Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia meksykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia meksykańska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 marca 2011

CACTUS FACTORIA restaurante & cafe - cz.II / ocena 3.69

Cactus Factoria to czwarty z opisanych na blogu lokali (po Kuchni Chrisa, Pracowni oraz Indian Ocean), do którego wracamy z aparatem. Wcześniejsza wizyta miała miejsce prawie półtora roku temu, zatem warto przyjrzeć się restauracji na nowo.

PS Opis pierwszej wizyty znajdziecie tutaj.


ONA:
Restauracji do których chciałabym powrócić jest naprawdę sporo. Codziennie jednak, czy to z polecenia, czy z innych źródeł dowiaduję się o kolejnej, nowej, w której jeszcze nigdy nie byłam, a która wydaje się zasługiwać na wizytę. Stoi to jak widać w pewnej sprzeczności. Co więcej powroty interesowałyby mnie czasem zarówno w kontekście restauracji skrytykowanych (od jakiegoś czasu zastanawiam się nad ponownym odwiedzeniem Madagaskaru), jak i tych, które mnie urzekły (cały czas z uwagą śledzę zmieniające się menu w Kuchni Chrisa). Ostatnimi czasy zdarzało się też, że wybieraliśmy się do restauracji bez aparatu i bez nastawienia blogowego. Oczywiście obserwacje z takich wyjść zapisują się w naszej pamięci, czasami też pojawiają się w post scriptum do posta, ale traktujemy je przede wszystkim jako wyjścia "prywatne" pozwalające na złapanie oddechu i odświeżenie spojrzenia. I choć Cactus Factoria nie zapisała się w mojej pamięci niczym wyjątkowym, przypadek zaprowadził nas pod jej drzwi już drugi raz.

Po wejściu od razu przypomniałam sobie klimat wnętrza. Czerwone i czarne nadal dominowało, jednak dało się odczuć, że wystrój woła o odświeżenie zarówno ze względu na zużycie materiału, ale też opatrzenie się z tak wyrazistymi dekoracjami (myślę przede wszystkim o tych, którzy do CF zaglądają regularnie). Zajęliśmy wygodne miejsca i złożyliśmy zamówienie u uśmiechniętej Pani kelnerki, które naprawdę się starała, żeby obsłużyć nas jak najlepiej. Nie umknęło jednak mojej uwadze, kiedy stolik dalej usiadło dwóch związanych z restauracją panów. Jeden starszy, dzierżący w dłoni organizer i długopis, a drugi choć młodszy, wyraźnie zmęczony życiem. Debatowali długo na tematy związane z lokalem (choć nie wydaje mi się, żeby głośna rozmowa w głównej sali restauracji była do tego najodpowiedniejszym miejscem). Po chwili ten starszy zostawił młodszego, który nie mając najwyraźniej nic lepszego do roboty, odchylił się mocno na krześle i rozciągając się postanowił uciąć sobie drzemkę. Choć sam widok był dość komiczny, to jednak uważam to za kompletny brak profesjonalizmu.

