niedziela, 11 lipca 2010

GOKO restauracja japońska

Zdajemy sobie sprawę, że być może nadużywamy Waszej cierpliwości w związku z faktem, iż ostatnia właściwa recenzja dotyczyła również sushi baru. Mamy jednak nadzieję, że usprawiedliwiają nas informacje zamieszczone w post scriptum do posta konkursowego. Jednocześnie, tak jak w przypadku Tajskich Smaków, z racji wystosowanego zaproszenia postanowiliśmy nie przyznawać ocen, co nie zmienia faktu, że do wizyty w Goko podeszliśmy równie krytycznie, jak w każdym innym przypadku. Wierzymy bowiem, że nasze spostrzeżenia mogą być wskazówką nie tylko dla Was, ale także dla właścicieli lokalu.

PS Opis drugiej wizyty znajdziecie tutaj.


ONA:
Pisanie recenzji, kiedy za oknem pogoda niczym na Jamajce, a tv kusi kolejnymi relacjami z mundialu i ligi światowej, nie jest moją najmocniejszą stroną. Przegrzany umysł donosi jednak, że już czas napisać kilka słów. W równie upalny dzień co dziś wybraliśmy się do Goko. Ze skwarnego zakątka Garbar weszliśmy do kusząco chłodnego azylu. Na tyle chłodnego, że pod koniec wizyty było mi już jednak odrobinę za zimno. Celowo użyłam słowa azyl, ponieważ takie właśnie wrażenie sprawiło na mnie to odcięte od świata wnętrze. Szyby dużych okien pokrywa bowiem powłoka, która przepuszcza światło, ale skutecznie maskuje to co za nimi. Zabieg ten spotęgowany został przez duże prostokąty półprzezroczystego czarno-czerwonego materiału przymocowanego do przestrzeni okiennej. Powiem szczerze, że taka izolacja w normalnych warunkach trochę przeszkadzałaby mi, ale w tym wypadku okazała się całkiem zmyślnym rozwiązaniem tworzącym przyjemną, orientalizującą enklawę. Można w niej znaleźć wiele motywów japońskich np. zbroję samuraja, katanę i ikebanę. W oczy rzucają się również ładnie nakryte, proste stoliki i szczegóły, takie jak: ustawione w ciekawy „zygzak” nowoczesne krzesła, oraz menu ułożone w orientalizujący stosik. Ciekawy efekt osiągnięty został również przez zamontowanie przezroczystej płyty plexi na surowej, czarnej ścianie za długim, wysokim barem. Zabieg ten spowodował optyczne zwielokrotnienie i powiększenie tego w sumie nie największego wnętrza. Niczym cztery żywioły królują tutaj 4 kolory: czerwień, czerń, szarość i biel i to one spinają cały wystrój swoistą klamrą. Dorzucić do tego można jeszcze odjazdową, designerską łazienkę z krzesłem Fabio Novembre i powstaje nam całkiem przyjemne i niebanalne wnętrze trzymające się nowoczesnych standardów.

Kiedy zajęliśmy miejsca przy stoliku, przywitał nas sympatyczny sushi master, którego chwilę później zastąpiła równie sympatyczna Pani z obsługi. Oboje bardzo dbali o to, aby niczego nam nie brakowało, niemniej zdajemy sobie sprawę, że nasza wizyta mogła spowodować większą mobilizację. Dzień wcześniej ustaliliśmy, że chcemy skupić się przede wszystkim na daniach „nie - sushi”. Zdecydowałam się zatem na pikantną zupę z owocami morza i smażonego węgorza z sosem kabayaki. To wszystko poprzedziliśmy aperitifem z sake podanej w fantazyjnie wyciętym, zielonym ogórku na kruszonym lodzie z malinami i owocami physalisu. Zupa była smaczna i rzeczywiście pikantna. Przyznam, że dla mnie była to górna granica akceptowalnej pikantności, gdyż przy ostrzejszym płynie nie byłabym w stanie rozróżnić smaków. Klarowny bulion z warzywami (cukinia, kapusta, marchewka) wzbogacony został w sumie niewielką ilością owoców morza. Kilka małych kawałków ośmiornicy i strzępek małży, nie zaspokoiły w pełni moich oczekiwań, choć smakowo było bez zarzutu. Bez zarzutu, dopóki nie spróbowałam od Marcina sałatki z glonami wakame i serkiem tofu. O ile zupa po prostu bardzo mi smakowała, o tyle sałatka była przepyszna. Jeszcze nigdy i nigdzie nie jadłam tak dobrej sałatki nazywanej tofu sarada. Wakame przygotowane na kilka sposobów – jedne tradycyjne, inne marynowane, to wszystko z białym i czarnym sezamem i aksamitnym serkiem tofu. Rewelacja. Szkoda tylko, że właścicielem tej rewelacji był Marcin, a nie ja. Musiałam się zadowolić zaledwie kilkoma kęsami tego specjału. Dalej przyszła kolej na węgorza. Ten był świeży, delikatny i aromatyczny, polany gęstym, słodkim sosem kabayaki. Warty skosztowania, choć jak dla mnie słabszym elementem były tu smażone warzywa, które odrobinę odstawały poziomem od smakowitej ryby. Oba dania, poprzedzone czekadełkiem w formie sałatki sprawiły, że byłam naprawdę najedzona. I choć założyliśmy sobie, że wypróbujemy przynajmniej jedną pozycję z karty sushi (skoro restauracja reklamuje się jako najlepsze sushi w mieście), nie byłam już w stanie tego dokonać. Dlatego, mimo, że jestem wojującym przeciwnikiem "wynosów", sushi wzięliśmy na kolację do domu. Nie wiem zatem czy była to kwestia tego, że sushi nie zjedliśmy zaraz po przygotowaniu, ale nie zauważyłam w nim nic więcej niż to, co standardowo dostaję w większości poznańskich sushi barów. Było smaczne, ale nie nadzwyczajne. Moim hitem i absolutnym numerem jeden pozostaje przepyszna sałatka.

