piątek, 6 sierpnia 2010

HUGO restaurant / ocena 4.66

Hugo to kolejna restauracja, którą obserwowaliśmy niemalże od samego początku. Nawet wcześniej - śledziliśmy już ją na etapie remontu sali, za każdym razem kiedy wracaliśmy ze sklepu z winami. Po otwarciu zajrzeliśmy tam 2-3 razy żeby sprawdzić menu, które zmienia się ponoć sezonowo, a także poczuć atmosferę miejsca. Za każdym razem rozmawialiśmy z uprzejmą osobą z obsługi, która bardzo chętnie informowała o wszelkich nowościach i promocjach. Teraz przyszła kolej na właściwą wizytę :)


ONA:
Potrzeba kilkakrotnego sprawdzenia lokalu nie wynikała bynajmniej z wątpliwości jakie tenże miałby we mnie budzić. Tak samo jak w przypadku L’Heroine miałam jednak chęć zebrania garści informacji o nowym miejscu. Zdarzają mi się momenty olśnienia, kiedy do restauracji trafiam przypadkiem i to właśnie strzał w dziesiątkę, ale zdarzają się również wyjścia (i te lubię równie mocno) do których przygotowuję się jakiś czas. I tak dowiedziałam się, że właścicielka Hugo miała wcześniej Czerwony Fortepian (w którym nigdy nie byłam i w sumie nigdy też nie wybierałam się). A w Internecie przeczytałam, że szef kuchni wyznaje zasadę „respect for food” i planuje zmieniać menu zgodnie z porami roku, tak aby przygotowywać dania wyłącznie ze świeżych składników. Teoretycznie nie wyobrażam sobie lepszej rekomendacji.

Kilka słów o wnętrzu. Dwa pierwsze, które narzucają się same to przestrzeń i estetyczny minimalizm. Wieje stąd chłodem i spokojem. Szczerze mówiąc mi taka oszczędność środków wyrazu odpowiada. Ściany pokryte białą farbą, spod której wyziera faktura cegieł, czarne meble i lampy, beżowe krzesła – trudno zapamiętać więcej elementów. Bardziej formalny charakter wnętrzu nadają białe obrusy, a prosta, elegancka szafa wypełniona winami sugeruje, że mamy do czynienia z restauracją próbującą zająć miejsce wśród tych wykwintniejszych. Wydzielono tu również przestrzeń, z której obserwować można zmagania kucharzy (i tu właśnie usiedliśmy). Ta część jest siłą rzeczy bardziej nieformalna i swobodniejsza, choć to oczywiście rzecz dyskusyjna, bo tak jak przeszklona ściana umożliwia nam obserwację kucharzy, tak i kucharze mogą również obserwować swoich gości.

Szczegółowy przegląd menu dostępnego na stronie internetowej miałam już za sobą, dlatego niemalże od samego początku wiedziałam na co się zdecyduję. Pozostała tylko kwestia wina. I tu zaskoczenie, bo dla tych mniej zdecydowanych samo menu sugeruje stosowne do dania wino. Drugie zaskoczenie było takie, że cena trunku nie przyprawiała o chwilowe palpitacje serca. 9 złotych za kieliszek umożliwia dobranie różnych win do każdego z zamówionych dań. Z menu wybrałam chłodnik litewski, łososia sous vide na młodych warzywach i jabłkowo - orzechowe parfait na deser. Dzień w którym odwiedziliśmy Hugo nie należał do najbardziej upalnych, ale nie przeszkadzało mi to wyborze zimnej zupy (nota bene ciepłej w propozycjach nie było). Była to klasyka gatunku, no i ten piękny, soczysty kolor. W zasadzie nie mam żadnych zastrzeżeń. Mogę tylko powiedzieć, że zupa była niezwykle gęsta – nie jest to jednak ocena wartościująca, a raczej opisowa (lubię i te rzadkie i te gęste chłodniki). Na plus liczę ciekawie podane jajka przepiórcze, posypane pyłkiem z buraków (czego nie widać na zdjęciu). Dalej przyszedł czas na drugie danie. Szczerze mówiąc na samego łososia nie miałam specjalnej ochoty, mam wrażenie, że ta ryba to już troszeczkę zgrany temat i niczym nie jest mnie w stanie zaskoczyć. Kusiło jednak „sous vide”, które zgodnie z francuskim źródłosłowem polega na gotowaniu z wykorzystywaniem metody próżniowej. Mój łosoś ugotowany w 55 stopniach, był rzeczywiście inny niż wszystkie, które jadłam dotychczas. Delikatny, bardzo soczysty, w strukturze ocierający się o surowość, jednak smak nie pozostawiał wątpliwości, że mięso poddano obróbce termicznej. Wrażenia jak najbardziej pozytywne. Porcję ryby ułożono na liściach zblanszowanego szpinaku i udekorowano młodymi, gotowanymi warzywami (rzodkiewka, buraki, marchewka, ziemniaki, cukinia). To wszystko podlane zostało bardzo subtelną cytrynową emulsją. W zestawieniu tym na uwagę zasługiwały również gotowane warzywa, które mimo swej delikatności przyjemnie chrupały, dając wrażenie jędrności i świeżości. Danie bardzo mi smakowało. Nie poleciłabym go jednak tym, którzy gustują w potrawach pikantnych i smażonych. Ci właśnie, mogliby uznać to danie za jałowe i (o zgrozo!) dietetyczne. Przyznam, że ja czułam się niezwykle dobrze i lekko, po idealnej porcji ryby i warzywach, które wprost uwodziły ulotnym smakiem. Całość popiłam kieliszkiem wytrawnego chenin blanc. I choć nie jest to mój ulubiony szczep (o czym wspominałam już zdaje się a propos recenzji restauracji Fusion) to wino sugerowane przez kartę Hugo było do wypicia. Dalej przyszedł czas na deser - jabłkowe parfait z orzechami laskowymi i jabłkową granitą. To również propozycja na upalne lato, ale to właśnie ten deser wydawał mi się najciekawszy z karty. Parfait przypominało konsystencją chałwę, natomiast gruboziarnista granita była niezwykle ożywcza i zaskakująca w smaku. I o ile mi to zaskoczenie odpowiadało, o tyle osoba nam towarzysząca była nim troszeczkę rozczarowana. Otóż w granicie wyczuć można było wyraźną nutę selera naciowego. Bynajmniej mi to nie przeszkadzało, a stanowiło ciekawy smaczek (nawet mimo to, że od dawna chodzę z łatką deserowego pożeracza jabłeczników, ciast czekoladowych i creme brulle). Do deseru podano nam wino z tej samej winnicy, ale w wersji półsłodkiej. Było na podobnym poziomie co poprzednik i też ze względu na niego nieco monotonne. Jedzenie do stołu dostarczały nam dwie miłe Panie, z których jedna, obsługująca nas od samego początku, była niezwykle rozmowna, choć potrafiła zachować stosowny dystans oraz chętna do pomocy, choć jednocześnie nienachalna. Jak najbardziej na plus. W idealnym świecie powinna być odrobinę lepiej zorientowana w składnikach poszczególnych dań. Jednak brak tych wiadomości niezwykle chętnie i bez mrugnięcia okiem uzupełniała u kucharzy. Wyjaśnię przy tym, że w Poznaniu póki co nie spotkałam jeszcze w pełni zorientowanego w tym temacie kelnera. Wśród nich mogę jednak wyróżnić takich, którzy chętnie przynoszą informację zwrotną wprost od szefa kuchni (i do nich właśnie zaliczała się owa Pani) oraz takich, którzy na moje pytanie wzruszają tylko bezradnie ramionami. Poza kelnerką, równie mocno starali się obserwowani przez nas kucharze, którzy byli radośni i uśmiechnięci od ucha do ucha, nawet w trakcie wykonywania najbardziej niewdzięcznych czynności kuchennych (czyt. obieranie ziemniaków i krojenie cebuli).

