Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2011

PIKA PIKA tapas bar y vino / ocena 4.00

Wyjście do Pika Pika odbiegało nieco od większości blogowych wizyt. Recenzja ta jest bowiem zapisem spotkania towarzyskiego przy winie i przekąskach. Jedzenie zatem zeszło niejako na dalszy plan, ale też dzięki takiej formule wyjścia, mieliśmy sposobność wypróbować każdy tapas, jaki tego dnia oferowano.


ONA:
Choć pogłoski o otwarciu nowego tapas baru docierały do nas już wcześniej (kojarzę nawet facebookową ankietę na nazwę), to do wizyty właśnie tam skłoniły nas powtarzające się opinie o atmosferze, autentyczności i prawdziwych hiszpańskich smakołykach. Dostaliśmy również instrukcje, aby nie zrażać się „polowym” wyglądem wnętrza, bo jest to najmniej istotny element. I faktycznie, przechodząc dwukrotnie w ciągu tygodnia ulicą Zamkową nie do końca mieliśmy ochotę zasiąść w tym bardzo oświetlonym, pustawym wnętrzu z dużym oknem. Taka forma knajpki sprawia, że ma się wrażenie, że to goście są obserwowani przez przechodniów z ulicy, a nie na odwrót. Może to kwestia przyzwyczajenia, ale wchodząc do jakiekolwiek lokalu chyba wolę odciąć się od tego co na zewnątrz, ewentualnie zyskać dobre pole do spokojnej obserwacji ulicy. Pewnie dlatego do Pika Pika weszliśmy dopiero za trzecim razem. Po fakcie stwierdzam, że pochłonięta rozmową niespecjalnie zwracałam uwagę na przechodniów, a wnętrze dzięki imponującej liczbie gości nabrało zupełnie innego niż wcześniej charakteru. Było bardzo sympatycznie, na stole pojawiały się kolejne kieliszki wina (zarówno to butelkowe polecone przez Pana z obsługi oraz wino domu podane w ceramicznym dzbanku było przyzwoite, choć to pierwsze zdecydowanie smaczniejsze) oraz kolejne tapasy. Prawdopodobnie nie spróbowałam wszystkiego, ale mam swoich 3 faworytów – kawałki bagietki z serem Manchego, dorsz z cieciorką oraz tarta czekoladowa. Pierwszy przysmak miał w zasadzie jeden słaby punkt, czyli kiepską bagietkę. Moją uwagę od pieczywa (blade i bardzo miękkie) skutecznie odwracał ser, który po prostu bardzo lubię. Dorsz z cieciorką natomiast zupełnie mnie zaskoczył, bo choć za cieciorką samą w sobie jakoś szczególnie nie przepadam (wolę ją w formie humusu lub falafela) to jednak całość była bardzo smaczna. Wieczór zwieńczyła czekoladowa tarta i choć spożywana po sporej ilości wina i o godzinie zdecydowanie nie "tartowej" (było grubo po 24) jej smak spowodował, że mruczałam z zadowolenia (kruche ciasto z gęstym, czekoladowym, nie przesadnie słodkim kremem). Zupełnie nie zachwyciły mnie natomiast papryki z mało wyrazistym nadzieniem oraz ziemniaczana tortilla na bagietce (ale o ile nadziewane papryki lubię, o tyle tortilla de patatas słabo przechodzi mi przez gardło nawet w Hiszpanii).

Ocena obsługi to w tym przypadku zadanie karkołomne, bo choć zajmujący się nami Pan mówił świetnie po polsku (piszę to z pełnym podziwem) to jednak mieliśmy sporo trudności w dogadaniu szczegółów. Pan nie mógł się bowiem pogodzić z faktem, że chcę jednocześnie zamówić wino białe i czerwone (gdyż jedna osoba chciała pić tego wieczoru tylko czerwone) i z uporem twierdził, że dwóch win jednocześnie nam nie poda, gdyż najpierw pije się białe, a później czerwone i że poda nam trunki właśnie w takiej, właściwej kolejności. Moje tłumaczenia przyjął natomiast stwierdzeniem, że za dużo kręcę. Koniec końców udało się wynegocjować że do butelki białego wina dostaniemy kieliszek czerwonego (choć tak naprawdę chcieliśmy butelkę, ale tego nie potrafiliśmy załatwić). Ten rozbudowany dialog sprawił, że przez resztę wieczoru postanowiliśmy pozostać wyłącznie przy winie domu. Chciałam zaznaczyć, że cała ta rozmowa odbywała się z uśmiechem i w super sympatycznej atmosferze, miało to również swój hiszpański urok i jestem pewna, że taka egzotyka może znaleźć ogromne rzesze zwolenników.