Z menu zdecydowałam się na bouillabise i halibuta z melonem oraz lody zapiekane w cieście filo. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że zamówienie wybranej przeze mnie zupy w Polsce było proszeniem się o kłopoty (skoro głównym składnikiem dania jest kilka gatunków śródziemnomorskich ryb), ale miałam ochotę porównać tę, którą wypróbowałam w Berlinie (prawdziwi ekstremiści twierdzą, że każda poza Marsylią jest kiepska) z tą z CF. Powiem tyle, zupa była zjadliwa, natomiast faktycznie różniła się bardzo od wszystkich próbowanych wcześniej bouillabaise. Była to po prostu lekko pomidorowa i mało wyrazista zupa rybna. Zgodnie z opisem w menu o aromacie kopru włoskiego i oregano, choć jak dla mnie z przypraw pierwsze skrzypce powinien grać szafran. Generalnie po prostu do zjedzenia jako wariacja na temat zupy rybnej, ale lepiej nie taktować jej jako wzór bouillabaise. Dalej halibut, czyli jedna z moich ulubionych ryb. Zapiekany z serem pleśniowym, duszonymi warzywami i sosem paprykowym. Zdaje się, że było to autorskie danie szefa kuchni. Cóż, nie sprawiało wrażenia przemyślanej kompozycji dopełniających się smaków. Cały pomysł polegał chyba na wrzuceniu na talerz wszystkich resztek z lodówki. Mrożony halibut przysypany kopcem słodkawych warzyw, zapieczony z serem pleśniowym i polany sosem chili (na bazie tego przemysłowego dodawanego do sajgonek) raczej nie przypadł mi do gustu. Tak samo jak mocno rozgotowany dziki ryż. Całość do zjedzenia ale pozbawiona jakiejkolwiek subtelności i polotu. Nie sposób przemilczeć również gigantycznego talerza, na którym danie zostało podane (jak dla mnie to nie do końca trafiony i wygodny pomysł). Po wszystkim przyszedł czas na lody zapiekane w cieście filo. Cóż, deser zapowiadał się ciekawie, niestety ciasto otaczające lody nie miało z filo nic wspólnego, co więcej nawet filo nie przypominało. Wyglądało raczej jak panierka z pokruszonych ciasteczek. Generalnie przeciętne w smaku, choć znów całość miała niewiele wspólnego z opisem w menu. Dla dekoracji i wzbogacenia smaku deser polano gotowym sosem czekoladowym, dodano kleks śmietany i połowę brzoskwini z puszki.

Cactus Factoria mnie raczej nie przekonała. Pierwsza wizyta w moim odczuciu wypadła trochę lepiej. Miejsce nie jest wprawdzie dla mnie skreślone, ale mam wrażenie, że forma tu trochę spadła. Uważam, że właściciele powinni odświeżyć wystrój i porozmawiać z szefem kuchni, bo zapewne jakiś potencjał w nim drzemie, lepiej byłoby jednak, gdyby trochę przystopował z przekombinowanymi daniami. Mniej w większości przypadków naprawdę znaczy lepiej.

Jedzenie: 3+
Obsługa: 3+
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4-


ON:
Ostatnio byliśmy w Cactus Factorii około 22:00 i chwaliliśmy, że jest to jedna z nielicznych restauracji, w której można zjeść o tak późnej porze. Jest jednak i druga strona medalu, bowiem choć lokal otwarty jest do ostatniego klienta, to otwarcie następuje dopiero o godz. 15:00. Mało by zatem zabrakło, abyśmy pocałowali klamkę, ale ostatecznie byliśmy jednymi z pierwszych gości. Wnętrze nie zmieniło się wcale. Nadal jest dość estetyczne, ale nadal niezbyt przytulne. Wystrój bardziej pasuje do klubu (którym de facto CF też jest), aniżeli do restauracji. Nie chcąc przy tym dublować ujęć z ostatniej wizyty, postanowiliśmy zamiast parteru obfotografować piętro. To było jednak zamknięte dla gości, a my poprzestaliśmy na zdjęciu z zewnątrz.