Zdaję sobie sprawę, że jest to jedna z dłuższych, napisanych przeze mnie recenzji (i niewielu dotarło do tego momentu, jeśli w ogóle ktoś), ale też ciekawych (przynajmniej dla mnie) obserwacji poczyniłam wiele. Przychodzi czas na podsumowanie. I tu mam problem. Z Hugo (okropna nazwa) wyszłam w dobrym nastroju, a jedzenie bardzo mi smakowało (zapomniałam pozachwycać się nad pięknym podaniem z nowoczesnym twistem). Pozytywnie zaskoczyła mnie też polityka cenowa w kwestii win (nie chodzi o to, że za 9 zł podano nam wino wybitne, zaproponowano nam jednak coś zdecydowanie smaczniejszego i uczciwszego niż 15 zł za kieliszek „fresco”), ale pozostał niedosyt. Sama nie wiem, czym spowodowany. Wnętrze trochę przeraża powierzchnią (być może lepiej sprawdziłaby się jakaś dwustrefowa przestrzeń – lunchowa i kolacyjna), brakowało mi w nim również większej liczby klientów (pewnie to kwestia godziny – byliśmy w okolicach 16), ale też sam formalny charakter sprawił, że restauracja ta będzie mi się kojarzyć z jakąś specjalną okazją (i właśnie jako takie miejsce będę Hugo polecać), aniżeli szybką kolacją w ciągu tygodnia. Przynajmniej tak ustaliliśmy po wszystkim, siedząc i debatując nad butelką wina u Mielżyńskiego, kiedy przed oczami przemykał nam Artur Wichniarek, a my jeszcze wierzyliśmy, że pogoni Spartę.

Jedzenie: 5
Obsługa: 5-
Wystrój: 5-
Jakość do ceny: 4+


ON:
Hugo to obszerna, przestronna, nowoczesna, minimalistyczna, elegancka, a za razem surowa restauracja. Takie przynajmniej miałem odczucie po przekroczeniu jej progu i tak też widzę ją teraz, gdy piszę te słowa. Hugo jest również (a przynajmniej bywa) restauracją opustoszałą. Pozwalam sobie na takie stwierdzenie, gdyż podczas naszej wizyty przechodnie zerkali z ciekawości przez okna, cześć nawet wchodziła na szybki rekonesans, ale i tak summa summarum byliśmy jedynymi gośćmi lokalu. Znam świetnie ten mechanizm, bowiem ilekroć tamtędy przechodziliśmy, sami zerkaliśmy z ciekawości, dwa razy nawet weszliśmy do środka, aby obejrzeć menu, ale ostatecznie i tak się wycofywaliśmy. Każdorazowo tłumaczyliśmy sobie ten fakt brakiem czasu, okazji lub gotówki. Jednak podświadomie mógł to być strach przed nieznanym. Widzimy bowiem elegancką i pustą restaurację i gdzieś tam w środku zadajemy sobie pytanie - dlaczego nikogo nie ma? Mimowolnie nasuwają się sceptyczne podpowiedzi naszego układu obronnego - że może strasznie drogo, że może niesmacznie, że pewnie porcje minimalne, albo co gorsza - wszystko to razem wzięte.

Jesteśmy jednak samozwańczymi eksploratorami poznańskich restauracji i mniej lub bardziej świadomie postanowiliśmy przerwać ten zamknięty krąg wyobrażeń. Wybraliśmy się zatem w nieznane (tym razem w trójkę), a ja podskórnie przeczuwałem, że albo będzie bardzo dobrze, albo słabo. Pewny byłem tylko tego, że nie może być nijako. Skąd to przeświadczenie? Jeżeli restaurator nie ma nic do ukrycia i stawia na tak oryginalny pomysł, jak kuchnia za przeszkloną ścianą, zza której obserwować możemy każdy krok kucharzy, to musi być bardzo pewny swego. Jeżeli w dodatku wita nas na stronie internetowej swoim słowem, twarzą i nazwiskiem, to tym bardziej nie mam wątpliwości, że jest bardzo pewny swego. Oczywiście jeżeli się myli, to może być słabo, ale skoro podejmuje wyzwanie i ryzykuje, to nie może być nijako.

Jaki stolik wybraliśmy? Oczywiście ten tuż przy kuchennej szybie (niestety są tylko dwa takie) i był to strzał w dziesiątkę (ale o tym za chwilę). Bardzo uprzejma Pani kelnerka wręczyła nam eleganckie, przejrzyste, zaledwie kilku stronicowe menu z którego zamówiłem gazpacho, tatar wołowy oraz karkówkę z grilla. Dwa aspekty karty menu zaciekawiły mnie szczególnie - sezonowość dań oraz kwestia win. Sama, idea sezonowych dań jest ogólnie bardzo ciekawa i godna uznania, jednak w Hugo znalazłem lukę, wobec moich preferencji. Mimo, że jest sierpień i zdarzają się upały, to nic nie poradzę, że na pierwsze danie lubię zjeść ciepłą zupę. Niestety tutaj wybierać mogłem jedynie pomiędzy dwoma chłodnikami. Wzorcowo za to rozwiązano kwestię doboru wina. Odstąpiono od przepastnej karty win, która bardziej wpędza w zakłopotanie (zarówno cenami, jak i dokonaniem właściwego wyboru), niż pomaga. W zamian za to, pod każdym daniem w menu znajdują się dwie propozycję, odpowiednio już wyselekcjonowanego do danej potrawy wina. Pierwsza z propozycji dotyczy zawsze pojedynczego kieliszka i jest to propozycja bardzo rozsądna cenowo (9 zł), a druga dotyczy każdorazowo butelki i są to już wina z trochę wyższej półki (ponad 100 zł).