Wizyta w Goko była dla mnie długo wyczekiwanym doświadczeniem. Nie jestem w stanie policzyć ile już razy wybieraliśmy się tam i ile już razy coś stawało nam na drodze. Do wizyty zachęcała mnie zarówno postawa właściciela, który od samego otwarcia restauracji serdecznie nas zapraszał (co niezmiennie uważam za potwierdzenie godnego naśladowania stosunku do klienta i tego, że właściciele są przekonani o wysokiej jakości swoich usług) oraz kilka zasłyszanych opinii, iż sushi w Goko rzeczywiście jest najlepsze w mieście i smakuje prawie tak samo jak w Japonii. Nie jestem w stanie zweryfikować tej opinii – podróż do Japonii nadal przede mną - ale z czystym sumieniem mogę polecić Goko każdemu wielbicielowi tofu sarady i ciepłych specjałów azjatyckiej proweniencji!


ON:
Mijając nową restaurację, lustruję ją mimowolnie i z zaciekawieniem zerkam przez okna, aby wyrobić sobie choćby zarys wyobrażenia o jej wnętrzu, a także klimacie, jaki tam panuje. Goko do ostatniej chwili pozostało jednak dla mnie tajemnicą, gdyż poprzez zasłonięte okna nie sposób nic, a nic ujrzeć. Elewacja budynku, oflagowanie oraz kremowe zasłony sugerują jedynie, że w środku spodziewać się możemy jasnych i ciepłych kolorów. Gdy bezpośrednio z ulicy wchodzimy do długiej i wąskiej sali głównej, ze stolikami po prawej i barem po lewej stronie, okazuje się jednak, że za sprawą kolorystyki mebli we wnętrzach dominuje kolor czerwony. Zasiadamy na końcu sali, tak jak to mamy w zwyczaju – w możliwie najbardziej ustronnym, a jednocześnie możliwie najbardziej oświetlonym miejscu. Przeglądam elegancką, dość obszerną (23 strony), ale zarazem poręczną i czytelną kartę menu i oznajmiam uprzejmej i uśmiechniętej Pani kelnerce, że na decyzję potrzebuję trochę więcej czasu. Zazwyczaj doskonale wiem, czego chcę skosztować w sushi barach. Jednak Goko z pewną (jak mniemam) premedytacją, a zarazem śmiałością poszło szerzej i nie nawiązuje w swojej nazwie do modnego sushi, tylko do całej kuchni japońskiej. I choć gotów jestem się założyć, że i tak większość gości skłania się w tym miejscu do sushi, to ja postanowiłem skorzystać z okazji, aby pójść szerzej w kuchnię japońską.

