poniedziałek, 19 lipca 2010

Rozstrzygnięcie wakacyjnego konkursu Zjeść Poznań i GOKO Restauracji Japońskiej

Konkursowe prace przyszło nam oceniać po raz pierwszy w życiu. Nie mając tego doświadczenia, byliśmy przekonani, że standardowa formułka o wyrównanym poziomie jest tylko wyświechtanym frazesem serwowanym na pocieszenie. Tym razem, musimy się jednak pod tymi słowami podpisać. Każda z nadesłanych recenzji miała w sobie coś. Od niebanalnej formy, przez kulinarny znawstwo, po świetny język. Staraliśmy się jednak wybrać te recenzje, które miały po trochu każdego z wymienionych elementów. Nie obyło się przy tym bez drobnych utarczek w kwestii naszych faworytów. Do końca nie byliśmy zgodni kto powinien wygrać, dlatego o pomoc poprosiliśmy osoby, które już kilka razy towarzyszyły nam na restauracyjnym szlaku. Ostatecznie, chcąc docenić wysiłek każdego z Uczestników konkursu, wraz z GOKO Restauracją Japońską przygotowaliśmy dla Was małą niespodziankę, o której poinformujemy via e-mail. Przede wszystkim gratulujemy jednak Zwycięzcom, których trzy wyróżnione recenzje zamieściliśmy poniżej. Przypominamy też, że do jutrzejszego południa trwa zabawa dla naszych znajomych na Facebooku, w której można wygrać zaproszenie do GOKO o wartości 50 złotych. Przy okazji warto wspomnieć, że 73% Czytelników potwierdziło w ankiecie, iż odpowiada im idea zaproponowanego konkursu (13% było na nie, a kolejne 13% miało mieszane odczucia). Jest to dla nas wyraźny sygnał na przyszłość, że jednak warto :)


I wyróżnienie - Indian Ocean – "Odświeżająca bryza z Indii na poznańskich Ratajach" (fakcja)

Obiad absolutoryjny w gronie rodziny to już powoli „klasyk” z gatunku zbiorowych wyjść do restauracji. Czasem wymuszony kompromisem związanym z tradycyjnym gustem babci Geni, oferuje raczej przewidywalne doznania smakowe i nierzadko ciężką atmosferę wśród uczestników, a co gorsza w żołądkach. Obiad po obronie, w gronie towarzysza życia (i to jeszcze proweniencji wyspiarskiej) i najbliższych przyjaciół okazał się zaskakująco owocną alternatywą.

Chcąc wynagrodzić i nagrodzić roczne starania magistrantki uwieńczone pełnym sukcesem obrony pracy i (niestety) lekkim niedosytem związanym z tą prawie-prawie-bardzo-dobrą oceną za studia, postanowiłam zaprosić ją i pozostałych troskliwych członków grona towarzyskiego na ucztę dla podniebienia. Poszukując jakiś czas temu nowych knajpek w Poznaniu na wszystkim-znanym serwisie gastronomicznym, natknęłam się na miejsce o zachęcająco brzmiącej nazwie Indian Ocean (dotychczas bez recenzji). Lokalizacja wydała mi się jednak na tyle dziwna (os. Czecha 73), że dłuższy czas zajęło mi upewnienie się czy na pewno chodzi o Poznań. Zaiste, w okolicy naszpikowanej monotonnymi blokami i komplementarnymi do nich „pawilonami handlowymi”, gdzie panie w jaskrawych „topiczkach” (chodzi oczywiście o „top”..) sprzedają „1001 drobiazgów” mieści się malutka knajpka karmiąca gości jedzeniem przyrządzanym przez pochodzących z Indii kucharzy. Kierowała nami nie tylko chęć ponownego spałaszowania prawdziwego curry czy tikka masala, ale także ciekawość przekonania się na własne oczy jak radzą sobie Hindusi na Ratajach, a może raczej - jak Rataje radzą sobie z hinduską strawą.