Pani kelnerka doradziła nam w kilku kwestiach, rozwiała kilka naszych wątpliwości, przyjęła zamówienie i teoretycznie zniknęła za drzwiami kuchennymi. Tyle jednak teorii, bowiem w praktyce widzieliśmy ją nadal - zza szyby, jak referuje szefowi kuchni zamówienie, a ten rozdziela zadania na cały zespół. Maszyneria ruszyła, a my nie odrywaliśmy wzroku od tego co się tam dzieje. Gdy dojrzałem trzy szklaneczki wypełniane czerwonym płynem, wpadłem w konsternację, co to takiego i czy możliwe, że to tak oryginalnie podawane gazpacho?! Gdy szklaneczki dotarły na stół, Pani kelnerka szybko wyjaśniła, że to aperitif w postaci schłodzonego consomme (klarownego wywaru) z papryki, który okazał się niezwykle esencjonalny i bardzo smaczny. Następnie podano mi gazpacho z mięsem kraba pośrodku. Dodatek był pyszny i delikatny, ale z oceną samego gazpacho mam mały problem, gdyż nie wiem, jak powinno smakować to właściwe. Jadłem gazpacho dotychczas tylko dwa razy w życiu (w poznańskich - La Passion du Vin i SPOT. ) i nadal błądzę we mgle. Jeżeli jednak mam wybierać z tej trójki, to zdecydowanie najlepsze było to serwowane w La Passion du Vin, a najsłabsze to w SPOT. Wersja Hugo plasuje się więc pośrodku, choć tak, jak krab był na plus, tak na minus przeszkadzała mi konsystencja zupy, a właściwie wrażenie, że w środku pływają liczne drobinki lodu. Następnie pieczołowicie układano w kuchni coś na kształt jajka na soli morskiej i szczerze mówiąc dopiero, gdy Pani kelnerka postawiła je przede mną, zrozumiałem, że to przystawka do tatara, który został pięknie podany chwilę później. Samo mięso wołowe było niesamowicie świeże, dobrze zmielone/posiekane i wręcz przepyszne. Oprócz wspomnianego jajka były też dodatki w postaci pokrojonego drobno ogórka, cebuli, grzybów i musztardy francuskiej. Domówiłem także pieczywo (szkoda, że odpłatnie), a właściwie bułeczkę z pieczonymi pomidorami w środku oraz designersko podanym masłem. Nieskromnie powiem, że zestawione do tatara portugalskie wino (Casa de Santa Vitoria Alentejo) świetnie się z nim komponowało, potwierdzając niejako słuszność moich wcześniejszych rozważań. Przyszła jednak pora na danie główne, czyli nową wersję karkówki z grilla z puree ziemniaczanym z dymką i sosem tymiankowym. Z perspektywy czasu przyznaję przy tym, że zamieniłbym tę karkówkę na jeszcze jedną porcję tatara. Nie wychwyciłem bowiem, na czym polegała nowość tejże wersji i nie doceniłem zbytnio ani puree (ładnie wyglądało, ale nie zaskakiwało smakiem), ani mięsa (jak dla mnie za dużo niewytopionego tłuszczu między włóknami). Bardzo za to ujął mnie ten jasny mus, który zobaczyć możecie na ciemnym sosie, po prawej stronie talerza. Wszyscy go próbowaliśmy, smakowaliśmy po drobinie, każdy z nas znał ten smak, ale nikt nie umiał go wskazać. Pani kelnerka, choć też nie znała odpowiedzi, udała się do szefa kuchni, który wyjaśnił, że mamy do czynienia z puree cebulowym. Moim zdaniem był to prawdziwy majstersztyk cebulowy! W kwestii ocen, ostatecznie przyznaję zatem 4 za gazpacho, 5+ za tatar wołowy oraz 4 za karkówkę z grilla.

Tak jak rozumiem, że można do restauracji Hugo nie wejść wcale lub się z niej wycofać, tak polecam do niej wrócić, pozostać i skosztować oferowanych specjałów. Nie ważne - czy dopiero wtedy, gdy zdarzy się szczególna okazja, gdy będzie więcej funduszy lub, gdy ciekawość nie da Wam już spokoju - ważne by w końcu to zrobić. Ja przynajmniej wróciłem, pozostałem, skosztowałem i nie żałuję. Każda historia jest jednak inna, a ja jestem ciekaw tej Waszej :)

Jedzenie: 4+
Obsługa: 5-
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4+


POST SCRIPTUM:
Hugo rozbudziło nas pod względem wina i już kilka minut po wyjściu, siedzieliśmy u Mielżyńskiego (zaledwie 100 m dalej) przy butelce Chardonnay de Pennautier w cenie 32,5 zł (na miejscu).


KOSZTORYS DLA 3 OSÓB:
Pieczywo - 2,5 zł.
2 x chłodnik litewski z jajkiem przepiórczym - 30 zł.
Gazpacho - 16 zł.
Klasyczny tatar wołowy - 38 zł.
Łosoś gotowany sous - vide w 55 Stopniach Celcjusza, młode warzywa, emulsja cytrynowa - 45 zł.
Nowa wersja karkówki z grilla, puree ziemniaczane z dymką, cebula, sos tymiankowy - 40 zł.
Smażony filet z dorady, prowansalskie warzywa, dressing z Anchovy - 55 zł.
2 x jabłkowe parfait, orzechy włoskie, granita z czerwonych jabłek - 32 zł.
Simonsig Chenin Blanc 0,15 x 2 - 18 zł.
Simonsig Franciskaner 0,15 x 2 - 18 zł.
Casa de Santa Vitoria Alentejo 0,15 - 9 zł.
Suma: 303,5 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Pieczywo - 2,5 zł.
Chłodnik litewski z jajkiem przepiórczym - 15 zł.
Gazpacho - 16 zł.
Klasyczny tatar wołowy - 38 zł.
Łosoś gotowany sous - vide w 55 stopniach Celcjusza, młode warzywa, emulsja cytrynowa - 45 zł.
Nowa wersja karkówki z grilla, puree ziemniaczane z dymką, cebula, sos tymiankowy - 40 zł.
Jabłkowe parfait, orzechy włoskie, granita z czerwonych jabłek - 16 zł.
Simonsig Chenin Blanc 0,15 - 9 zł.
Simonsig Franciskaner 0,15 - 9 zł.
Casa de Santa Vitoria Alentejo 0,15 - 9 zł.
Suma: 199,5 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.66

ADRES: Poznań, ul. Wojskowa 4 (Stare Koszary)
INTERNET: www.hugorestaurant.pl

Bookmark and Share

piątek, 30 lipca 2010

WOK TO WALK / ocena 3.78

Część restauracyjna w Galerii Malta kusi bogactwem małych lokali gastronomicznych, których oferta obejmuje dania lekkie, klasyki fast food, azjatyckie specjały oraz bardziej tradycyjne posiłki. My sami mieliśmy już kilka podejść do maltańskich lokali, ale nigdy wcześniej nie zabraliśmy ze sobą aparatu. Dlatego też pierwszą recenzję z bodajże najmłodszego, poznańskiego centrum handlowego publikujemy dopiero teraz.