Tak, czy inaczej dopadł mnie odwieczny dylemat pierwszego dania – zupa, czy sałatka? Zazwyczaj skłaniam się do zupy, ale w menu widzę tofu sarada i choć do tej pory żadna tego typu sałatka nie dorównała w moim mniemaniu tej serwowanej w Sakanie, to z nadzieją decyduję się na jeszcze jedno porównanie. W kwestii głównego dania wybieram ryby i selekcjonuje trzy potrawy, które są w kręgu moich zainteresowań. Ze wskazaniem tej konkretnej wstrzymuję się jednak i proszę o radę Panią kelnerkę, która z przekonaniem tłumaczy, że w tym wypadku zdecydowanie poleca łososia po japońsku, który cieszy się dużym uznaniem wśród gości. Dodam tylko, że jako alternatywę rozważałem halibuta gotowanego na parze (za delikatny wg niektórych opinii) oraz łososia teriyaki (nie pamiętam, dlaczego to danie uzyskało najsłabsze noty, ale odniosłem wrażenie, że jest dość proste). Za to wspomniany już łosoś po japońsku miał być zarówno ciekawy w smaku, jak i wyszukany i to właśnie na niego się zdecydowałem. Do tego domówiliśmy dzbanek herbaty shincha aracha, którą uzyskuje się ponoć wczesną wiosną z pierwszego zbioru. Gdy już zamówienie zostało złożone, to korzystając z okazji, że lokal opuścili wszyscy goście (a nowi jeszcze nie nadeszli), zabraliśmy się za fotografowanie wnętrz. Mieliśmy przy tym wrażenie, że mamy do czynienia z jednobryłową restauracją i już po kilku minutach zadanie uznaliśmy za wykonane. Wówczas Pani kelnerka wskazała nam jeszcze drogę do zacisznego vip roomu tuż za ścianą oraz zachęciła, abyśmy chociaż zajrzeli do toalety, która jest „taka ich mała dumą”. Przyznam, że design tejże toalety zrobił na mnie wrażenie i choć nie udało się tego w pełni uchwycić na zdjęciu (brakuje efektu zastosowanych luster), to zrobiliśmy wyjątek i zamieściliśmy w recenzji ujęcie tego zazwyczaj zawstydzającego miejsca. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może odpowiadać widok pisuaru, obok zdjęć z jedzeniem, niemniej tak postanowiliśmy i mam nadzieję, że jeżeli odwiedzicie Goko i zajrzycie do tej toalety, to zrozumiecie zamysł i nam wybaczycie :)

Tymczasem na stole czekały na nas dwie niespodzianki – czekadełko w postaci sałatki oraz mrożona sake podana w ozdobionym ogórku. Sałatka podawana jest wszystkim gościom, jednak nie zaobserwowałem tego w przypadku drinku powitalnego i dlatego wstrzymam się z jego oceną. Z przyjemnością za to pochwalę ideę czekadełka warzywnego z dressingiem na bazie chrzanu wasabi, które w Goko jest na tyle spore i na tyle bogate w smaku (dwa przeciwieństwa darmowej przystawki z Violet Sushi), że spokojnie może stanowić oddzielne danie. W tym jednak kontekście poczułem, że dokonałem złego wyboru pierwszego dania. Tak bowiem miałbym i zupę i sałatkę, a tak zostałem z sałatką i sałatką. I choć ostatecznie nie ma co narzekać, bowiem sałatka tofu sarada okazała się wyborna (o czym za chwilę), to w świecie idealnym życzyłbym sobie, aby obsługa informowała gości o takowych gratisach, bowiem jak widać, może mieć to istotny wpływ na składane zamówienie. Co się natomiast tyczy samej tofu sarady (glony wakame, serek tofu, biały i czarny sezam), to nie kosztowałem nigdy tak dobrej jej wersji, a wspomniany wcześniej wzór z Sakany stracił palmę pierwszeństwa. Oryginalność tejże potrawy nie tylko czuć w smaku, ale również widać gołym okiem, jako iż glony wakame zostały w specjalny sposób zaprawione (miałem wrażenie, że na trzy sposoby) i przyozdobione jadalnym kwiatem fasoli. Oczarowani sałatką dowiedzieliśmy się od Pani kelnerki, że sporo pracy i czasu włożono, aby wypracować taką, a nie inną koncepcję jej serwowania. Jeżeli miałbym cokolwiek w niej udoskonalić, to użyłbym tylko trochę twardszego serka tofu, aby dostosować ją do swoich preferencji. Choć był to prawdziwy rarytas, to i tak tęsknie zerkałem w stronę zupy Ani, a gdy już jej spróbowałem, to od razu wymyśliłem koncepcję wzajemnej wymiany naszych pierwszych dań, gdy tylko dojemy je do połowy :) Pora jednak przejść do dania głównego, które tak jak zapowiadało, tak też wyglądało – bardzo ciekawie. Podano je na bardzo słusznych rozmiarów talerzu ceramicznym. Na środku ułożonych było w warkocz około 8-10 kawałków grillowanego łososia owiniętego w algi niczym maki sushi, który został przykryty bogactwem warzyw oraz podlany gęstym sosem z wyczuwalnym smakiem mleczka kokosowego. Wszystko to posypane białym i czarnym sezamem, a po bokach motywy warzywne – ozdoba z marchewki oraz sałatka, taka sama (ewentualnie bardzo podobna) jakiej użyto do czekadełka. Ryba była naprawdę świetna - idealnie zgrillowana – delikatna w konsystencji (bardziej delikatny był tylko kosztowany przez Anię węgorz), a jednocześnie wyrazista w smaku. Istna poezja, którą zakłócała mi jedynie świadomość, że choć tyle chciałem spróbować, to spróbowałem jedynie sałatkę, sałatkę i rybę z sałatką. Na nic innego już jednak nie wystarczyło miejsca i choć, to pewnego rodzaju świętokradztwo, to sushi zdecydowaliśmy się zamówić na wynos. Co rzuciło mi się w oczy to dbałość w Goko o szczegóły estetyczne. Odnosi się to zarówno do przygotowanego na wynos sushi (ładne i jakościowo dobre pałeczki, ułożenie imbiru oraz wzór liścia odciśnięty na odpowiednio uformowanym wasbi), jak i całej naszej wizyty, o czym mogą świadczyć wykonane przez nas zdjęcia. Tyle moich opinii. Ciekaw jestem przy tym bardzo, jakie odczucia z restauracji Goko wyniosą zwycięzcy naszego wakacyjnego konkursu, którzy tak jak i my, będą dysponować bonem o wartości 150 złotych :)