Z pewnością za to uległo zmianie menu. Zostały co prawda dawne szlagiery, ale dołączono do nich nowe pozycje. I tak wciąż widnieje w karcie zamówiona przeze mnie niegdyś zupa Azteca (i bardzo dobrze, że widnieje), za to zabrakło schabu diabelskiego w sosie pieprzowym (równie trafna decyzja). Nie oglądając się jednak zbytnio w przeszłość, zamówiłem - tatar wołowy, karkówkę Barbacoa oraz deser Special Cactus Factoria (ten ostatni tradycyjnie - wespół z Anią). Po złożeniu zamówienia na stół podano nam talerzyk z czterema grzankami z tapenadą, przystrojonymi rzeżuchą. Miły to akcent, a zarazem nowość względem ostatniej wizyty. Właściwą przystawką był jednak tatar, który może i nie wyglądał najlepiej (trochę jakby obślizgły od sporej ilości oliwy), ale smakował jak należy. Podano go z żółtkiem, cebulką, rzeżuchą i co ciekawe - marynowanym kaktusem, w towarzystwie ciepłych bułeczek i masła czosnkowego. Trudno co prawda było wyczuć wyjątkowość kaktusa i myślę, że gdyby ktoś nie wiedział, to by nie rozpoznał, ale całość należy pochwalić. Całkiem dobre wrażenia sprawiła na mnie też grillowana karkówka z grillowanymi warzywami (papryka, cukinia, bakłażan) i frytkami steak house. Również podana została towarzystwie rzeżuchy i muszę przyznać, że owa rzeżucha przyzwoicie sprawdza się, jako dodatek zdobniczo-jadalny. Do dobrze wypieczonego, a zarazem delikatnego mięsa (i frytek) brakowało mi tylko jakiegoś meksykańskiego sosu. Na karkówce było co prawda roztopione masło czosnkowe, ale patent z trzema sosami mógłby się tu sprawdzić. Umówmy się przy tym, że danie nie powalało wykwintnym smakiem (to nie jest półka La Passion du Vin, czy też Hugo), ale w segmencie casual nic mu zarzucić nie można. Ot, porządna strawa na wielkim talerzu. Co innego, firmowy deser w postaci lodów zapiekanych w cieście filo. Tu nie ma mowy o porządnej strawie, a raczej o czymś na kształt roztopionych lodów w przemoczonej skorupie (niczym z bułki tartej), która obok ciasta filo nawet  nie leżała. Tylko smakiem mogłoby się to obronić, ale i tego nie robi. Pomysł zupełnie nie trafiony, a ja summa summarum przyznaję 4+ za tatar, 4 za karkówkę i 2+ za deser.

Ceny, tak jak i jedzenie - całkiem przyzwoite (pomijając fakt, że przystawka była droższa od dania głównego), co czyni Cactus Factorię świetną alternatywa wobec Sfinxa, Siouxa, czy The Mexican. Odnośnie obsługi, szerzej wypowiedzieć się nie jestem w stanie, co oznacza, że ani nie wybiła się na plus, ani niczym znowu nie pogrążyła. Ot, uprzejma, sprawnie obsługująca Pani kelnerka, która zasługuje na solidną czwórkę. Minus przy obsłudze, to zatem nie jej wina, a konferującego za moimi plecami managera z właścicielem. Nie chcę się czepiać, ale wydaje mi się, że gość nie musi słuchać, kogo należy przyjąć do pracy, a kogo nie. Gościom należy zapewnić warunki do smakowania, a prowadzenie restauracji od kuchni przenieść z sali restauracyjnej do biura. Niestety CF nie jest tu wyjątkiem, co staram się w recenzjach pomijać, a co drażni mnie coraz bardziej. Zatem apel do wszystkich managerów i właścicieli restauracji - nie stukajcie w swoje laptopy, gdy przy stoliku obok siedzą goście. Przykład zaczerpnięty akurat z Patio, a nie Cactus Factorii, ale nie o laptopa tu chodzi, a o zasady.

Ostatnim razem Cactus Factorię oceniliśmy na 3.75, a teraz na 3.69. Trochę się tutaj z Anią jednak nie zgadzam, że forma im spadła. Moim zdaniem ta niewielka różnica tkwi w deserze. Wówczas go nie zamówiliśmy, a teraz tak, przy czym nie wypadł on ani dobrze, ani nawet poprawnie. Powiedziałbym zatem, że trzymają wcześniejszy poziom. Na minus muszę jednak zauważyć (śledząc wszystkie znaki na niebie i ziemi, w tym także ich stronę na Facebooku) coraz większy, mentalny przechył w stronę klubu, aniżeli restauracji. Osobiście wolałbym, aby było odwrotnie.

PS Już po naszej wizycie Cactus Factoria wprowadziła Lunch Time od 13:00 do 16:00, podczas którego wszystkie pozycje w karcie kosztują -30%. Swoich ocen co prawda nie zmienię, bowiem oceniam stan zastany, ale po fakcie przyznać należałoby dwa dodatkowe plusy - za rozszerzenie godzin otwarcia oraz niższe ceny.

