Zdajemy sobie sprawę, że być może nadużywamy Waszej cierpliwości w związku z faktem, iż ostatnia właściwa recenzja dotyczyła również sushi baru. Mamy jednak nadzieję, że usprawiedliwiają nas informacje zamieszczone w post scriptum do posta konkursowego. Jednocześnie, tak jak w przypadku Tajskich Smaków, z racji wystosowanego zaproszenia postanowiliśmy nie przyznawać ocen, co nie zmienia faktu, że do wizyty w Goko podeszliśmy równie krytycznie, jak w każdym innym przypadku. Wierzymy bowiem, że nasze spostrzeżenia mogą być wskazówką nie tylko dla Was, ale także dla właścicieli lokalu.
PS Opis drugiej wizyty znajdziecie tutaj.
ONA:
Pisanie recenzji, kiedy za oknem pogoda niczym na Jamajce, a tv kusi kolejnymi relacjami z mundialu i ligi światowej, nie jest moją najmocniejszą stroną. Przegrzany umysł donosi jednak, że już czas napisać kilka słów. W równie upalny dzień co dziś wybraliśmy się do Goko. Ze skwarnego zakątka Garbar weszliśmy do kusząco chłodnego azylu. Na tyle chłodnego, że pod koniec wizyty było mi już jednak odrobinę za zimno. Celowo użyłam słowa azyl, ponieważ takie właśnie wrażenie sprawiło na mnie to odcięte od świata wnętrze. Szyby dużych okien pokrywa bowiem powłoka, która przepuszcza światło, ale skutecznie maskuje to co za nimi. Zabieg ten spotęgowany został przez duże prostokąty półprzezroczystego czarno-czerwonego materiału przymocowanego do przestrzeni okiennej. Powiem szczerze, że taka izolacja w normalnych warunkach trochę przeszkadzałaby mi, ale w tym wypadku okazała się całkiem zmyślnym rozwiązaniem tworzącym przyjemną, orientalizującą enklawę. Można w niej znaleźć wiele motywów japońskich np. zbroję samuraja, katanę i ikebanę. W oczy rzucają się również ładnie nakryte, proste stoliki i szczegóły, takie jak: ustawione w ciekawy „zygzak” nowoczesne krzesła, oraz menu ułożone w orientalizujący stosik. Ciekawy efekt osiągnięty został również przez zamontowanie przezroczystej płyty plexi na surowej, czarnej ścianie za długim, wysokim barem. Zabieg ten spowodował optyczne zwielokrotnienie i powiększenie tego w sumie nie największego wnętrza. Niczym cztery żywioły królują tutaj 4 kolory: czerwień, czerń, szarość i biel i to one spinają cały wystrój swoistą klamrą. Dorzucić do tego można jeszcze odjazdową, designerską łazienkę z krzesłem Fabio Novembre i powstaje nam całkiem przyjemne i niebanalne wnętrze trzymające się nowoczesnych standardów.
Kiedy zajęliśmy miejsca przy stoliku, przywitał nas sympatyczny sushi master, którego chwilę później zastąpiła równie sympatyczna Pani z obsługi. Oboje bardzo dbali o to, aby niczego nam nie brakowało, niemniej zdajemy sobie sprawę, że nasza wizyta mogła spowodować większą mobilizację. Dzień wcześniej ustaliliśmy, że chcemy skupić się przede wszystkim na daniach „nie - sushi”. Zdecydowałam się zatem na pikantną zupę z owocami morza i smażonego węgorza z sosem kabayaki. To wszystko poprzedziliśmy aperitifem z sake podanej w fantazyjnie wyciętym, zielonym ogórku na kruszonym lodzie z malinami i owocami physalisu. Zupa była smaczna i rzeczywiście pikantna. Przyznam, że dla mnie była to górna granica akceptowalnej pikantności, gdyż przy ostrzejszym płynie nie byłabym w stanie rozróżnić smaków. Klarowny bulion z warzywami (cukinia, kapusta, marchewka) wzbogacony został w sumie niewielką ilością owoców morza. Kilka małych kawałków ośmiornicy i strzępek małży, nie zaspokoiły w pełni moich oczekiwań, choć smakowo było bez zarzutu. Bez zarzutu, dopóki nie spróbowałam od Marcina sałatki z glonami wakame i