Dodam jeszcze, że samo sushi, spożyliśmy zaledwie kilka chwil po wejściu do domu, jednak nie jestem w stanie wypowiedzieć się szerzej na jego temat. Sześć kawałków maki (trzy z łososiem i trzy z tuńczykiem), to zdecydowanie za mało, aby cokolwiek wartościować. Do rzetelnej oceny potrzebna mi będzie kolejna wizyta, a póki co podzielę się z Wami mglistym skojarzeniem, że sushi z Goko przypomina bardziej to serwowane w Matii, Sushi 77 i Kuro by Panamo, niż to podawane w Sakanie oraz Violet Sushi & Yakitori.


KOSZTORYS:
Kaisen supu (zupa z owoców morza na ostro) - 17 zł.
Tofu sarada (sałatka z glonów wakame z serkiem tofu posypana białym i czarnym sezamem) - 10 zł.
Unagi kabayaki (węgorz smażony z warzywami w sosie kabayaki) - 48 zł.
Wafu sake (łosoś po japońsku) - 45 zł.
6 x sake filadelfia maki (łosoś, awokado, sałata, serek philadelphia) - 18 zł.
6 x maguro maki (tuńczyk, ogórek, awokado, sałata, tobikko, spicy sos) - 23 zł.
Herbata shincha aracha - 9 zł.
Suma: 170 zł.

ADRES: Poznań, ul. Woźna 13 (przy Mostowej)
INTERNET: www.goko.com.pl

Bookmark and Share

czwartek, 1 lipca 2010

Wakacyjny konkurs Zjeść Poznań i GOKO Restauracji Japońskiej

Zapraszamy Was do udziału w wakacyjnym konkursie na najciekawszą recenzję, który odbywa się pod patronatem GOKO Restauracji Japońskiej. Aby wziąć w nim udział należy zapoznać się z jego regulaminem, napisać oryginalną recenzję jednej z poznańskich restauracji oraz wysłać ją do 16 lipca (włącznie) na adres zjescpoznan@gmail.com. Spośród nadesłanych recenzji wybierzemy trzy naszym zdaniem najciekawsze, opublikujemy je na blogu, a ich Autorów nagrodzimy zaproszeniami do GOKO:

I wyróżnienie - zaproszenie o wartości 150 zł.
II wyróżnienie - zaproszenie o wartości 100 zł.
III wyróżnienie - zaproszenie o wartości 75 zł.

* Zaproszenia dotyczą całego menu GOKO Restauracji Japońskiej i będzie je można wykorzystać do 31 sierpnia 2010 r.

Dodatkowo po opublikowaniu zwycięzców zorganizujemy małą zabawę dla naszych znajomych na Facebooku, w której nagrodą będzie jeszcze jedno zaproszenie - tym razem o wartości 50 zł.