Jedzenie: 4-
Obsługa: 4-
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4-


KOSZTORYS:
Bouillabaisse (mała) – 12 zł.
Tatar wołowy - 32 zł.
Halibut z melonem – 38 zł.
Karkówka Barbacoa – 28 zł.
Special Cactus Factoria – 18 zł.
Herbata x 2 (White Orchard i Green Tea Trop) - 16 zł.
Suma: 144 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.69

ADRES: Poznań, ul. Ślusarska 5

INTERNET: www.cactusfactoria.com.pl

Bookmark and Share

poniedziałek, 12 października 2009

SOMEPLACE ELSE - Fiesta Mexicana / ocena 4.00

Choć nasze plany na weekendowy posiłek były zupełnie inne, zdecydowaliśmy się na Someplace Else w hotelu Sheraton. Okazało się, że właśnie tam, w każdą sobotę października odbywają się wieczory, które są częścią „Fiesta Mexicana” - promocji przygotowanej pod patronatem Ambasady Meksyku w Warszawie. Dlatego też postanowiliśmy zmienić nasze plany, udać się na jeden z takich wieczorów i wypróbować ciekawą ofertę dań jeszcze na początku października, żeby każdy z Was miał trochę czasu na zweryfikowanie naszej recenzji.


ONA:
Bryła hotelu nigdy nie zachęcała mnie do przekroczenia jego progu, nie zachęcała także sama marka, która z jednej strony kojarzyła mi się z siecią nudnych, luksusowych hoteli, a z drugiej z horrendalnymi cenami. Kiedyś jednak uświadomiono mi, że hotelowa restauracja leży w doskonałej lokalizacji pomiędzy moją pracą, a dworcem PKP i może być dobrą alternatywą dla kogoś, kto nie ma akurat ochoty na „budkowe” jedzenie, które oferuje Poznań Główny pasażerom przed podróżą. Jak się okazało, nie taki diabeł straszny… Wnętrze restauracji i baru urządzone zostało nowocześnie, bez przesadnej ekstrawagancji i snobistycznego zadęcia. Skoncentruję się jednak na części barowej, która osobiście podoba mi się zdecydowanie mniej, ale to właśnie tam przyszło nam jeść posiłek. Przestrzeń z centralnie usytuowanym barem wypełniona została ekranami umożliwiającymi oglądanie wydarzeń sportowych i różnymi gadżetami, dla których z mojego punktu widzenia nie powinno być tam miejsca. Większość elementów wykonana została z ciemnego drewna. W sumie to taki schludny, wizualnie niczym nie wyróżniający się bar. Szczerze mówiąc czasem bardzo dobrze się tam czuję. Wtedy, kiedy mam dość knajpianego gwaru, Someplace Else kusi swoim spokojem, który kontrastuje z widokiem jaki roztacza się z dużych, dźwiękoszczelnych okien na ruchliwą ulicę Bukowską.