serkiem tofu. O ile zupa po prostu bardzo mi smakowała, o tyle sałatka była przepyszna. Jeszcze nigdy i nigdzie nie jadłam tak dobrej sałatki nazywanej tofu sarada. Wakame przygotowane na kilka sposobów – jedne tradycyjne, inne marynowane, to wszystko z białym i czarnym sezamem i aksamitnym serkiem tofu. Rewelacja. Szkoda tylko, że właścicielem tej rewelacji był Marcin, a nie ja. Musiałam się zadowolić zaledwie kilkoma kęsami tego specjału. Dalej przyszła kolej na węgorza. Ten był świeży, delikatny i aromatyczny, polany gęstym, słodkim sosem kabayaki. Warty skosztowania, choć jak dla mnie słabszym elementem były tu smażone warzywa, które odrobinę odstawały poziomem od smakowitej ryby. Oba dania, poprzedzone czekadełkiem w formie sałatki sprawiły, że byłam naprawdę najedzona. I choć założyliśmy sobie, że wypróbujemy przynajmniej jedną pozycję z karty sushi (skoro restauracja reklamuje się jako najlepsze sushi w mieście), nie byłam już w stanie tego dokonać. Dlatego, mimo, że jestem wojującym przeciwnikiem "wynosów", sushi wzięliśmy na kolację do domu. Nie wiem zatem czy była to kwestia tego, że sushi nie zjedliśmy zaraz po przygotowaniu, ale nie zauważyłam w nim nic więcej niż to, co standardowo dostaję w większości poznańskich sushi barów. Było smaczne, ale nie nadzwyczajne. Moim hitem i absolutnym numerem jeden pozostaje przepyszna sałatka.
Wizyta w Goko była dla mnie długo wyczekiwanym doświadczeniem. Nie jestem w stanie policzyć ile już razy wybieraliśmy się tam i ile już razy coś stawało nam na drodze. Do wizyty zachęcała mnie zarówno postawa właściciela, który od samego otwarcia restauracji serdecznie nas zapraszał (co niezmiennie uważam za potwierdzenie godnego naśladowania stosunku do klienta i tego, że właściciele są przekonani o wysokiej jakości swoich usług) oraz kilka zasłyszanych opinii, iż sushi w Goko rzeczywiście jest najlepsze w mieście i smakuje prawie tak samo jak w Japonii. Nie jestem w stanie zweryfikować tej opinii – podróż do Japonii nadal przede mną - ale z czystym sumieniem mogę polecić Goko każdemu wielbicielowi tofu sarady i ciepłych specjałów azjatyckiej proweniencji!
ON:
Mijając nową restaurację, lustruję ją mimowolnie i z zaciekawieniem zerkam przez okna, aby wyrobić sobie choćby zarys wyobrażenia o jej wnętrzu, a także klimacie, jaki tam panuje. Goko do ostatniej chwili pozostało jednak dla mnie tajemnicą, gdyż poprzez zasłonięte okna nie sposób nic, a nic ujrzeć. Elewacja budynku, oflagowanie oraz kremowe zasłony sugerują jedynie, że w środku spodziewać się możemy jasnych i ciepłych kolorów. Gdy bezpośrednio z ulicy wchodzimy do długiej i wąskiej sali głównej, ze stolikami po prawej i barem po lewej stronie, okazuje się jednak, że za sprawą kolorystyki mebli we wnętrzach dominuje kolor czerwony. Zasiadamy na końcu sali, tak jak to mamy w zwyczaju – w możliwie najbardziej ustronnym, a jednocześnie możliwie najbardziej oświetlonym miejscu. Przeglądam elegancką, dość obszerną (23 strony), ale zarazem poręczną i czytelną kartę menu i oznajmiam uprzejmej i uśmiechniętej Pani kelnerce, że na decyzję potrzebuję trochę więcej czasu. Zazwyczaj doskonale wiem, czego chcę skosztować w sushi barach. Jednak Goko z pewną (jak mniemam) premedytacją, a zarazem śmiałością poszło szerzej i nie nawiązuje w swojej nazwie do modnego sushi, tylko do całej kuchni japońskiej. I choć gotów jestem się założyć, że i tak większość gości skłania się w tym miejscu do sushi, to ja postanowiłem skorzystać z okazji, aby pójść szerzej w kuchnię japońską.