REGULAMIN KONKURSU:
1. Zadanie uczestników konkursu polega na przygotowaniu i przesłaniu opisowej (bez zdjęć) recenzji wybranej przez siebie poznańskiej restauracji.
2. W konkursie weźmie udział każdy, kto do 16 lipca 2010 r. (włącznie) prześle recenzje drogą elektroniczną na adres zjescpoznan@gmail.com.
3. Recenzja powinna być opatrzona pseudonimem autora, którym opatrzona zostanie publikacja. Uczestnik konkursu zobowiązany jest podać także nazwę recenzowanej restauracji oraz – do wiadomości organizatorów – swoje imię i nazwisko.
4. Wysłanie recenzji jest jednocześnie wyrażeniem zgody na:
a) jej publikacje na stronach serwisu Zjeść Poznań oraz na wykorzystanie jej na wszelkich polach eksploatacji określonych w art. 50 ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych, bez prawa nadania dodatkowego wynagrodzenia poza przyznanymi nagrodami.
b) przetwarzanie przez serwis Zjeść Poznań podanych w zgłoszeniu konkursowym danych osobowych uczestnika na potrzeby procesu rekrutacji związanego z konkursem.
5. Recenzja nadesłana na konkurs musi w całości stanowić oryginalna twórczość uczestnika konkursu, nie może stanowić plagiatu, być kopią innych utworów lub ich fragmentów, lub być w jakikolwiek inny sposób obciążona prawami na rzecz osób trzecich. Pełnia praw autorskich i majątkowych musi przysługiwać osobie biorącej udział w konkursie.
6. Każdy uczestnik konkursu może nadesłać tylko jedną recenzję, która weźmie udziału w konkursie.
7. Nadesłane recenzje oceniane będą przez  prowadzących serwis Zjeść Poznań, którzy wybiorą trzy najciekawsze recenzje i przyznają ich autorom nagrody w postaci zaproszeń do Restauracji Japońskiej GOKO (I wyróżnienie - zaproszenie o wartości 150 zł; II wyróżnienie - zaproszenie o wartości 100 zł; III wyróżnienie - zaproszenie o wartości 75 zł).
8. Nagrodzone recenzje zostaną opublikowane w serwisie Zjeść Poznań i opatrzone pseudonimami autorów. Decyzje prowadzących serwis Zjeść Poznań są ostateczne i żadne reklamacje ich dotyczące nie będą uwzględniane.
9. Ogłoszenie wyników będzie miało miejsce 19 lipca 2010 r., na stronach serwisu Zjeść Poznań. Laureaci zostaną powiadomieni o przyznaniu nagrody droga e-mailową.
10. Imienne nagrody będzie można odebrać po okazaniu dokumentu tożsamości na terenie GOKO Restauracji Japońskiej od chwili ogłoszenia wyników do 31 sierpnia 2010 r. Nagrody rzeczowe nie podlegają wymianie na równowartość w pieniądzu.

Tyle formalności. W razie dalszych pytań pozostajemy do Waszej dyspozycji. Miłej zabawy :)

ADRES: Poznań, ul. Woźna 13 (przy Mostowej)
INTERNET: www.goko.com.pl

POST SCRIPTUM: Do GOKO wybieraliśmy się już wielokrotnie, bowiem zasłyszeliśmy wiele pochlebnych opinii o tej japońskiej restauracji. Ostatecznie jednak nigdy nie udało nam się tam dotrzeć. Gdy dowiedzieli się o tym właściciele restauracji, zaprosili nas, abyśmy mogli wypróbować, jakie smakowite nagrody na Was czekają. Wkrótce zatem opublikujemy recenzję GOKO, tak abyście przekonali się o co warto zawalczyć :)

Bookmark and Share

piątek, 25 czerwca 2010

BOCUSE D'OR EUROPE 2010 - degustacja przedkonkursowa

Kilka tygodni temu trafiła nam się prawdziwa gratka. Zaproszono nas na przedkonkursową degustację dań przygotowywanych na eliminacje Bocuse d’Or Europe. Skosztowanie potraw przygotowanych przez zastępcę szefa kuchni Hotelu HP Park - Rafała Jelewskiego oraz jego pomocnika Bartosza Budzyńskiego było dla nas prawdziwą przyjemnością!


ONA:
Wspomnienia degustacji odżyły całkiem niedawno, kiedy to dowiedzieliśmy się, że Pan Rafał przeszedł europejskie eliminacje i zakwalifikował się do światowego finału konkursu Bocuse d’Or 2011. Nakręcony telefonem komórkowym (chyba) filmik z ogłoszenia wyników genialnie oddaje rangę konkursu. Przyznam, że oglądałam go kilka razy, bo podpatrywanie czyjejś dzikiej i pozbawionej hamulców radości niezmiennie wywołuje uśmiech na mojej twarzy. A było z czego się cieszyć, bo Bocuse d’Or to jeden z bardziej prestiżowych konkursów kulinarnych na świecie.