Po dotarciu do wcale nie aż tak oddalonego od centrum miejsca (choć przyznam, że potrzebna jest zarówno determinacja, jak i miłość do tej określonej kuchni), zastaliśmy mikroskopijną, utrzymaną w intensywnej, oranżowej kolorystyce przestrzeń, w której z radością pałaszowali jedzenie - sic! – Hindusi. Ponieważ knajpka ma jedynie dwa stoliki, a obecni klienci zajmowali ten większy, ogarnęło mnie przerażenie, że będziemy zmuszeni okupować któryś z lokalnych trawników przedblokowych. Ale szalenie miła pani kelnerka/kucharka (zaraz po przyjęciu zamówienia zniknęła na zawsze w czeluściach kuchni) oznajmiła, iż „przyjaciele restauracji” z chęcią przesiądą się do mniejszego stolika i tym sposobem ulokowaliśmy się przy oknie z widokiem na trawę i blok J Przejrzyście mile dla oka zaprojektowane menu w postaci pomarańczowej ulotki trafiło do naszych rąk już przy wejściu, więc „czem prędzej” postawiliśmy na szybkie dokonanie wyboru. Wśród przystawek kusiło wszystko – zarówno samosa (i tu od razu warto zaznaczyć, iż nie miały one nic wspólnego z twardymi kulami serwowanymi w popularnym wegetariańskim barze szybkiej obsługi) z ręcznie robionym, świeżym nadzieniem, jak i spring rolls, a w szczególności serowe bhaja. Z takimi miałam okazję dotychczas spotkać się jedynie w formie cebulowych krążków, więc miłym zaskoczeniem była odmiana nabiałowa. Z braku grupowej decyzyjności, zamówiłam dla wszystkich plater wszystkich przystawek, który miał nam zresztą posłużyć jako tester możliwości kulinarnych tego miejsca. Na zdecydowany + muszę ocenić samosy, które, choć wielkości wnętrza dłoni, imponowały przede wszystkim detalicznie opisanym w menu delikatnym nadzieniem, i co ważne, nie ociekały tłuszczem, mimo, iż smaży się je w głębokim (tłuszczu). Spring rolls nie zdobyły mojego serca tak jak samosy (głównie ze względu na dominującą kapustę, za którą nie przepadam), ale na duży plus zasługuje ich chrupiące ciasto oraz świeżość składników. Serowe bhaja nie okazało się hitem obiadu, głównie ze względu na temperaturę, jaką kryło wewnątrz ciasta z ciecierzycy (parzy, oj, parzy!), ale także przez nieco mdły smak fundowany prawdopodobnie nieprzyprawionym serem. Maczane jednak w miętowo-jogurtowym chutneyu – zyskiwały na bogactwie smaku i ostatecznie oceniam je jako ciekawe, acz niepowalające. W dziale „Rozmaitości” Indian Ocean oferuje tradycyjne chlebki Naan, Puri i Papadum. Naan czosnkowy był zresztą jednym z powodów, dla których udałam się do Indian Ocean, tym bardziej więc nie kryłam rozczarowania gdy pani kelnerka/kucharka poinformowała mnie z żalem, że niestety nie ma go dziś, bo już się skończył (a jednak – Rataje to zagłębie Hindusów!). W ramach alternatywy zamówiliśmy chrupiące wafle Papadum z miętowym i czosnkowym chutneyem. Moje wspomnienia smakowe Papadumu z restauracji hinduskich z Londynu i Nowego Jorku składały się przede wszystkim z chrupkości oraz licznych przypraw uderzających gardło ostrymi nutami. W ratajskich waflach uderzające było polanie ich oliwą z oliwek lub jakimś innym płynnym specyfikiem i stosunkowo mała ilość przypraw. Takie doświadczenie papadumu było mi dane po raz pierwszy, i ostatecznie dobrze je oceniam. Nie jestem jednak pewna co do konsystencji chutneya, który bardziej przypominał śródziemnomorską salsę niż gęsty sos indyjski, i może był też odrobinę za kwaśny (mimo tego, że osobiście gustuję w smakach kwaśnych).