ONA:
Każdy, kto choć raz stołował się w Galerii Malta wie, że próżno w tym wypadku silić się na kwieciste opisy wnętrza. Małe restauracyjki ustawione są tu w równym szeregu (poza kilkoma wyjątkami), naprzeciw ogromnych okien, z których rozpościera się widok na jezioro Malta. Tuż przy oknach ustawione zostały rzędy identycznych, białych stolików przedzielonych gdzieniegdzie swoistymi „zasiekami” z zieleni. Jedynym bardziej oryginalnym akcentem są tu nowoczesne lampy w przyjemnych kolorach, zawieszone w regularnych odstępach nad stolikami. Ten wizualny ascetyzm rekompensuje jednak widok na jezioro, co potwierdza fakt, że najchętniej zajmowane miejsca, to właśnie te usytuowane wzdłuż okien.

Wok to Walk (szczerze mówiąc w myślach zawsze przekręcam tę nazwę na Walk to Wok) wyróżnia się w tym długim szeregu szybą oddzielającą przestrzeń kuchni, od przestrzeni zajmowanej przez klientów stojących w kolejce. Za tą szybą możemy obserwować zmagania mistrza woka z wybranymi przez klientów daniami. Wszystko idzie naprawdę sprawnie i szybko. Najpierw na woku ląduje trochę oleju, czosnek, później jajko, które w trakcie ścinania się sprawnym ruchem rozdzielane jest na mniejsze kawałki, dalej wybrane dodatki oraz sos. Po wszystkim szybkie mycie woka i widowisko zaczyna się od początku. Zasady są proste, w pierwszym kroku wybieramy makaron lub ryż, w drugim tofu/warzywa/krewetki lub mięso, a w trzecim sos (od łagodnego po całkiem pikantny). W myśl tej zasady wybrałam makaron pełnoziarnisty, krewetki oraz sos curry kokosowe (do tego standardowo dodawany jest także skromny zestaw warzyw). To wszystko usmażone i podrzucone kilkoma sprawnymi ruchami ląduje w papierowym pojemniku, dokładnie takim, jaki w czasach dzieciństwa oglądałam w amerykańskich filmach, których bohaterowie zamawiali „chińszczyznę”. Wydawało mi się wtedy, że takie pudełko tu synonim lepszego, niedostępnego świata, teraz wiem, że to wyjątkowo nieporęczna alternatywa w stosunku do zwykłego talerza lub miseczki. Pomijając kwestię pojemnika, samo dania było smaczne. Wolałabym wprawdzie większe krewetki i więcej warzyw (w przypadku warzyw była taka opcja, jednak każdy dodatek, to kolejne kilka złotych i bardzo łatwo skomponować danie na poziomie cenowym regularnej restauracji), ale reszta składników nie dawała powodów do narzekań. Danie zostało oznaczone w menu dwoma płomieniami i rzeczywiście za sprawą smacznego sosu było dość pikantne. Zauważyłam również, że w moim kubełku znalazła się zdecydowanie najmniejsza z zamówionych trzech porcji. Jest to zapewne wynikiem odmierzania składników „na oko”, jednak idę o zakład, że niektóre osoby mogłyby poczuć się rozczarowane. Spróbowałam również łyżkę zupy z mleczkiem kokosowym. Łagodny płyn był smaczny, choć niewątpliwie raziło to, że został podany w temperaturze pokojowej. O obsłudze mogę powiedzieć niewiele, gdyż nasz kontakt z osobami pracującymi w barze ograniczył się do złożenia zamówienia i spokojnej obserwacji tego co dzieje się za szybą. Musieliśmy sprawiać wrażenie dość zaciekawionych całym procesem przygotowania dania, gdyż kucharz powiedział, że teraz specjalnie dla nas zaprezentuje kilka sztuczek. Sztuczki przykuwały wzrok, niestety aparat nie chciał uwiecznić żadnego z bardziej spektakularnych momentów, kiedy np. ogień buchał wysoko ponad głowę kucharza (zawsze lepiej obwiniać aparat ;)).

Podsumowując, w tym wypadku dość ciężko ocenić wystrój oraz obsługę, choć niewątpliwie propozycja "pokazu" była ujmująca. Niewygodne kubki to też raczej kwestia wyboru baru szybkiej obsługi, a nie restauracji. Niewątpliwym atutem jest to, że niemalże cały proces przygotowywania dania odbywa się na naszych oczach. Stąd osoby, które drżą na myśl o tych wszystkich legendach miejskich traktujących o płynach ustrojowych, które znalazły były się w daniach serwowanych w niektórych restauracjach, będą tutaj czuły się znacznie pewniej. Bez wątpienia, odwiedzając w przyszłości Galerię Malta jeszcze nie raz skuszę się na Wok to Walk, ale za najlepsze szybkie, azjatyckie dania nadal będę uważała te serwowane w Fast Woku.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4-


ON:
Każdy kto ustawi się się w kolejce do Wok to Walk ma możliwość kompozycji własnej potrawy, dokonując wyboru w trzech krokach. Przyznać jednak muszę, że nie od razu było to dla mnie takie oczywiste i kilka dobrych sekund upłynęło nim połapałem się w tym zamyśle i jego kolejności. Pierwszy krok kosztuje zawsze 11,9 złotych i jest to wybór między makaronem (jajecznym, pełnoziarnistym lub ryżowym), ryżem (białym lub pełnoziarnistym), a warzywami z woka. Drugi krok, to wybór dodatków w cenie od 3 do 6 złotych, na których paletę składają się mięsa (kurczak, wołowina lub wieprzowina), krewetki, rozmaite warzywa, grzyby shiitake, pieczarki i orzechy ziemne. Trzeci, a zarazem ostatni krok, to gratisowy wybór sosu (teriyaki, słodko-kwaśny, curry kokosowe, pikantny, ostrygowy, czosnek i czarny pieprz lub fasola i soja). W sumie jest zatem 589 możliwości i być może właśnie to bogactwo tłumaczy obsługę, która nie umiała odpowiedzieć mi na proste pytanie - "Co Państwo polecacie?". Dowiedziałem się jedynie, że wszystko jest dobre i wszystko zależy co lubię. Ostatecznie wybrałem "na czuja" makaron jajeczny, wołowinę i sos pikantny. Domówiłem również zupę dnia oraz półlitrową butelkę Cherry Coke, która miała mnie uchronić przed trzema płomieniami, jakie w menu znajdują się obok sosu pikantnego.