Koniec końców Pika Pika polecam. Warto się tam zatrzymać choćby na jeden kieliszek wina (naprawdę jest w czym wybierać, a obsługa rzeczowo opowiada o wybranych butelkach) i jeden tapas (nawet jeśli jedzenie nie jest porywające). Zdecydowanie łatwiej znaleźć na Zamkowej miejsce w ciągu tygodnia – w weekend lepiej pomyśleć o rezerwacji stolika, szczególnie jeśli przychodzi się z większą grupą. Na pewno spodoba się tu wszystkim miłośnikom Hiszpanii oraz ludziom otwartym na wesołą interakcję z obsługą.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4


ON:
Trzeba przyznać, że z opisem Pika Pika mieliśmy nie lada problem. Z jednej strony dylemat, czy da się w ogóle sprawiedliwie ocenić tapas bar, przykładając do niego miary skrojone dla restauracji. Z drugiej strony świadomość, że jeśli ocen nie przyznamy, to recenzja będzie kaleka, a część z Was - rozczarowana. Suma sumarum oceny przyznaliśmy, ale pewni nie jesteśmy żadnej, gdyż zarówno jedzenie, obsługa, jak i wystrój - ponadprzeciętnie urzekają, ale posiadają też pewne braki.

We wnętrzu najbardziej przypadła mi do gustu prostota i autentyczność (no i wiszące w oknie jamon serano). Gdy przechodziliśmy ulica Zamkową w ciągu tygodnia, wnętrze wydało mi się zbyt zimne w odbiorze i zdecydowanie za pstrokate. Wystarczyło jednak, że zostało wypełnione przez weekendowy tłum, a już nie dostrzegałem tych niedostatków. A jeśli o tłumach mowa, to najsłabiej wypada pojemność lokalu i dobór tak rozłożystych krzeseł, że stołów mieści się ledwie pięć. I choć z podziwem patrzyłem w stronę tych, którzy przez cztery godziny wytrwale stali przy beczkach, to ja bez miejsca przy stole szybko bym tapas bar opuścił. Gwoli ścisłości, lokal wcale nie jest taki mały, tyle tylko, że kuchnia zdaje się być równej wielkości co sala, a przynajmniej tak to wyglądało, gdy uchylały się do niej drzwi.

Zasady z Pika Pika są następujące. Zamawiasz kieliszek wina domu za 5 złotych (rodem z Nawarry) i dostajesz do niego jeden tapa (kawałek bagietki z dodatkiem). Zamawiasz karafkę półlitrową za 15 złotych lub dzbanek litrowy za 25 złotych i dostajesz odpowiednio - 3 lub 5 tapasów. Oprócz tego mam półkę z butelkowanymi winami dostarczonymi przez Vinolę, gdzie do cen należy doliczyć korkowe w wysokości 12 złotych. Jest jeszcze tablica, na której wypisane są potrawy, które za 5 lub 10 złotych przyrządzą Ci w kuchni. Ze specjałów, które możecie zobaczyć na zdjęciach, mi najbardziej przypadły do gustu krokiety z kurczaka, dorsz z cieciorką oraz mięso w pomidorach. Gustuję zatem raczej w kuchni ciepłej Pika Pika, choć w przypadku krokietów była to raczej kuchnia letnia (na trzy próbowane sztuki, aż dwie były w samym środku jeszcze zimne). Najmniej odpowiadały mi za to rozmoczone papryczki z nadzieniem, bo choć wiem, że ściągnę tym wyznaniem na siebie gromy, to naprawdę w Biedronce sprzedają lepsze, nie mówiąc już o tych, które samemu można zrobić z papryk jabłkowych Rolnik i sera Feta. Wracając do tapas baru - na sam koniec wizyty dojrzałem tabliczkę z ofertą talerza jamon iberico de pata negra za 40 złotych i zdecydowanie chciałbym taki talerz następnym razem zamówić.