W tegorocznych eliminacjach, drużyny z 20 krajów przygotowywały dowolne dania z wykorzystaniem określonych składników. Każda z reprezentacji miała do dyspozycji halibuta sterling (ok. 5-6 kg) i szwajcarską cielęcinę (do wyboru: głowa cielęca bez kości, nóżki cielęce, grasica) oraz comber z kością. Te składniki były obowiązkowe i miały z nich powstać dania w dwóch kategoriach tematycznych, dla 14 osób, na 14 talerzach. Menu prezentowało się następująco:

Dania rybne:
Halibut Sterling wędzony na dymie brzozowym, kalmary faszerowane halibutem, pomidorami, kaparami i szczypiorkiem, cannelloni z halibuta, polenta w czarnym sezamie faszerowana pomidorami, rolada z halibuta z warzywnym Brunoise.

Dania mięsne:
Rolada ze szwajcarskiej cielęciny z nerkami cielęcymi, w liściach szałwii i szynce parmeńskiej, grasica cielęca podana ze srebrnymi cebulkami, z dodatkiem nalewki malinowej i miodu, torcik z Purée ziemniaczanego wątroby cielęcej, policzki cielęce z białą kapustą i korzeniem chrzanu w zielonych liściach chrzanu, rożki z ciasta z młodymi warzywami.

Jako zatwardziały wielbiciel ryb pozostałam wierna daniom z halibuta, z drugiego talerza podkradając zaledwie kilka kawałków grasicy. Wszystko smakowało wybornie. Każdy z nas starał się jednak możliwie krytycznie podejść do tematu (bo takie było założenie degustacji). Moje zarzuty skierowane były w kierunku polenty (jak się okazało byłam jedyną osobą, która miała z nią problem). Polentę samą w sobie lubię, ale biorąc pod uwagę fakt, że kucharze muszą estetycznie zapełnić 14 talerzy, to dostarczona mi przed oblicze polenta nie miała szans pozostać ciepłą. A to już kojarzyło mi się wyłącznie z dramatycznymi przeżyciami przedszkolnymi nad talerzem zimnej grudkowatej, kaszki serwowanej na śniadanie, wprost z wielkiego, niebieskiego gara. Do moich faworytów mogę zaliczyć natomiast delikatnego wędzonego halibuta , cannelloni i przepyszną grasicę. Przyznam, że początkowo podchodziłam do dań z ciekawością podszytą lekką rezerwą, ponieważ uprzedzono nas, iż przygotowane zostały one przede wszystkim z myślą o jury, a nie o zwykłych „zjadaczach chleba”. Nie znając dokładnego menu, a ulegając sile nazbyt wybujałej wyobraźni myślałam o jakichś niestworzonych kombinacjach składników posypanych dajmy na to pyłkiem ze zmielonych kopyt ;). W kwestiach smakowych było jednak bardzo bezpiecznie i obyło się bez kontrowersji. Przyznam, że zaskoczyła mnie jedynie skóra z halibuta usmażona w tempurze. Pomysł dość oryginalny i smakowo przyzwoity. Jestem przy tym pewna, że dania przypadłyby do gustu każdemu (każdemu, kto nie jest wegetarianinem i lubi ryby). Tym bardziej ciekawi mnie jakie rarytasy serwuje Pan Rafał na co dzień w hotelowej kuchni. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że menu konkursowe nie mogłoby znaleźć się w karcie restauracji, gdyż przygotowanie go wymagało dużych nakładów finansowych. Stąd dania musiałyby słono kosztować, co wiązałoby się zapewne ze znikomym zainteresowaniem. Co mnie zaskoczyło najbardziej to niewiarygodna wprost dbałość o szczegóły. Nie chodziło tu tylko o estetykę podania i smak, ale także o to, jak danie zachowuje się po wbiciu weń sztućców. Cóż, być może nie powinno to być zaskoczeniem, może właśnie to jest kluczem do sukcesu.

Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że w Poznaniu mamy wschodzącą (a może właściwie już świecącą) gwiazdę na kulinarnym firmamencie. Pozostaje zatem tylko pękać z dumy i znaleźć jakąś dobrą okazję do ponownego wypróbowania dań wychodzących spod ręki Pana Rafała, nawet jeśli restauracja Hotelu Park jest trudno dostępna (dla osób bez samochodu i nie mieszkających w okolicach Malty) i zdecydowanie zasługuje na rewitalizację wystroju.

