenie nie jest porywające). Zdecydowanie łatwiej znaleźć na Zamkowej miejsce w ciągu tygodnia – w weekend lepiej pomyśleć o rezerwacji stolika, szczególnie jeśli przychodzi się z większą grupą. Na pewno spodoba się tu wszystkim miłośnikom Hiszpanii oraz ludziom otwartym na wesołą interakcję z obsługą.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4


ON:
Trzeba przyznać, że z opisem Pika Pika mieliśmy nie lada problem. Z jednej strony dylemat, czy da się w ogóle sprawiedliwie ocenić tapas bar, przykładając do niego miary skrojone dla restauracji. Z drugiej strony świadomość, że jeśli ocen nie przyznamy, to recenzja będzie kaleka, a część z Was - rozczarowana. Suma sumarum oceny przyznaliśmy, ale pewni nie jesteśmy żadnej, gdyż zarówno jedzenie, obsługa, jak i wystrój - ponadprzeciętnie urzekają, ale posiadają też pewne braki.

We wnętrzu najbardziej przypadła mi do gustu prostota i autentyczność (no i wiszące w oknie jamon serano). Gdy przechodziliśmy ulica Zamkową w ciągu tygodnia, wnętrze wydało mi się zbyt zimne w odbiorze i zdecydowanie za pstrokate. Wystarczyło jednak, że zostało wypełnione przez weekendowy tłum, a już nie dostrzegałem tych niedostatków. A jeśli o tłumach mowa, to najsłabiej wypada pojemność lokalu i dobór tak rozłożystych krzeseł, że stołów mieści się ledwie pięć. I choć z podziwem patrzyłem w stronę tych, którzy przez cztery godziny wytrwale stali przy beczkach, to ja bez miejsca przy stole szybko bym tapas bar opuścił. Gwoli ścisłości, lokal wcale nie jest taki mały, tyle tylko, że kuchnia zdaje się być równej wielkości co sala, a przynajmniej tak to wyglądało, gdy uchylały się do niej drzwi.

Zasady z Pika Pika są następujące. Zamawiasz kieliszek wina domu za 5 złotych (rodem z Nawarry) i dostajesz do niego jeden tapa (kawałek bagietki z dodatkiem). Zamawiasz karafkę półlitrową za 15 złotych lub dzbanek litrowy za 25 złotych i dostajesz odpowiednio - 3 lub 5 tapasów. Oprócz tego mam półkę z butelkowanymi winami dostarczonymi przez Vinolę, gdzie do cen należy doliczyć korkowe w wysokości 12 złotych. Jest jeszcze tablica, na której wypisane są potrawy, które za 5 lub 10 złotych przyrządzą Ci w kuchni. Ze specjałów, które możecie zobaczyć na zdjęciach, mi najbardziej przypadły do gustu krokiety z kurczaka, dorsz z cieciorką oraz mięso w pomidorach. Gustuję zatem raczej w kuchni ciepłej Pika Pika, choć w przypadku krokietów była to raczej kuchnia letnia (na trzy próbowane sztuki, aż dwie były w samym środku jeszcze zimne). Najmniej odpowiadały mi za to rozmoczone papryczki z nadzieniem, bo choć wiem, że ściągnę tym wyznaniem na siebie gromy, to naprawdę w Biedronce sprzedają lepsze, nie mówiąc już o tych, które samemu można zrobić z papryk jabłkowych Rolnik i sera Feta. Wracając do tapas baru - na sam koniec wizyty dojrzałem tabliczkę z ofertą talerza jamon iberico de pata negra za 40 złotych i zdecydowanie chciałbym taki talerz następnym razem zamówić.

Obsługa w Pika Pika jest iście hiszpańska. Otwarta, życzliwa, nieszablonowa, ale potrafiąca też puścić focha. Nie było bowiem w naszym towarzystwie osoby, która choć raz nie ścięłaby się z obsługującym nas kelnerem. A to ktoś pomieszał mu ponoć zamówienie, a to nie można było podać jednocześnie wina białego i czerwonego, a to ktoś spojrzał w jego kierunku spod byka, a inny nie zrozumiał dowcipu. Taki urok miejsca, a wspominam o tym tylko dlatego, abyście mogli sobie je lepiej wyobrazić. Z poważniejszych zastrzeżeń do obsługi, mam tylko jedno - gdy zamówiliśmy wino butelkowe (Bracamonte Verdejo 2010), a jako kolejne chcieliśmy zamówić wino domu, to kelner za bardzo nas przekonywał, że mamy pozostać przy butelkowym. Ja rozumiem, że to na nim tapas bar więcej zarabia i to do niego liczy sobie korkowe, ale klient nie czuje się dobrze, gdy mu się coś na siłę wciska, skoro zdecydował się na coś innego, trzykrotnie swoją opinię podtrzymał, a i tak musi czwarty raz dobitnie zaznaczyć, ze wybiera wino domu (pomimo niezadowolonej miny kelnera). Złościć się jednak na tych ludzi długo nie można, gdyż jak widzą Cię następnym razem, to traktują już jak swojego :)

I choć to ja w naszym tandemie nalegałem, aby oceny jednak przyznać, to proponuję, abyście zapomnieli w przypadku Pika Pika o jedzeniu, obsłudze i wystroju, gdyż w tym miejscu liczy się przede wszystkim atmosfera (no i oczywiście wino). Polecam!

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4


POST SCRIPTUM
Gdy kilka dni temu wpadliśmy na chwilę do Pika Pika, zauważyliśmy kilka nowych dań w menu - m.in. fasolę z szynką (za 5 zł) oraz langustynki (za 10 zł). Podoba nam się takie urozmaicenie, ale w zmianach są dwie strony medalu, gdyż okład podawanej do wina bagietki tym razem był cieniem tego z wcześniejszej wizyty. Raz, że pasta warzywna posypana szynką i pasta grzybowa z serem nie zachwyciły, to jeszcze podano je w bardziej monotonny sposób. Wcześniej zamawialiśmy litr wina i otrzymywaliśmy pięć tapasów w trzech rodzajach. Tym natomiast razem podawano pięć tapasów jednego rodzaju.

KOSZTORYS dla 2 osób:
Jamon Serrano - 5 zł.
Chorizo - 5 zł.
Queso Manchego - 5 zł.
Pisto Manchego - 5 zł.
Pimientos del piquillo con crema de gambas - 5 zł.
Tortilla de - 5 zł.
Carne con tomate - 5zł.
Garbanizos con bacalao - 5 zł.
Croquetas de pollo - 10 zł.
Tarta de chocolate - 7 zł
Bracamonte Verdejo 2010 0,75 – 51 zł
Wino domu 0,5 - 15 zł.
Suma: 123 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.00

ADRES: Poznań, ul. Zamkowa 5
INTERNET: brak strony www

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...