Obsługa w Pika Pika jest iście hiszpańska. Otwarta, życzliwa, nieszablonowa, ale potrafiąca też puścić focha. Nie było bowiem w naszym towarzystwie osoby, która choć raz nie ścięłaby się z obsługującym nas kelnerem. A to ktoś pomieszał mu ponoć zamówienie, a to nie można było podać jednocześnie wina białego i czerwonego, a to ktoś spojrzał w jego kierunku spod byka, a inny nie zrozumiał dowcipu. Taki urok miejsca, a wspominam o tym tylko dlatego, abyście mogli sobie je lepiej wyobrazić. Z poważniejszych zastrzeżeń do obsługi, mam tylko jedno - gdy zamówiliśmy wino butelkowe (Bracamonte Verdejo 2010), a jako kolejne chcieliśmy zamówić wino domu, to kelner za bardzo nas przekonywał, że mamy pozostać przy butelkowym. Ja rozumiem, że to na nim tapas bar więcej zarabia i to do niego liczy sobie korkowe, ale klient nie czuje się dobrze, gdy mu się coś na siłę wciska, skoro zdecydował się na coś innego, trzykrotnie swoją opinię podtrzymał, a i tak musi czwarty raz dobitnie zaznaczyć, ze wybiera wino domu (pomimo niezadowolonej miny kelnera). Złościć się jednak na tych ludzi długo nie można, gdyż jak widzą Cię następnym razem, to traktują już jak swojego :)

I choć to ja w naszym tandemie nalegałem, aby oceny jednak przyznać, to proponuję, abyście zapomnieli w przypadku Pika Pika o jedzeniu, obsłudze i wystroju, gdyż w tym miejscu liczy się przede wszystkim atmosfera (no i oczywiście wino). Polecam!

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4


POST SCRIPTUM
Gdy kilka dni temu wpadliśmy na chwilę do Pika Pika, zauważyliśmy kilka nowych dań w menu - m.in. fasolę z szynką (za 5 zł) oraz langustynki (za 10 zł). Podoba nam się takie urozmaicenie, ale w zmianach są dwie strony medalu, gdyż okład podawanej do wina bagietki tym razem był cieniem tego z wcześniejszej wizyty. Raz, że pasta warzywna posypana szynką i pasta grzybowa z serem nie zachwyciły, to jeszcze podano je w bardziej monotonny sposób. Wcześniej zamawialiśmy litr wina i otrzymywaliśmy pięć tapasów w trzech rodzajach. Tym natomiast razem podawano pięć tapasów jednego rodzaju.

KOSZTORYS dla 2 osób:
Jamon Serrano - 5 zł.
Chorizo - 5 zł.
Queso Manchego - 5 zł.
Pisto Manchego - 5 zł.
Pimientos del piquillo con crema de gambas - 5 zł.
Tortilla de - 5 zł.
Carne con tomate - 5zł.
Garbanizos con bacalao - 5 zł.
Croquetas de pollo - 10 zł.
Tarta de chocolate - 7 zł
Bracamonte Verdejo 2010 0,75 – 51 zł
Wino domu 0,5 - 15 zł.
Suma: 123 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.00

ADRES: Poznań, ul. Zamkowa 5
INTERNET: brak strony www

Bookmark and Share

środa, 9 grudnia 2009

LA RAMBLA tapas bar & vino / ocena 4.34

La Rambla to słynna, ruchliwa ulica w centrum Barcelony. Ulica Wodna nie jest tak słynna, tak ruchliwa i znajduje się w Poznaniu, to jednak tutaj swoje podwoje otworzyła La Rambla - tapas bar i winiarnia w jednym.



ONA:
Chyba każdy ma swoje kulinarno – turystyczne wspomnienia, które są tak silne, że mogą przysłonić zwiedzane miejsce. Mnie coś takiego spotkało w Barcelonie. Miasto niewątpliwie ma swój urok. Niemniej kiedy ma się w nogach kilka kilometrów marszu z zadartą do góry głową (kamienice zapierają dech w piersiach) w skwarze, hałasie i tłoku, nawet największy twardziel może mieć dość. Z tego właśnie powodu i na skutek splotu kilku innych okoliczności znalazłam się w knajpce, która wyglądała jak pełna hiszpańskich robotników speluna spod ciemnej gwiazdy. Wtedy mało mnie to obchodziło, chciałam po prostu napić się, coś zjeść i odpocząć. Nie znam hiszpańskiego, obsługa nie znała angielskiego. Nie jestem pewna jak do tego ostatecznie doszło, ale po pewnym czasie na naszym stole pojawiła się ogromna patelnia z potrawą paella. Danie było przepyszne. Od tamtego czasu, do kuchni hiszpańskiej podchodzę z należnym jej szacunkiem.