PS Z ciekawością śledzić też będę karierę zawodową Bartka Budzyńskiego. Młodzieniec ów w roli pomocnika pojawił się na konkursie już dwa razy, czekam zatem na jego indywidualny debiut :)



ON:
Pewnego razu otrzymaliśmy e-mail od Pana Jakuba Pindycha z Poznańskiej Lokalnej Organizacji Turystycznej, który zaprosił nas na degustację dań konkursowych w imieniu reprezentantów Polski w konkursie Bocuse d'Or Europe. Degustacja została zaplanowana na wtorek na godz. 13:00, co ze względu na pracę nie do końca nam pasowało. Ostatecznie podeszliśmy ze zrozumieniem wobec faktu, że degustacje dopasowane są do godzin treningów i zdecydowaliśmy się na jednodniowy urlop. Zaczęliśmy też pilnie nadrabiać zaległości i przyswajać wiedzę o konkursie, o którym wcześniej nic nie słyszeliśmy. Poziom mojej wiedzy wzrastał, jednak podczas wymiany korespondencji z organizatorami zaniepokoiło mnie stwierdzenie, że menu i sposób przygotowania dań adresowany jest do jurorów, a nie do gości restauracji. Zostało to wytłumaczone w ten sposób, że zastosowane składniki, stopień obróbki termicznej mięsa i ryb oraz sposób przyprawienia odbiegają od propozycji serwowanych w restauracji na co dzień, a tym samym dania nie są wykonane z myślą o zadowoleniu przeciętnego gościa restauracji. Przyznam, że nie do końca rozumiem taką wykładnię i nie do końca się z nią zgadzam, (ale o tym później).

Wtorek okazał się niespodziewanie dość deszczowym dniem i mimo, że ostatni odcinek (wzdłuż jeziora maltańskiego) pokonywaliśmy pieszo oraz bez parasola, to dotarliśmy do Hotelu Park na czas. Przy dużym, 14 osobowym stole towarzystwo było mieszane. Spotkaliśmy się tam bowiem z reprezentantami sponsora, laureatami dwóch konkursów oraz przedstawicielami jednej z restauracji. Gospodarzem degustacji był z kolei Pan Jakuba Pindych, który bardzo przygotował nas merytorycznie. I tak okazało się, że Polska nie miała początkowo startować w tychże eliminacjach, ale trafiliśmy na listę rezerwową i zrządzeniem losu jednak startujemy. Nie było przy tym czasu, aby urządzać krajowe eliminacje i odgórnie postawiono na ekipę z Hotelu Park, która zaprawiona jest już w wielu konkursowych bojach. Bocuse d'Or, to jednak konkurs nietuzinkowy w swoim prestiżu i profesjonalizmie. Każda federacja ma swojego prezydenta, reprezentacja ma z kolei swojego trenera, właściwego kucharza, a także pomocnika. Zasad formalnych jest bez liku. O wszystkich słuchałem z zaciekawieniem, ale nie wszystkie jestem w stanie powtórzyć, chociażby ze względu na ograniczenie objętościowe recenzji. Zainteresowanych tematem odsyłam jednak do oficjalnej strony Bocuse d'Or. Wspomnę tylko, że podobnych degustacji było kilka, a my uczestniczyliśmy w tej przedostatniej.