Tak, czy inaczej dopadł mnie odwieczny dylemat pierwszego dania – zupa, czy sałatka? Zazwyczaj skłaniam się do zupy, ale w menu widzę tofu sarada i choć do tej pory żadna tego typu sałatka nie dorównała w moim mniemaniu tej serwowanej w Sakanie, to z nadzieją decyduję się na jeszcze jedno porównanie. W kwestii głównego dania wybieram ryby i selekcjonuje trzy potrawy, które są w kręgu moich zainteresowań. Ze wskazaniem tej konkretnej wstrzymuję się jednak i proszę o radę Panią kelnerkę, która z przekonaniem tłumaczy, że w tym wypadku zdecydowanie poleca łososia po japońsku, który cieszy się dużym uznaniem wśród gości. Dodam tylko, że jako alternatywę rozważałem halibuta gotowanego na parze (za delikatny wg niektórych opinii) oraz łososia teriyaki (nie pamiętam, dlaczego to danie uzyskało najsłabsze noty, ale odniosłem wrażenie, że jest dość proste). Za to wspomniany już łosoś po japońsku miał być zarówno ciekawy w smaku, jak i wyszukany i to właśnie na niego się zdecydowałem. Do tego domówiliśmy dzbanek herbaty shincha aracha, którą uzyskuje się ponoć wczesną wiosną z pierwszego zbioru. Gdy już zamówienie zostało złożone, to korzystając z okazji, że lokal opuścili wszyscy goście (a nowi jeszcze nie nadeszli), zabraliśmy się za fotografowanie wnętrz. Mieliśmy przy tym wrażenie, że mamy do czynienia z jednobryłową restauracją i już po kilku minutach zadanie uznaliśmy za wykonane. Wówczas Pani kelnerka wskazała nam jeszcze drogę do zacisznego vip roomu tuż za ścianą oraz zachęciła, abyśmy chociaż zajrzeli do toalety, która jest „taka ich mała dumą”. Przyznam, że design tejże toalety zrobił na mnie wrażenie i choć nie udało się tego w pełni uchwycić na zdjęciu (brakuje efektu zastosowanych luster), to zrobiliśmy wyjątek i zamieściliśmy w recenzji ujęcie tego zazwyczaj zawstydzającego miejsca. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może odpowiadać widok pisuaru, obok zdjęć z jedzeniem, niemniej tak postanowiliśmy i mam nadzieję, że jeżeli odwiedzicie Goko i zajrzycie do tej toalety, to zrozumiecie zamysł i nam wybaczycie :)
Tymczasem na stole czekały na nas dwie niespodzianki – czekadełko w postaci sałatki oraz mrożona sake podana w ozdobionym ogórku. Sałatka podawana jest wszystkim gościom, jednak nie zaobserwowałem tego w przypadku drinku powitalnego i dlatego wstrzymam się z jego oceną. Z przyjemnością za to pochwalę ideę czekadełka warzywnego z dressingiem na bazie chrzanu wasabi, które w Goko jest na tyle spore i na tyle bogate w smaku (dwa przeciwieństwa darmowej przystawki z Violet Sushi), że spokojnie może stanowić oddzielne danie. W tym jednak kontekście poczułem, że dokonałem złego wyboru pierwszego dania. Tak bowiem miałbym i zupę i sałatkę, a tak zostałem z sałatką i sałatką. I choć ostatecznie nie ma co narzekać, bowiem sałatka tofu sarada okazała się wyborna (o czym za chwilę), to w świecie idealnym życzyłbym sobie, aby obsługa informowała gości o takowych gratisach, bowiem jak widać, może mieć to istotny wpływ na składane zamówienie. Co się natomiast tyczy samej tofu sarady (glony wakame, serek tofu, biały i czarny sezam), to nie kosztowałem nigdy tak dobrej jej wersji, a wspomniany wcześniej wzór z Sakany stracił palmę pierwszeństwa. Oryginalność tejże potrawy nie tylko czuć w smaku, ale