La Rambla to jedno z miejsc na kulinarnej mapie Poznania, gdzie możemy wypróbować hiszpańskich specjałów. Należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że lokal reklamuje się jako tapas i vino bar. Dlatego raczej nie polecam wybierać się tam na wilczym głodzie, a raczej na przekąskę lub bardziej skomplikowane danie w niewielkim rozmiarze. Ot takie "przegryzajki" do wina. Lokal jest mały, żeby nie powiedzieć klaustrofobiczny, ale urządzony ze smakiem i wyczuciem. W czerwono brązowej przestrzeni mieści się zaledwie kilka stolików i stosunkowo komfortowe siedziska. Wysoki bar, jeszcze wyższe półki na wina, zwisające udźce jamon serrano oraz zdjęcia Barcelony to tylko niektóre z elementów tworzących atmosferę. Jest przytulnie i nastrojowo, ale nie tandetnie. Mieliśmy jednak ten komfort, że byliśmy jedynymi klientami, dlatego niewielka przestrzeń, wcale nie utrudniała nam swobodnej rozmowy. Być może takie rozmiary La Rambli dostosowane są do ludzi o południowym temperamencie, którzy bardzo dobrze czują się w dużej grupie i zawsze mają ochotę pogadać, z każdą napotkaną nawet obcą osobą. My jednak trafiliśmy tam w spokojny, senny i leniwy, poniedziałkowy wieczór. Jak już wspomniałam, dania w menu są niewielkie, niemniej po zjedzeniu 3 porcji i zagryzieniu ich pieczywem moje nasycenie osiągnęło poziom, po którym poruszanie się żwawym krokiem nie należało do przyjemności. Krewetki tiger pieczone w oliwie z czosnkiem i pietruszką były smaczne i jędrne (no dobrze, może odrobinę za twarde, może trochę zbyt długo smażone). Małże również zjadłam z apetytem, choć nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że pod panierką mięso małży posiekane i wymieszane zostało z mięsem niekoniecznie najwyborniejszej ryby. Spróbowałam też paelli, którą zamówił mój partner. Choć nie dorównywała tej pamiętnej, to traktując ją jako wersję dostosowaną do polskich warunków, paelle z La Rambli mogę uznać za całkiem udaną (minusem mogłaby być jednak śladowa ilość owoców morza). Na deser wybrałam szarlotkę, bo tradycyjnego hiszpańskiego deseru (turrany – "słodkie tapas") akurat nie było. Szarlotka była taka jak lubię - warstwy jabłek przesypane kaszą manną i zapieczone z masłem. Do tego gałka lodów o smaku malagi i śmietana (raczej z tych kiepskich). Całości towarzyszyło bardzo smaczne, polecone przez barmana wino Gran Cardiel (Rueda/verdejo viura/08).

Jedzenie w La Rambli chyba dość ciężko wtłoczyć w rygor tradycyjnych polskich posiłków. Warto jednak czasem ustawić sobie tak plan dnia i posiłków, żeby wybrać się na dobre hiszpańskie wino i zamówić do tego choćby mały tapas w przystępnej cenie - polecam doskonały ser manchego. Kiedyś do zestawu dodawano też szynkę serrano. Teraz trzeba ją zamówić osobno i dość słono za nią zapłacić. Najprzyjemniej jest wybrać się do La Rambli, nie żeby się najeść (jak ostatnio zrobiłam to ja), ale żeby po prostu subtelnie sobie dogodzić.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4+
Wystrój: 5-
Jakość do ceny: 4



ON:
La Rambla to niewielki tapas bar, a także winiarnia z ponad 100 gatunkami hiszpańskich win. Wewnątrz jest dość ciemno i bardzo przytulnie. Jednoizbowy lokal bywa czasem opustoszały, a dyżur pełni w nim jednoosobowa obsługa. Wszystko to ma swój urok, gdyż ma się wrażenie, że czas płynie tam wolniej. Małe, dwuosobowe stoliki poustawiane są obok siebie, wzdłuż narożnej kanapy. Choć trend ciasno poustawianych stolików raził mnie trochę w przypadku zatłoczonych Taste Barcelona i Meze, to w opustoszałe i oryginalnej La Rambli, nie przeszkadza wcale. W czasie naszej wizyty byliśmy zresztą jedynymi gośćmi, a zaszliśmy tam akurat, gdy Pan kelner przy pomocy drabiny aranżował świąteczny wystrój lokalu. Zaciekawiony zapytaniem o możliwość fotografowania, rozświetlił nam dodatkowo lokal, a nawet dopytał o adres bloga.