Wszystko odbywało się w rygorze konkursowym. Zero miejsca na jakąkolwiek pomyłkę. Określone składniki, określony sprzęt, określony czas na przygotowanie oraz podanie potraw. Wierzcie lub nie, ale naprawdę czuło się powagę sytuacji. Wreszcie wkroczyli na salę - lekko spięci, o poważnych minach - Panowie Rafał Jelewski i Bartosz Budzyński. Nieśli ze sobą wielką prostokątną paterę, z którą obeszli odpowiednio stół, aby zaprezentować nam 14 porcji dania rybnego, tak jak podczas konkursu będą prezentować ją przed 20 osobowym jury. Kolejny etap, to podanie 14 identycznych porcji, na wcześniej podgrzanych talerzach. Gdy kosztowaliśmy wynik ich rybnych zmagań, oni byli już w kuchni i pracowali nad daniami mięsnymi, które zaserwowano przy podobnym ceremoniale, tylko na okrągłej paterze. Co do potraw, to absolutna rewelacja i prawdziwe niebo w gębie. Wszystko smakowało mi wybornie, wszystko zniknęło z mojego talerza błyskawicznie i wszystkiego z chęcią spróbowałbym ponownie. Problem jedynie w tym, że zaproszono mnie, abym przedstawił uwagi krytyczne i wskazał, co moim zdaniem można by jeszcze poprawić. Zatem choć danie pyszne, to musiałem dla zasady przeczepić się do kilku niuansów, aby nie uznano mnie za kulinarnego ignoranta i tym samym nie zaproszono już na żadną degustację ;) Zatem doszukałem się w głębokiej podświadomości dwóch niedostatków (halibut w niektórych miejscach niedostatecznie delikatny, a gołąbek z policzkami cielęcymi trudny do pokrojenia), a następnie wyartykułowałem je nieśmiało podczas podegustacyjnej dyskusji. Na dyskusję zawitali zresztą Panowie reprezentanci, którzy odpowiadali spokojnie na każde nasze pytanie, a także tłumaczyli każdy swój kulinarny wybór oraz każdy wskazany niedostatek. I tak okazało się, że halibut wędzony był ze skórą, a dostępna tamtego dnia wędzarka niedomagała w pewnych obszarach, co zmuszało do regularnego przekładania ryby (i akurat moja porcja mogła nie być odpowiednio przełożona). Z kolei w przypadku gołąbków trudność krojenia wynikała z kompromisu z wyglądem potrawy, bowiem mogła zostać bardziej podgotowana, ale straciłaby kolor. To zresztą tylko dwa tematy rozległej dyskusji, w której dominował wątek przekrojonego na pół kapara ;) Mnie zadziwiło jednak co innego, a mianowicie - zbytnie wycofanie Panów Rafała i Bartosza. Niech mi wybaczą tę opinię, ale w ich gestach i słowach nie widziałem wiary w sukces oraz obietnicy, że wezmą byka za rogi i zrobią wszystko, aby dostać się do światowego finału. Nie zrozumiałem też, dlaczego podane nam potrawy nie nadają się niby do serwowania w restauracji Hotelu Park. Dania były świetne i choć rozumiem, że wymagają dużo pracy, to na pewno w Poznaniu znajda się ludzie, którzy zapłacą więcej, aby spróbować czegoś o poziom wyżej. Inaczej nigdy nie dorobimy się w naszym mieście restauracji wyróżnionej przez przewodnik Michelin. Odwagi zatem Panowie! Na całe szczęście, takimi jakich chciałem Was zobaczyć, zobaczyłem z nawiązką na wspomnianym przez Anię filmiku! Brawo!

Kilka tygodni po fakcie dowiedzieliśmy się, że dzięki naszym i innych degustatorów uwagom, ryba nie była już wędzona ze skórą i wydłużono czas wędzenia, by segmenty były delikatniejsze i łatwiejsze w rozdzieleniu. Zmienił się też dostawca szynki parmeńskiej, która dzięki cieńszym plastrom i najlepszej osiągalnej jakości przestała być słona, a jej szlachetna „winkowatość” świetnie komponowała się z sosem na bazie wina. Ponadto, gołąbek z policzkami cielęcymi zyskał kształt, połysk i przede wszystkim stał się łatwy do pokrojenia.

PS Ostatecznie Rafał Jelewski i Bartosz Budzyński zajęli 12 miejsce w europejskich eliminacjach i jako pierwsza polska ekipa wezmą udział w światowym finale Bocuse d'Or. Konkurs odbędzie się w styczniu 2011 r. w Lyonie, a ja tymczasem szczerze gratuluję dotychczasowego sukcesu i mocno trzymam kciuki za kolejny!



MENU RYBNE: Halibut Sterling wędzony na dymie brzozowym, kalmary faszerowane halibutem, pomidorami, kaparami i szczypiorkiem, cannelloni z halibuta, polenta w czarnym sezamie faszerowana pomidorami, rolada z halibuta z warzywnym Brunoise.

MENU MIĘSNE: Rolada ze szwajcarskiej cielęciny z nerkami cielęcymi, w liściach szałwii i szynce parmeńskiej, grasica cielęca podana ze srebrnymi cebulkami, z dodatkiem nalewki malinowej i miodu, torcik z Purée ziemniaczanego wątroby cielęcej, policzki cielęce z białą kapustą i korzeniem chrzanu w zielonych liściach chrzanu, rożki z ciasta z młodymi warzywami.

ADRES: Poznań, ul. Abp. A. Baraniaka 77 (Hotel HP Park)
INTERNET: www.gastromaniacy.pl

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...