Sobotni wieczór, z racji weekendu, meksykańskiej fiesty, naszego 6 osobowego towarzystwa i meczu Polska - Czechy był jednak bardziej hałaśliwy niż zwykle. Chcąc sprawdzić specjalną ofertę, zamówiliśmy: „Wielki meksykański stół dla 6 osób”. Ciekawa cena- 160zł dała możliwość do ewentualnych dalszych poszukiwań. Zaskoczył nas jednak szef kuchni, który przyszedł zakomunikować nam, iż na początek, jako gratis dostaniemy od niego zestaw starterów, w którym miało się znaleźć większość dań z wielkiego meksykańskiego stołu. Dlatego też, proponuje wybrać inne dania z karty, tak, żeby spróbować możliwie najwięcej meksykańskich przysmaków. Po chwili, stół zapełnił się smakołykami (żeberka, chili con carne, chlebek dyniowy, quesadillas, sałatka i kilka zestawów meksykańskich sosów), które w dużym stopniu zaspokoiły nasz głód. Cała sytuacja mile nas zaskoczyła, jednak jak się z czasem zorientowaliśmy, prawdopodobnie pomylono nas z jakąś inną grupą, która być może miała zostać potraktowana trochę lepiej niż reszta gości. Z kart domówiliśmy jeszcze mexican sizzler (grilowane papryczki jalapeno faszerowane serem z marynowanymi paseczkami wołowiny, ensalda de nopales (sałatka z liści kaktusa, awokado, papryczki chili, pomidorów koktajlowych, z dodatkiem kremowego sera koziego i owocowej salsy) sopa de tomate (zupa z pieczonych pomidorów z dodatkiem tequili podawana z serem requeson) fajitas (wołowina z warzywami), ciasto czekoladowo – truflowe z owocem granatu na deser oraz kilka koktajli na bazie tequili (koszt ok. 25zł za koktajl, przy czym z każdym wypitym cena wydawała coraz atrakcyjniejsza). Z powodu bogactwa dań, które spróbowaliśmy tego wieczoru, nie odniosę się po kolei do każdego z nich. Spróbuję jednak pokusić się o jakąś całościową opinie, z wykorzystaniem ocen wszystkich uczestników wieczoru. Moje uszy wychwyciły kilka zachwytów nad żeberkami i daniem mexican sizzler (bardzo dobrze przyrządzona wołowina wysokiej jakości). W związku z tym, że nie należę do smakoszy mięs, skupiłam swoją uwagę na bardzo dobrej zupie pomidorowej, która po dolaniu tequili zmieniała się diametralnie. Smakowała jednak w obu odsłonach. Szpinakowe quesadillas i sałatka z liści kaktusa i koziego sera, były smaczne, ale bez specjalnych zachwytów. Na koniec spróbowałam jeszcze truflowo – czekoladowego ciasta, które rozpaliło moją wyobraźnie. Okazało się jednak, że było zupełnie nie w moim typie. Mnóstwo słodkiego kremu, którego smak ratowała obecność pysznych, lekko kwaskowych granatów, to jednak nie dla mnie. W przeciwieństwie do mnie, reszta towarzystwa, uznała deser za wyjątkowo udany…

Pomijając fakt, iż wieczór został zdominowany przez mecz ( nie mieliśmy nic przeciwko samej relacji, wręcz przeciwnie śledziliśmy ją z zainteresowaniem, lecz poziom nagłośnienia uniemożliwiał pozbieranie myśli, nie mówiąc o rozmowie) , obsługę, która choć bardzo miła, niespecjalnie wiedziała co się dzieje, nie potrafiła wyjaśnić dlaczego potraktowano nas w sposób specjalny (startery od szefa kuchni) i za co ostatecznie będziemy płacić, uważam, że samo wydarzenie jest godne uwagi, chociażby ze względu na atrakcyjną cenowo i smakowo ofertę dla 4 i 6 osób.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4-
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4+


ON:
W Someplace Else jestem nie po raz pierwszy. Cenię ten lokal za komfort, który mi daje. Jest to komfort przebywania w centrum miasta w niezadymionym i niezatłoczonym wnętrzu, w pubie i restauracji jednocześnie. Jeżeli dodać do tego sześć telewizorów plazmowych i duży projektor, to mamy idealne miejsce na mecz. Tajemnica małej popularności tego przybytku tkwi zapewne w fakcie, iż jest to pub hotelowy i to nie byle jakiego hotelu. Nie każdy jednak czuję się swobodnie wchodząc do lobby jedynego w Wielkopolsce pięciogwiazdkowego hotelu – Sheraton. Zapewne właśnie dlatego, lokal od niedawna bardziej unaocznił wejście wprost z ulicy Bukowskiej. Widzę w tym ruchu pewną chęć otwarcia się na miasto, a nie zadowolenia się tylko obcojęzycznymi gośćmi hotelowymi. Za kolejny taki ruch uważam październikową Fiesta Mexicana, która za zadanie ma zaprezentować w pełnej krasie, to w czym Someplace Else się specjalizuje - Tex-Mex, a więc fuzję kuchni meksykańskiej i amerykańskiej. W kwestii wnętrza, to przyznam, że bez zmrużenia okiem usunąłbym stamtąd wszystkie udziwnienia – motor Harley-Davidson, samochód Syrenka oraz sztucznego aligatora. Poza tym, wszystko jest jak należy. Przejdę jednak do jedzenia. Dzięki temu, że wyjątkowo wybraliśmy się w trzy pary, zdecydowaliśmy się na otwarty stół i korzystaliśmy z cen promocyjnych – miałem okazje popróbować dużo więcej, niż podczas standardowej kolacji we dwoje. Przyznać przy tym muszę, że mimo różnorodności serwowanych dań, smakowało mi absolutnie wszystko. Jeżeli musiałbym wskazać jednak trzy potrawy, które zdobyły mnie bez reszty to wskażę - zupę z pieczonych pomidorów z dodatkiem tequili podawaną z serem requeson; grilowane papryczki jalapeno faszerowane serem z marynowanymi paseczkami wołowiny; żeberka marynowane w chili i kawie. Dodać jednocześnie muszę, że choć trafiliśmy tym razem na trochę zamyśloną kelnerkę, to obsługa pubu jest bardzo przyjazna, pomocna i sprawna. Jednym słowem - naprawdę fajny wieczór w promocyjnej cenie. Myślę, że wielu uczestników Fiesta Mexicana powróci prędzej czy później do Someplace Else, aby wypróbować ich codzienną kuchnię.