Tapas to niewielkie przekąski podawane do napojów w barach Hiszpanii. Ja jednak wszedłem tam dość głodny i zwykłe pubowe przekąski nie miały szansy, aby kulinarnie mnie zaspokoić. Założenie miałem takie, aby zamówić dwa dania, a w razie potrzeby domawiać kolejne przekąski. Zamówiłem zatem tradycyjną zupę andaluzyjską oraz paellę z owocami morza i kurczakiem, a także z racji problemów z gardłem - herbatę zimową. Lentejas, a więc gęsta i gorąca zupa z czerwonej i zielonej soczewicy z dodatkiem kiełbasy i warzyw, okazała się strzałem w dziesiątkę na grudniowy wieczór. Chwalić należy jej właściwości smakowe, sycące i rozgrzewające, a także podane wraz z zupą pieczywo oraz dobrej jakości oliwę z oliwek. Bardzo smaczne było także drugie danie - Paella con mariscos y pollo, a więc tradycyjne danie z ryżu z owocami morza (małże, krewetki, ośmiorniczki i kalmary) i kurczakiem duszonym w białym winie. Dopełnieniem mojego kulinarnego szczęścia była bardzo przyjemna w smaku herbata zimowa z rumem i owocami cytrusowymi, która doprawiona została mieszanką przypraw korzennych. Możecie nie wierzyć, ale tak jak byłem głodny, tak te dwa z pozoru niewielkie dania, pozwoliły mi o tym głodzie zupełnie zapomnieć. Jak dla mnie zatem prawie same plusy, a co do minusów, to rzuciły mi się w oczy tylko dwa - uboga, żeby nie powiedzieć nieistniejąca oferta dla wegetarian, oraz dość słona, bo około 40 procentowa przebitka wina pitego w lokalu, względem możliwości zakupu na wynos.

La Rambla reklamuje się hasłem - "Gorąca atmosfera bez względu na pogodę". Ja dodam, że reprezentuje sobą dość ciekawe i nowatorskie podejście na poznańskim rynku restauracyjnym. Może być jej trudno przełamać poznańskie przyzwyczajenia, gdzie dobry posiłek to duży posiłek. Kibicuję jej jednak z całego serca. Spróbowałem i polecam!

Jedzenie: 4
Obsługa: 4+
Wystrój: 4+
Jakość do ceny: 4+



KOSZTORYS:
Smażone krewetki (10 szt.) - 18 zł.
Zupa andaluzyjska - 10 zł.
Panierowane małże - 14 zł.
Paella z owocami morza i kurczakiem - 14 zł.
Szarlotka z lodami - 14 zł
Wino Gran Cardiel 0,15 – 11 zł
Herbata zimowa - 8 zł.
Suma: 89 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.34

ADRES: Poznań, ul. Wodna 5/6
INTERNET: www.larambla.pl

Bookmark and Share

czwartek, 12 listopada 2009

TASTE BARCELONA - lunch / ocena 3.94 (zamknięta)

W piątek, we wczesnych godzinach popołudniowych dysponowaliśmy czasem, który chcieliśmy poświęcić na sprawdzenie kolejnej restauracji, która oferuje zestawy lunchowe. Tym razem nie dopisywało nam jednak szczęście. W dwóch kolejnych restauracjach, na pytanie o możliwość robienia zdjęć otrzymaliśmy odpowiedź odmowną. Po tych wydarzeniach, które wzbudziły w nas lekki niesmak, dotarliśmy ostatecznie do restauracji Taste Barcelona, gdzie sympatyczna Pani z obsługi nie widziała potrzeby, żeby poskramiać nasze fotograficzne zapędy. Oferta lunchowa jest przy tym dostępna od poniedziałku do piątku w godzinach 12:00-16:00 i zawiera - zupę lub sałatkę oraz jedno danie główne do wyboru + deser - w cenie 30 zł.