również widać gołym okiem, jako iż glony wakame zostały w specjalny sposób zaprawione (miałem wrażenie, że na trzy sposoby) i przyozdobione jadalnym kwiatem fasoli. Oczarowani sałatką dowiedzieliśmy się od Pani kelnerki, że sporo pracy i czasu włożono, aby wypracować taką, a nie inną koncepcję jej serwowania. Jeżeli miałbym cokolwiek w niej udoskonalić, to użyłbym tylko trochę twardszego serka tofu, aby dostosować ją do swoich preferencji. Choć był to prawdziwy rarytas, to i tak tęsknie zerkałem w stronę zupy Ani, a gdy już jej spróbowałem, to od razu wymyśliłem koncepcję wzajemnej wymiany naszych pierwszych dań, gdy tylko dojemy je do połowy :) Pora jednak przejść do dania głównego, które tak jak zapowiadało, tak też wyglądało – bardzo ciekawie. Podano je na bardzo słusznych rozmiarów talerzu ceramicznym. Na środku ułożonych było w warkocz około 8-10 kawałków grillowanego łososia owiniętego w algi niczym maki sushi, który został przykryty bogactwem warzyw oraz podlany gęstym sosem z wyczuwalnym smakiem mleczka kokosowego. Wszystko to posypane białym i czarnym sezamem, a po bokach motywy warzywne – ozdoba z marchewki oraz sałatka, taka sama (ewentualnie bardzo podobna) jakiej użyto do czekadełka. Ryba była naprawdę świetna - idealnie zgrillowana – delikatna w konsystencji (bardziej delikatny był tylko kosztowany przez Anię węgorz), a jednocześnie wyrazista w smaku. Istna poezja, którą zakłócała mi jedynie świadomość, że choć tyle chciałem spróbować, to spróbowałem jedynie sałatkę, sałatkę i rybę z sałatką. Na nic innego już jednak nie wystarczyło miejsca i choć, to pewnego rodzaju świętokradztwo, to sushi zdecydowaliśmy się zamówić na wynos. Co rzuciło mi się w oczy to dbałość w Goko o szczegóły estetyczne. Odnosi się to zarówno do przygotowanego na wynos sushi (ładne i jakościowo dobre pałeczki, ułożenie imbiru oraz wzór liścia odciśnięty na odpowiednio uformowanym wasbi), jak i całej naszej wizyty, o czym mogą świadczyć wykonane przez nas zdjęcia. Tyle moich opinii. Ciekaw jestem przy tym bardzo, jakie odczucia z restauracji Goko wyniosą zwycięzcy naszego wakacyjnego konkursu, którzy tak jak i my, będą dysponować bonem o wartości 150 złotych :)
Dodam jeszcze, że samo sushi, spożyliśmy zaledwie kilka chwil po wejściu do domu, jednak nie jestem w stanie wypowiedzieć się szerzej na jego temat. Sześć kawałków maki (trzy z łososiem i trzy z tuńczykiem), to zdecydowanie za mało, aby cokolwiek wartościować. Do rzetelnej oceny potrzebna mi będzie kolejna wizyta, a póki co podzielę się z Wami mglistym skojarzeniem, że sushi z Goko przypomina bardziej to serwowane w Matii, Sushi 77 i Kuro by Panamo, niż to podawane w Sakanie oraz Violet Sushi & Yakitori.
KOSZTORYS:
Kaisen supu (zupa z owoców morza na ostro) - 17 zł.
Tofu sarada (sałatka z glonów wakame z serkiem tofu posypana białym i czarnym sezamem) - 10 zł.
Unagi kabayaki (węgorz smażony z warzywami w sosie kabayaki) - 48 zł.
Wafu sake (łosoś po japońsku) - 45 zł.
6 x sake filadelfia maki (łosoś, awokado, sałata, serek philadelphia) - 18 zł.
6 x maguro maki (tuńczyk, ogórek, awokado, sałata, tobikko, spicy sos) - 23 zł.
Herbata shincha aracha - 9 zł.
Suma: 170 zł.
ADRES: Poznań, ul. Woźna 13 (przy Mostowej)
INTERNET: www.goko.com.pl
