Jedzenie: 4
Obsługa: 4-
Wystrój: 4-
Jakość do ceny: 5-


KOSZTORYS DLA 6 OSÓB:
Wielki Meksykański Stół dla 6 amigos (quesadillas, fajitas, chili con carne, tortilla, sosy salsa, chleb dyniowy, żeberka marynowane w chili i kawie, sałatki i desery + Corona dla wszystkich) - 160 zł.

KOSZTORYS DLA 2 OSÓB:
Sałatka z liści kaktusa, awokado, papryczki chili i pomidorów koktajlowych z dodatkiem kremowego sera koziego i owocowej salsy - 24 zł
Szpinakowe Quesadillas z jalapeno zapiekane z serem - 12 zł.
Zupa z pieczonych pomidorów z dodatkiem tequili podawane z serem requeson - 10 zł.
Grilowane papryczki jalapeno faszerowane serem z marynowanymi paseczkami wołowiny - 15 zł.
Corona 0,33 x 2: 16 zł.
Suma: 77 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 4.00

ADRES: Poznań, ul. Bukowska 3/9 (Hotel Sheraton)

Bookmark and Share

wtorek, 6 października 2009

CACTUS FACTORIA restaurante & cafe / ocena 3.75

W niedzielę głód dopadł nas wyjątkowo w okolicach 22:00. Nie zniechęceni późną porą wyruszyliśmy na poszukiwanie miejsca, gdzie nas nakarmią. Nie było jednak łatwo. W ten dzień większość restauracji zamyka swe podwoje właśnie pomiędzy 22:00 a 23:00. W końcu jednak trafiliśmy do Cactus Factorii, która otwarta była do ostatniego klienta.

PS Opis drugiej wizyty znajdziecie tutaj.



ONA:
W niedzielę wieczorem każda knajpa wydaję się trochę senna. Zmęczona po pracowitym weekendzie obsługa czeka na koniec pracy. W sumie wcale się temu nie dziwię. I choć do Cactus Factorii trafiliśmy właśnie w taki senny, niedzielny wieczór, prawdopodobnie z miejsca zyskując status upierdliwego klienta, obsłużeni zostaliśmy bardzo przyjaźnie.

Eklektyczne wnętrze przywołuje wiele skojarzeń. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że osoba, która wykonała projekt wnętrza zaczytywała się wówczas w Stendhalu (dominujące barwy: czerwone i czarne). Niektóre dekoracje wydają się być swobodną adaptacją motywów secesyjnych (podświetlane elementy w narożnikach przejść, nawiązujące formą do witraży, czy pojawiające się wszędzie motywy roślinne ). Równie dobrze kwiatowe dekoracje mogą odwoływać się do stylistyki tapet z lat 60. Kolorystyka wnętrza oraz ściany obite grubym, czerwonym pluszem z powodzeniem oddają także buduarowy klimat paryskiego kabaretu we współczesnej odsłonie. Ten stylowy przepych zadomowił się na trzech piętrach kamienicy, przy czym ostatnie piętro zaadaptowane zostało na potrzeby przestrzeni klubowej.