ONA:
Taste Barcelona mieści się na 2 piętrze nowej części Starego Browaru. Pewnie z racji tej "miejscówki", która nie bardzo kojarzy się z celebrowaniem posiłków, narażona jest na krytykę. Ja jednak cieszę się, że w centrach handlowych pojawiają się nowe restauracje chociażby z odrobiną ambicji. Takie miejsca potrafią ułatwić życie ludziom, którzy heroiczny czyn jakim są zakupy, muszą wynagrodzić sobie kulinarnym zadośćuczynieniem. A jeśli ktoś szuka hiszpańskiego klimatu, win i przekąsek bliżej Starego Rynku, zawsze może wybrać się do restauracji La Rambla (miejsce ma swój urok, jedzenia nie oceniam, bo od ostatniej mojej wizyty minęło już kilka miesięcy, więc wszystko mogło się zmienić).

Wnętrze lokalu zdominowane zostało przez długi drewniany bar, nad którym widnieje kolekcja dostępnych w restauracji hiszpańskich win. Stosunkowo prosty i estetyczny wystrój wnętrza wzbogacony został przytwierdzoną do ściany, podświetlaną ozdobą imitującą świątynię Sagrada Famila, kolumną ozdobiona ceramiczną mozaiką oraz telewizorami plazmowymi, bezustannie wyświetlającymi dania i wina, które znajdziemy w menu. Telewizory te zostały jednak tak zmyślnie wkomponowane w przestrzeń restauracji, że absolutnie nie przeszkadzają, ani nie burzą aranżacji wnętrza. Przestrzeń sprawia wrażenie niewielkiej, ale jeśli dołożymy do niej kilka stolików na zewnątrz i 3 drewniane, należące do restauracji boksy, okaże się, że w restauracji można znaleźć miejsce nawet w bardziej zatłoczony dzień. Oferta lunchowa, składa się z ustalonych z góry i zmieniających się codziennie zestawów. Każdy zestaw daje jednak możliwość niewielkiego wyboru. Tym razem zdecydowałam się na zupę cebulową, grillowanego tuńczyka i pieczone jabłko z cynamonem. Zupa cebulowa bardzo mnie zaskoczyła. Może to przyzwyczajenie do tych tradycyjnych, francuskich, z dużą ilością dobrze wysmażonej cebuli, winem i/lub sherry i grzanką z gruyerem. Jednak katalońska wersja, delikatniejsza, o bardziej zdecydowanym kolorze, prawie pozbawiona kawałków cebuli również przypadła mi do gustu. Zupa, podobnie jak jej francuska siostra, zapieczona została z grzanką z serem. Na szczycie tej misternej konstrukcji umieszczono delikatnie ścięte żółtko. Kiedy łyżką przebiłam jego powierzchnię, żółtko rozpłynęło się w cebulowym płynie, zapewniając mi jeszcze ciekawsze doznania smakowe. Danie główne wypadło trochę słabiej. Prawdopodobnie dlatego, że stek z tuńczyka nie znajduje się na szczycie listy moich morskich ulubieńców. Postanowiłam jednak spróbować. Uważam, że co jakiś czas warto się przekonać, czy aby upodobania kulinarne nie zmieniły się z wiekiem, albo czy szef kuchni nie jest przypadkiem prawdziwym wirtuozem, który każde danie potrafi zamienić w kulinarny majstersztyk. Tuńczyk jednak i tym razem mnie nie uwiódł. Dławiąca suchość tej ryby, w towarzystwie zaledwie dwóch plasterków cukinii i połówki pomidora (swoją drogą bardzo smacznych) sprawiła, że bardziej niż na smaku, skupiłam się na przełykaniu. Na koniec jednak dostałam fajny deser. Fajny, bynajmniej nie ze względu na nieoczekiwany smak, ale na genialny w swej prostocie pomysł. Przygotowanie wydrążonego jabłka, zapieczonego z cynamonem i odrobiną sosu czekoladowego, nie było czasochłonne, nie wymagało też specjalnych umiejętności, ani nakładów finansowych. W tym wypadku liczył się właśnie pomysł. Pomysł na prosty i lekki deser, o niebo lepszy niż gałka kiepskich lodów ze śmietaną w aerozolu. Jedzeniu towarzyszył kieliszek białego Vina Esmeralda (Torres). Ten przyjemny kupaż (Moscatel i Gewurtztraminer) łączył w sobie nuty kwiatowo-owocowe. Jedwabisty płyn z delikatnie wyczuwalną słodyczą świetnie łączył się z moimi daniami.