Po złożeniu zamówienia zazwyczaj siadamy przy stoliku i oczekujemy na zamówione dania. W Wok to Walk było inaczej. Z zaciekawieniem bowiem obserwowaliśmy, jak za szybą w oka mgnieniu powstają nasze potrawy. Trudno to opisać, niemniej sprawność z jaką kucharze posługują się wokiem jest iście imponująca. Ostatecznie zawartość woka ląduję w tekturowym pudełku, na plastikowej tacy w obecności drewnianych pałeczek i plastikowych sztućców, a my idziemy w kierunku otwartej przestrzeni konsumpcyjnej w poszukiwaniu wolnego miejsca. Właśnie ta przestrzeń, te kartoniki i te sztućce to najsłabsze punkty specyfiki Wok to Walk, które chcąc nie chcąc pozycjonują lokal bardziej jako jadłodajnię, niż restaurację. Oczywiście widzę zabiegi w postaci wprowadzonej roślinności, które miałby tę przestrzeń trochę ocieplić, niemniej efekt stołówki przy tych meblach i sztućcach jest nie do odczarowania. Tym co najbardziej rekompensuje nam sytuację jest jednak widok na jezioro maltańskie i panoramę części Poznania.

Nie jednak widok, ani sztućce są dla mnie najważniejsze w ocenie lokalu, a jedzenie. Zupa dnia (na mleczku kokosowym z kurczakiem, papryką i cebulą) była połączeniem mistrzostwa z niedbalstwem. W smaku bowiem świetna - wyrazista i pikantna, ale jednocześnie łagodna. W konsystencji lekko aksamitna. No prawie ideał (zapomnijmy na chwilę o plastikowym talerzyku). Jak jednak wiemy - prawie robi różnicę - a w tym przypadku była to różnica około 10 stopni Celsjusza. Chciałoby się bowiem zupy ciepłej, a dostaje się nie tyle lekko przestudzoną, co w ogóle nie podgrzaną. Inaczej było z makaronem. Ten był gorący, co akurat wcale mnie nie zdziwiło, gdyż na własne oczy widziałem, jak wokół niego buchał żywy ogień. Muszę przy tym przyznać, że smaki mają tutaj bardzo ciekawe, głębokie i wcześniej mi nieznane. Widać też, że wprawne ruchy wokiem przekładają się wprost proporcjonalnie na idealne wymieszanie składników oraz obtoczenie sosem zarówno mięsa, makaronu i warzyw. Drugi raz wybrałbym co prawda sos curry, zamiast pikantnego, bowiem mimo łapczywie pitej zimnej coli, z czoła musiałem wycierać krople potu, które powodowała pikantność trzeciego stopnia. Lubię jeść ostro, ale trzy płomienie Wok to Walk to dla mnie zbyt wiele. Zastanowiłbym się też nad krewetkami zamiast wołowiny, bowiem były bardzo delikatne, a wołowina lekko zbita i ciężka. Ostatecznie przyznaję 3+ za zupę (2 za temperaturę, a 5- za jej smak) oraz 4+ za makaron z wołowiną.

Jak dowiedziałem się z ulotki, lokale Wok to Walk znajdują się m.in. w Nowym Jorku, Londynie, Barcelonie i Amsterdamie. Teraz przyszedł czas na Poznań i szczerze mówiąc cieszę się, że po zakupach lub kinie dostępna jest tutaj taka alternatywa posiłku. Z drugiego końca miasta może bym specjalnie nie jechał, ale chętnie zawitam ponownie przy okazji wizyty w Galerii Malta. W końcu zostało mi jeszcze do wypróbowania 588 pozycji z tutejszego menu :)

Jedzenie: 4
Obsługa: 3+
Wystrój: 3
Jakość do ceny: 4+


KOSZTORYS DLA 3 OSÓB:
Makaron pełnoziarnisty + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + wołowina + sos Hot Asia (pikantny) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Zupa dnia - 6 zł.
Sok Cappy 0,33 - 4,9 zł
Cherry Coke 0,5 - 4,9 zł.
Kawa z mlekiem - 4,5 zł.
Suma: 74 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Makaron pełnoziarnisty + krewetki + sos Bangkok (curry kokosowe) - 17.9 zł.
Makaron jajeczny + wołowina + sos Hot Asia (pikantny) - 17.9 zł.
Zupa dnia - 6 zł.
Sok Cappy 0,33 - 4,9 zł
Cherry Coke 0,5 - 4,9 zł.
Suma: 51,6 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.78

ADRES: Poznań, ul. Abp. A. Baraniaka 8 (Galeria MALTA)
INTERNET: www.tpfood.pl

Bookmark and Share

poniedziałek, 19 lipca 2010

Rozstrzygnięcie wakacyjnego konkursu Zjeść Poznań i GOKO Restauracji Japońskiej

Konkursowe prace przyszło nam oceniać po raz pierwszy w życiu. Nie mając tego doświadczenia, byliśmy przekonani, że standardowa formułka o wyrównanym poziomie jest tylko wyświechtanym frazesem serwowanym na pocieszenie. Tym razem, musimy się jednak pod tymi słowami podpisać. Każda z nadesłanych recenzji miała w sobie coś. Od niebanalnej formy, przez kulinarny znawstwo, po świetny język. Staraliśmy się jednak wybrać te recenzje, które miały po trochu każdego z wymienionych elementów. Nie obyło się przy tym bez drobnych utarczek w kwestii naszych faworytów. Do końca nie byliśmy zgodni kto powinien wygrać, dlatego o pomoc poprosiliśmy osoby, które już kilka razy towarzyszyły nam na restauracyjnym szlaku. Ostatecznie, chcąc docenić wysiłek każdego z Uczestników konkursu, wraz z GOKO Restauracją Japońską przygotowaliśmy dla Was małą niespodziankę, o której poinformujemy via e-mail. Przede wszystkim gratulujemy jednak Zwycięzcom, których trzy wyróżnione recenzje zamieściliśmy poniżej. Przypominamy też, że do jutrzejszego południa trwa zabawa dla naszych znajomych na Facebooku, w której można wygrać zaproszenie do GOKO o wartości 50 złotych. Przy okazji warto wspomnieć, że 73% Czytelników potwierdziło w ankiecie, iż odpowiada im idea zaproponowanego konkursu (13% było na nie, a kolejne 13% miało mieszane odczucia). Jest to dla nas wyraźny sygnał na przyszłość, że jednak warto :)


I wyróżnienie - Indian Ocean – "Odświeżająca bryza z Indii na poznańskich Ratajach" (fakcja)

Obiad absolutoryjny w gronie rodziny to już powoli „klasyk” z gatunku zbiorowych wyjść do restauracji. Czasem wymuszony kompromisem związanym z tradycyjnym gustem babci Geni, oferuje raczej przewidywalne doznania smakowe i nierzadko ciężką atmosferę wśród uczestników, a co gorsza w żołądkach. Obiad po obronie, w gronie towarzysza życia (i to jeszcze proweniencji wyspiarskiej) i najbliższych przyjaciół okazał się zaskakująco owocną alternatywą.