Ze względu na późną porę zdecydowałam się na lekki posiłek: zupa + sałatka. Krem ze świeżych pomidorów wzbogacony delikatną pikanterią musu z gorgonzoli był naprawdę udany. Brakowało mi tylko ostatniego szlifu w postaci bardziej efektownego sposobu podania. Brak ten nadrobiła wybrana przeze mnie sałatka, która składała się z pokrojonego w kostkę awokado, pomidorków koktajlowych i wędzonego łososia z sosem vinaigrette i cząstkami limonki. Podana została w wydrążonych połówkach awokado i udekorowana sporą porcją kiełków lucerny. Choć sałatka niczym nie zaskakiwała, była smaczna. Na minus muszę policzyć fakt , z którym już dawno nie spotkałam się w żadnej restauracji - do sałatki nie podano pieczywa. Owszem, do wszystkich dań można było domówić bułki lub tortille, niemniej w przypadku sałatek bezpłatną, niewielką porcję pieczywa uważałam dotychczas za standard.

Choć „bogate” wnętrze Cactus Factorii ma zapewne tyle samo zwolenników co przeciwników, to warto tu zajrzeć chociażby dla jedzenia, które jest na przyzwoitym poziomie (meksykańska i hiszpańska kuchnia fusion). Atutem jest również duża powierzchnia lokalu, dzięki czemu udaje się znaleźć tu miejsce dla kilku osób nawet w sobotni wieczór.

Jedzenie: 4-
Obsługa: 3+
Wystrój: 4
Jakość do ceny: 4-



ON:
Cactus Factorię mijałem wielokrotnie podczas przemierzania poznańskiej starówki, jednak jakoś nigdy nie wszedłem do środka. Myślałem przy tym, że ten niepozorny lokal, to mała knajpka, a nie trzypiętrowa restauracjo-kawiarnia z własną salą klubową. Co do wystroju wnętrza, to jest on  nowoczesny i utrzymany w odcieniach czerwieni. Po przejrzeniu bogatego menu, zdecydowałem się na Azteca tomate, czyli bardzo dobrą i bardzo pikantną zupę  pomidorową z kurczakiem, serem i nachos. Choć mieszanka tych składników może wydawać się zbyt oryginalna,  to zapewniam, że jest bardzo pyszna i polecam ją wszystkim  miłośnikom pikantnej kuchni, do których sam należę. Warto przy tym zwrócić uwagę na fakt, że średnia porcja zupy (do wyboru jest również duża)  w zupełności wystarcza dorosłemu mężczyźnie. Na drugie danie wybrałem schab diabelski - zapiekany z papryką i kukurydzą od wewnątrz, a polany sosem z zielonego pieprzu od zewnątrz. W zestawie były też ziemniaki oraz warzywa gotowane. Choć schab był bardzo dobrze wypieczonym kawałkiem wieprzowiny, to rozczarował mnie trochę nijaki sos. Myślę jednak, że to wina wybornej zupy, która podniosła znacząco poprzeczkę moich oczekiwań. Na koniec muszę wspomnieć o monstrualnych talerzach, które choć trochę niewygodne w użyciu, robią wrażenie i zapadają w pamięć.

Jedzenie: 4-
Obsługa: 4-
Wystrój: 3+
Jakość do ceny: 4



KOSZTORYS:
Krem pomidorowy (średni) – 8 zł.
Azteca tomate (średnia) - 9 zł.
Sałatka awokado – 24 zł.
Schab diabelski w sosie pieprzowym – 32 zł.
Żywiec 0,5 x 2 – 14 zł.
Suma: 87 zł.

ŚREDNIA NASZYCH OCEN: 3.75

ADRES: Poznań, ul. Ślusarska 5

Bookmark and Share

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...