Mimo tego, że skrytykowałam danie główne (być może to mój osobisty "tuńczykowy" problem), uważam tę restaurację za godną uwagi. Do obsługi również nie mam większych zarzutów. Może poza tym, ze Pani kelnerka stawiała mi duży opór, kiedy chciałam uciąć sobie z nią krótką pogawędkę o zupie, a na moje pytanie o ser rzuciła na odczepne odpowiedź, na którą spuszczę zasłonę milczenia. Pamiętam jednak, że ta sama Pani kelnerka kiedyś doskonale doradziła mi w kwestii wina, nie zrobiła też najmniejszego problemu co do zdjęć, dlatego niech będzie, że nieudaną pogawędkę o zupie potraktuję jako incydent.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4+


ON:
Plus za to, że przed wejściem do Taste Basrcelona mogę spojrzeć na planszę ze zdjęciem, opisem i ceną każdego z 60 serwowanych tam dań (sałatki, tapas na zimno, tapas na ciepło, mini dania, zupy, dania główne i desery). Minus za to, że siedząc w przeszklonej części lokalu przy niewielkim i ciasno stłoczonym stoliku nie do końca potrafię się zrelaksować. Wnętrze jest przy tym nowoczesne, schludne i estetyczne. Wracając jednak do planszy sprzed wejścia, to dania z menu prezentują się naprawdę nieźle. Moim zdaniem, są jednak stosunkowo drogie, jak na swoje niewielkie gabaryty. Wybraliśmy jednak zestaw lunchowy i o lunchu tu będzie. Szybki rzut oka na piątkową ofertę i zdecydowałem się na zupę cebulową, kurczaka i ciasto dnia. Dużo więcej czasu zajął mi jednak wybór wina spośród bogatej oferty winnic Miguel Torres. Za radą bardzo sympatycznej Pani kelnerki zdecydowałem się ostatecznie na lampkę białego, półwytrawnego San Valentin. Dodam przy tym, że obsługa jest bardzo sprawna, a goście na nic nie muszą czekać. Ja też nie musiałem i ledwie spróbowałem pierwszy łyk smacznego wina, to już miałem przed sobą talerz z zupą.

Zupa cebulowa zarówno w swojej konsystencji, jak i dodatkach, nie miała wiele wspólnego z jej tradycyjną odmianą i choć dobra i odpowiednio ciepła, to jednak ja w tej kwestii pozostaję zwolennikiem tradycji, a grzankę zapiekaną z żółtkiem i serem, traktuję tylko jako ciekawy eksperyment. Równie szybko i sprawnie podane miałem danie główne, które jednak było po części moją małą wpadką. Tak zdecydowany byłem na zestaw z mięsem, kosztem zestawu z rybą, że nie doczytałem w menu, iż mam do czynienia z udkiem kurczaka w sosie własnym z dodatkiem wina Moscatell podanym na plastrach ziemniaków. Wpadka była wyłącznie dlatego, że nie należę do miłośników "mięsa z kością" oraz ciężkich i gęstych sosów (ten właśnie taki był). Raził mnie także brak jakichkolwiek warzyw oraz fakt, że ziemniaki pod kurczakiem były zbytnio przypieczone, a niektóre wręcz przypalone. Wiem, że sam sobie jestem winny, niemniej żałuję, iż nie zdecydowałem się na stek z tuńczyka. Jeszcze bardziej żałuję jednak tego, że nie dotarłem tam w czwartek, kiedy oferta lunchowa obejmuje kotleciki wołowe z sosem z sera pleśniowego i frytki. Przyszła jednak pora na deser, a lekkie i smaczne tiramisu odczarowało trochę sytuacje.

Reasumując, sam zastanawiam się ile prawdziwej Katalonii było w moim lunchu. I choć pewnie niewiele, to wciąż uważam restaurację Taste Barcelona za ciekawe miejsce. Doradzam zatem, abyście sami ją przetestowali.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 4
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 3+


KOSZTORYS:
2 x Lunch Menu  (2 x Zupa cebulowa z grzanką zapiekaną z żółtkiem, Tuńczyk po prowansalsku, Kurczak pieczony a 'la catalan, Jabłko pieczone z cynamonem, Tiramisu) - 60 zł.
Vina Esmeralda 0,15 - 14 zł.
San Valentin 0,15 - 11 zł.
Suma: 85 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.94

ADRES: Poznań, ul. Półwiejska 42 (Stary Browar)
INTERNET: brak strony www

Bookmark and Share
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...