Chcąc wynagrodzić i nagrodzić roczne starania magistrantki uwieńczone pełnym sukcesem obrony pracy i (niestety) lekkim niedosytem związanym z tą prawie-prawie-bardzo-dobrą oceną za studia, postanowiłam zaprosić ją i pozostałych troskliwych członków grona towarzyskiego na ucztę dla podniebienia. Poszukując jakiś czas temu nowych knajpek w Poznaniu na wszystkim-znanym serwisie gastronomicznym, natknęłam się na miejsce o zachęcająco brzmiącej nazwie Indian Ocean (dotychczas bez recenzji). Lokalizacja wydała mi się jednak na tyle dziwna (os. Czecha 73), że dłuższy czas zajęło mi upewnienie się czy na pewno chodzi o Poznań. Zaiste, w okolicy naszpikowanej monotonnymi blokami i komplementarnymi do nich „pawilonami handlowymi”, gdzie panie w jaskrawych „topiczkach” (chodzi oczywiście o „top”..) sprzedają „1001 drobiazgów” mieści się malutka knajpka karmiąca gości jedzeniem przyrządzanym przez pochodzących z Indii kucharzy. Kierowała nami nie tylko chęć ponownego spałaszowania prawdziwego curry czy tikka masala, ale także ciekawość przekonania się na własne oczy jak radzą sobie Hindusi na Ratajach, a może raczej - jak Rataje radzą sobie z hinduską strawą.

Po dotarciu do wcale nie aż tak oddalonego od centrum miejsca (choć przyznam, że potrzebna jest zarówno determinacja, jak i miłość do tej określonej kuchni), zastaliśmy mikroskopijną, utrzymaną w intensywnej, oranżowej kolorystyce przestrzeń, w której z radością pałaszowali jedzenie - sic! – Hindusi. Ponieważ knajpka ma jedynie dwa stoliki, a obecni klienci zajmowali ten większy, ogarnęło mnie przerażenie, że będziemy zmuszeni okupować któryś z lokalnych trawników przedblokowych. Ale szalenie miła pani kelnerka/kucharka (zaraz po przyjęciu zamówienia zniknęła na zawsze w czeluściach kuchni) oznajmiła, iż „przyjaciele restauracji” z chęcią przesiądą się do mniejszego stolika i tym sposobem ulokowaliśmy się przy oknie z widokiem na trawę i blok J Przejrzyście mile dla oka zaprojektowane menu w postaci pomarańczowej ulotki trafiło do naszych rąk już przy wejściu, więc „czem prędzej” postawiliśmy na szybkie dokonanie wyboru. Wśród przystawek kusiło wszystko – zarówno samosa (i tu od razu warto zaznaczyć, iż nie miały one nic wspólnego z twardymi kulami serwowanymi w popularnym wegetariańskim barze szybkiej obsługi) z ręcznie robionym, świeżym nadzieniem, jak i spring rolls, a w szczególności serowe bhaja. Z takimi miałam okazję dotychczas spotkać się jedynie w formie cebulowych krążków, więc miłym zaskoczeniem była odmiana nabiałowa. Z braku grupowej decyzyjności, zamówiłam dla wszystkich plater wszystkich przystawek, który miał nam zresztą posłużyć jako tester możliwości kulinarnych tego miejsca. Na zdecydowany + muszę ocenić samosy, które, choć wielkości wnętrza dłoni, imponowały przede wszystkim detalicznie opisanym w menu delikatnym nadzieniem, i co ważne, nie ociekały tłuszczem, mimo, iż smaży się je w głębokim (tłuszczu). Spring rolls nie zdobyły mojego serca tak jak samosy (głównie ze względu na dominującą kapustę, za którą nie przepadam), ale na duży plus zasługuje ich chrupiące ciasto oraz świeżość składników. Serowe bhaja nie okazało się hitem obiadu, głównie ze względu na temperaturę, jaką kryło wewnątrz ciasta z ciecierzycy (parzy, oj, parzy!), ale także przez nieco mdły smak fundowany prawdopodobnie nieprzyprawionym serem. Maczane jednak w miętowo-jogurtowym chutneyu – zyskiwały na bogactwie smaku i ostatecznie oceniam je jako ciekawe, acz niepowalające. W dziale „Rozmaitości” Indian Ocean oferuje tradycyjne chlebki Naan, Puri i Papadum. Naan czosnkowy był zresztą jednym z powodów, dla których udałam się do Indian Ocean, tym bardziej więc nie kryłam rozczarowania gdy pani kelnerka/kucharka poinformowała mnie z żalem, że niestety nie ma go dziś, bo już się skończył (a jednak – Rataje to zagłębie Hindusów!). W ramach alternatywy zamówiliśmy chrupiące wafle Papadum z miętowym i czosnkowym chutneyem. Moje wspomnienia smakowe Papadumu z restauracji hinduskich z Londynu i Nowego Jorku składały się przede wszystkim z chrupkości oraz licznych przypraw uderzających gardło ostrymi nutami. W ratajskich waflach uderzające było polanie ich oliwą z oliwek lub jakimś innym płynnym specyfikiem i stosunkowo mała ilość przypraw. Takie doświadczenie papadumu było mi dane po raz pierwszy, i ostatecznie dobrze je oceniam. Nie jestem jednak pewna co do konsystencji chutneya, który bardziej przypominał śródziemnomorską salsę niż gęsty sos indyjski, i może był też odrobinę za kwaśny (mimo tego, że osobiście gustuję w smakach kwaśnych).

Na dania główne przyszło nam czekać dłuższą chwilę, jednak w ogóle mi to nie przeszkadzało, po pierwsze ze względu na doborowe towarzystwo, po drugie z przekonania, że potrawy przygotowywane są na bieżąco po zamówieniu, o czym zapewniła nas (zgodnie z prawdą) pani kelnerka. Niezbyt ogarnięty kelner (wybaczam mu, bo wyglądał na nowicjusza) nie dowiedział się, które potrawy są tymi celowo ostrzejszymi, ale w toku prób i błędów udało się podzielić zamówienia wśród głodujących (tu mam na myśli głównie siebie). I tak na naszym stole wylądowały Chicken Tikka Masala, Tandoori Chicken, Chicken Curry i Wegetariańskie Curry oraz ryże basmati, safron i pilaw (pilau). Nie jest mi dane ocenić osobiście dań mięsnych, ponieważ jestem wegetarianką, ale z opinii pozostałych smakoszy kuchni indyjskiej płynęły same pochlebne epitety. Szczególnym uznaniem cieszył się Tandoori Chicken, czyli kurczak w imbirze, kuminie i papryce, o charakterystycznym, buraczanym kolorze podobno kryjącym w sobie bogactwo smaków przypraw i delikatność mięsa. Wegetariańskie Curry, mimo tego, że przysięgam „zjadłabym wtedy konia z kopytami”, wydało mi się najmniej atrakcyjne, głównie ze względu na rzadką konsystencję zapewnioną przez jogurt, a nie śmietanę. Podczas następnych wizyt czekają na mnie jeszcze dwa wegetariańskie dania główne – Butter Beans Curry i Ziemniaczane Curry – przyznam szczerze, że już nie mogę się ich doczekać. Rozpędzeni w testowaniu hinduskich smaków w Poznaniu, chcieliśmy domówić jeszcze tradycyjny hinduski Gullab Jamun na deser, ale spotkała nas podobna sytuacja jak z chlebem Naan.

Podsumowując, uważam, że jedzenie w Indian Ocean jest naprawdę dobre, a co najważniejsze – niedrogie. Obiad dla 5 osób z napojami i przystawkami kosztował nas (-10% dla jeszcze-studentów) niecałe 120 zł. Kelnerka/kucharka płynnie mówiła po angielsku, była otwarta i bardzo miła, nie stwarzała nam żadnych problemów ani ograniczeń i oferowała swoją wiedzę w zakresie potraw z menu. Obsługujący nas później kelner był trudniejszy w kontakcie, ale na tyle niezauważalny, że ostatecznie nie sprawił nam zawodu. Przez cały czas pobytu z głośników sączyła się miła, bollywoodzka muzyka, a nie, jak można by się spodziewać – uciążliwe radio. Niewielką, nieco klaustrofobiczną przestrzeń łagodzi dominujący oranż i ociepla atmosfera domowego, rodzinnego „interesu”, gdzie na zdjęciach ze ścian spoglądają na gości prawdopodobnie bliscy właścicieli sportretowani w Indiach w czasem intymnych, rodzinnych sytuacjach. Na szczęście właściciele Indian Ocean nie dali się skusić przaśnym, jarmarcznym klimatem charakteryzującym się drewnianymi słoniami wielkości donic dla palm, a postawili na przytulną mikro-knajpkę z nastawieniem na klienta „takeaway”. W Indian Ocean oferują także dowóz jedzenia na terenie całego miasta. Zaskakujący dla mnie jednak był fakt, że większość klientów (a wierzcie mi, było ich wielu podczas naszej wizyty) wolała odwiedzić lokal by zamówić jedzenie na wynos, co złożyło się na moje jeszcze bardziej pozytywne wrażenia z tego miejsca, bo oznacza, że Indian Ocean ma „to coś”, co powoduje, że chce się do niego wracać. I ja na pewno tak zrobię, bo miejsce to, mimo swojego oddalenia od centrum, „trafia w dziesiątkę” ze swoim przemyślanym menu, cenami i klimatem, a dodatkowo wpisuje się w niszę kuchni orientalnej w naszym mieście, kuchni na prawie każdą kieszeń osoby o orientalizującym podniebieniu.


II wyróżnienie - Castello Restaurant  (Palermitan)

Choć jeszcze nie w pełni przyzwyczailiśmy się do iście sycylijskiej pogody, jaką możemy się rozkoszować od ponad tygodnia, to ostre słońce w żaden sposób nie zniechęciło nas do degustacji nowych smaków i odwiedzania nowych miejsc nieopodal Starego Rynku. Celowo porównuje klimat do tego z wyspy południowej Italii, bowiem nasze oczekiwania kulinarne krążyły od jakiegoś czasu wokół tamtejszej kuchni.

Tego specyficznego wieczoru, kiedy gdzieś w tle, Niemiecka drużyna zażarcie starała się pozyskać brązowe miejsce na podium, udaliśmy się do nowo otwartej restauracji przy ul. Zamkowej, trzymając w ręku kupon z jednego z portali zakupów grupowych - ot tak, na próbę. I choć staraliśmy się podejść do tego lokalu z otwartym umysłem i bez uprzedzeń, to tuż po wejściu poczuliśmy się, jakby wszystkie nasze zapatrywania i subtelne nadzieje na to, że lokal będzie choćby na podobnym poziomie, co jego poprzednik, zawiodły. O tym jednak za moment.

Warto w tym miejscu nadmienić, jak Castello prezentuje się z zewnątrz. Zatem, na stosunkowo stromym i nierównym, brukowanym chodniku zostały ustawione trzy mini stoliki z drewna wraz ze skromnymi krzesełkami, które w żaden sposób nie zachęcają do zatrzymania się przy nich na dłużej. Fasada została ograniczona do minimalistycznej szyby, na której szczycie figuruje logo restauracji na czarnym tle. I choć skojarzenia z nazwą lokalu ("zamek") są raczej odległe, to powstrzymaliśmy się przez chwilę od oceniania go po okładce.

Wewnątrz lokalu, pierwszą rzeczą, która uderza w gości jeszcze zanim przetrą oczy ze zdumienia (a wydźwięku tej czynności można się tylko domyślać), jest drastycznie nasilony zapach nieświeżego oleju, zagłuszający wszystkie inne zapachy. Jeśli próżno oczekiwać, że wrażenia zapachowe będą nas oczarowywać, to może warto byłoby przynajmniej liczyć na wrażenia estetyczne. Trudno tutaj nawet opisać stopień zmieszania, jakie wywołuje bliższa analiza wzrokowa choćby samych ścian w Castello. Rustykalne, swojskie, przyjazne i przytulne niegdyś wnętrze przepoczwarzyło się w mgnieniu oka w coś, co moja towarzyszka opisała skrótowo jako "klubowy wystrój aspirujący do lokalu na PKP". A gdyby te słowa nie wystarczyły, Castello przypomina raczej zaciemniony loch o szarych ścianach bez wyrazu, z bordowymi dodatkami z plexi, czarnymi stołami z wyjątkowo taniego, chropowatego plastiku, udekorowanymi mizerną kompozycją kilku kwiatków i bordowymi kanapami, oddzielonymi od siebie niczym loże w przeciętnym klubie. Te rzeczy widać nawet bez zagłębiania się w szczegóły. Dorzucając do tego kartę win... pochodzących wyłącznie z Hiszpanii, w restauracji serwującej teoretycznie "włoską" kuchnię, czy wielki ekran LCD w rogu lokalu, wyświetlający teledyski i odpowiedzialny za muzykę...klubową, otrzymujemy nieoceniony wstęp do dramatu. Bezcelowe jest wodzenie wzrokiem, w celu odnalezienia przynajmniej jednego fragmentu korespondującego z "włoskim charakterem" w owym przedsionku zaciemnionego inferna, gdzie o klimatyzacji mało kto kiedykolwiek słyszał.

Po zajęciu miejsc przy stoliku powitała nas miła kelnerka, przynosząc pospiesznie karty i sprawiająca wrażenie przepracowanej. To w zasadzie nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na cały lokal przypadała tylko jedna osoba obsługująca, co może się sprawdzać przy małym ruchu (nota bene panującym w Castello w momencie naszego przyjścia), jednak kilka chwil później zaczęło wręcz przeszkadzać. Nie czekając zbyt długo, by nie przesiąknąć nieprzyjemnym zapachem tłuszczu, zamówiliśmy jedynie dania główne - tagiatelle w wersji sycylijskiej z serami i brokułami, spaghetti frutti di mare oraz wodę gazowaną, by nie mieszać smaków. Po chwili na stoliku pojawił się barowy koszyczek z syntetycznego materiału, zawierający sztućce, wzbudzający w nas pewien niepokój. Wierzyłem, jak się później okazało - ślepo - że zostanę jeszcze zaskoczony czymś pozytywnym podczas tej wizyty. Finalnie, makarony okazały się potężnym rozczarowaniem i fiaskiem kulinarnym, potęgując aurę niezadowolenia. Obie propozycje były rozgotowane, przygotowane niedokładnie i...po prostu bez wyrazu. Tagiatelle wręcz prosiło się o większą ilość brokułów, bez których było zwyczajnie mdłe, a spaghetti w połączeniu z lekko rozgotowanymi owocami morza z mrożonki dosyć stanowczo zniechęcało do konsumpcji. Oba dania zostały podane na talerza o kształcie lekko zbliżonym do kształtu logo, lecz nawet znaczna gramatura tego, co się na nich znajdowało, nie przemawia jednak na korzyść kuchni. W końcu, o wiele lepsze byłoby doskonale przygotowane danie, lecz o mniejszej objętości. Jak się pewnie domyślacie, nasze talerze pozostały po części nietknięte, a po wyjściu jeszcze przez dłuższy czas w ustach dominowało zdegustowanie.

Podsumowując tą wizytę, stwierdziliśmy, iż zdecydowanie nie warto polecać nikomu z naszych znajomych tego lokalu, nawet jeśli mieliby okazję zamawiać za pół ceny. Wystrój może być zależny od gustu, preferencje zapachowe także, ale jeśli te dwa elementy zawiodą - to oferowane jedzenie jest ostatnią deską ratunku, niestety nieobecną w Castello.

Uwzględniając system ocen, zbliżony do tego, stosownego przez autorów bloga Zjeść Poznań, przyznaliśmy następujące noty:

Jedzenie: 2
Obsługa: 3+
Wystrój: 2-
Jakość do ceny: 2


III  wyróżnienie - U mnie, czy u ciebie (Pina)

Pomówmy o miejscu, które zapewne z założenia ma być odpowiedzią na dość powszechny problem: Gdzie się spotykamy? U mnie? U ciebie? Wniosek jest prosty: w „U mnie czy u ciebie”.

Kawiarnio-restauracja położona w ścisłym centrum Poznania (dosłownie! – bo skrzyżowanie ulic Gwarna i święty Marcin ma być ponoć samiutkim środkiem tego miasta!). Z ruchliwej ulicy wchodzimy do przytulnego wnętrza urządzonego ze smakiem w jednej ze starych kamienic. Miejsce sprzyja rozmowie i spotkaniom w niewielkim gronie przyjaciół – nastrojowa muzyka, przyciemnione światło i fotograficzne parawany pomiędzy stolikami zapewniają prywatność i relaks.

Ponoć bardzo znane miejsce na kulinarnym szlaku Poznania, w którym można zjeść przede wszystkim to, co w Wielkopolsce najlepsze – ziemniaki pod każdą postacią.

My jednak postawiliśmy na coś bardziej wyszukanego, przepisując bezpośrednio z menu zamówiliśmy: udziec z indyka pieczony z jabłkami, podlany rumem, z modrą kapustą i pyzami; tilapię panierowaną w sezamie i chilli z dipem orzechowym i z warzywami po tajsku; zupę krem dyniowo-kokosowy i dwa małe piwa.

Zupa ku mojemu zdziwieniu została podana w wysokiej szklance z uszkiem. Dość niekonwencjonalny i mało praktyczny pomysł. Ciężko jeść dużą łyżką stołową, a nie da się jej po prostu wypić, bo za gorąca. W każdym razie smaczna – choć ani dynia, ani kokos nie były wyczuwalne. Gdyby nie świadomość tego, o co prosiłam, nigdy nie zgadłabym co właśnie jem.

Dania główne okazały się być bardziej udane. Udziec aromatyczny i kruchy, pyzy puszyste, a kapusta bardzo dobra. Ale jabłka! Pokrojone w cieniutkie plasterki, pieczone na maśle, po prostu rozpływały się w ustach. Jak dla mnie za cały obiad starczyłby duży talerz tych jabłek – dawno nie jadłam czegoś tak smacznego! Dla nich samych warto tam zajrzeć!

Tilapia chrupka od sezamowej panierki, bardzo dobrze smakowała z podanym sosem. Warzywa jednak jak dla nas niezjadalne – za dużo marynaty i za bardzo tajskie dla polskich podniebień. Do tego z trzech dodatków do wyboru zamówiłam ziemniaki pieczone. I słusznie właśnie to warzywo ma być wizytówką miejsca, bo okazało się być najlepsze ze wszystkiego co zostało podane na talerzu. Młode ziemniaczki pokrojone w półksiężyce pieczone najwidoczniej na świeżo, a nie – jak to zwykle bywa – po wcześniejszym rozmrożeniu. Pycha!

Porcje były na tyle duże, że ze spokojem można było wszystko zjeść i się najeść – nie dojadając później, ale też nie zostawiając połowy z przejedzenia.

Jeśli zaś chodzi o obsługę, to była miła, acz niekompetentna. Postanowiliśmy więc przyjąć, że dopiero się przyucza do pracy, żeby nie tracić żółci na narzekanie na to, że jedno z nas już zdążyło zjeść swoje danie, zanim drugie dopiero swoje dostało. Na szczęście najedzeni jesteśmy wyrozumiali, choć obyło się bez napiwku.;)

Łącznie portfel zelżał o 68 złotych.

Podsumowując więc wizytę Waszym wzorem:

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 5
Jakość do ceny: 4

Pewnie jeszcze tam wrócimy!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...