Na dania główne przyszło nam czekać dłuższą chwilę, jednak w ogóle mi to nie przeszkadzało, po pierwsze ze względu na doborowe towarzystwo, po drugie z przekonania, że potrawy przygotowywane są na bieżąco po zamówieniu, o czym zapewniła nas (zgodnie z prawdą) pani kelnerka. Niezbyt ogarnięty kelner (wybaczam mu, bo wyglądał na nowicjusza) nie dowiedział się, które potrawy są tymi celowo ostrzejszymi, ale w toku prób i błędów udało się podzielić zamówienia wśród głodujących (tu mam na myśli głównie siebie). I tak na naszym stole wylądowały Chicken Tikka Masala, Tandoori Chicken, Chicken Curry i Wegetariańskie Curry oraz ryże basmati, safron i pilaw (pilau). Nie jest mi dane ocenić osobiście dań mięsnych, ponieważ jestem wegetarianką, ale z opinii pozostałych smakoszy kuchni indyjskiej płynęły same pochlebne epitety. Szczególnym uznaniem cieszył się Tandoori Chicken, czyli kurczak w imbirze, kuminie i papryce, o charakterystycznym, buraczanym kolorze podobno kryjącym w sobie bogactwo smaków przypraw i delikatność mięsa. Wegetariańskie Curry, mimo tego, że przysięgam „zjadłabym wtedy konia z kopytami”, wydało mi się najmniej atrakcyjne, głównie ze względu na rzadką konsystencję zapewnioną przez jogurt, a nie śmietanę. Podczas następnych wizyt czekają na mnie jeszcze dwa wegetariańskie dania główne – Butter Beans Curry i Ziemniaczane Curry – przyznam szczerze, że już nie mogę się ich doczekać. Rozpędzeni w testowaniu hinduskich smaków w Poznaniu, chcieliśmy domówić jeszcze tradycyjny hinduski Gullab Jamun na deser, ale spotkała nas podobna sytuacja jak z chlebem Naan.

Podsumowując, uważam, że jedzenie w Indian Ocean jest naprawdę dobre, a co najważniejsze – niedrogie. Obiad dla 5 osób z napojami i przystawkami kosztował nas (-10% dla jeszcze-studentów) niecałe 120 zł. Kelnerka/kucharka płynnie mówiła po angielsku, była otwarta i bardzo miła, nie stwarzała nam żadnych problemów ani ograniczeń i oferowała swoją wiedzę w zakresie potraw z menu. Obsługujący nas później kelner był trudniejszy w kontakcie, ale na tyle niezauważalny, że ostatecznie nie sprawił nam zawodu. Przez cały czas pobytu z głośników sączyła się miła, bollywoodzka muzyka, a nie, jak można by się spodziewać – uciążliwe radio. Niewielką, nieco klaustrofobiczną przestrzeń łagodzi dominujący oranż i ociepla atmosfera domowego, rodzinnego „interesu”, gdzie na zdjęciach ze ścian spoglądają na gości prawdopodobnie bliscy właścicieli sportretowani w Indiach w czasem intymnych, rodzinnych sytuacjach. Na szczęście właściciele Indian Ocean nie dali się skusić przaśnym, jarmarcznym klimatem charakteryzującym się drewnianymi słoniami wielkości donic dla palm, a postawili na przytulną mikro-knajpkę z nastawieniem na klienta „takeaway”. W Indian Ocean oferują także dowóz jedzenia na terenie całego miasta. Zaskakujący dla mnie jednak był fakt, że większość klientów (a wierzcie mi, było ich wielu podczas naszej wizyty) wolała odwiedzić lokal by zamówić jedzenie na wynos, co złożyło się na moje jeszcze bardziej pozytywne wrażenia z tego miejsca, bo oznacza, że Indian Ocean ma „to coś”, co powoduje, że chce się do niego wracać. I ja na pewno tak zrobię, bo miejsce to, mimo swojego oddalenia od centrum, „trafia w dziesiątkę” ze swoim przemyślanym menu, cenami i klimatem, a dodatkowo wpisuje się w niszę kuchni orientalnej w naszym mieście, kuchni na prawie każdą kieszeń osoby o orientalizującym podniebieniu.


II wyróżnienie - Castello Restaurant  (Palermitan)

Choć jeszcze nie w pełni przyzwyczailiśmy się do iście sycylijskiej pogody, jaką możemy się rozkoszować od ponad tygodnia, to ostre słońce w żaden sposób nie zniechęciło nas do degustacji nowych smaków i odwiedzania nowych miejsc nieopodal Starego Rynku. Celowo porównuje klimat do tego z wyspy południowej Italii, bowiem nasze oczekiwania kulinarne krążyły od jakiegoś czasu wokół tamtejszej kuchni.

Tego specyficznego wieczoru, kiedy gdzieś w tle, Niemiecka drużyna zażarcie starała się pozyskać brązowe miejsce na podium, udaliśmy się do nowo otwartej restauracji przy ul. Zamkowej, trzymając w ręku kupon z jednego z portali zakupów grupowych - ot tak, na próbę. I choć staraliśmy się podejść do tego lokalu z otwartym umysłem i bez uprzedzeń, to tuż po wejściu poczuliśmy się, jakby wszystkie nasze zapatrywania i subtelne nadzieje na to, że lokal będzie choćby na podobnym poziomie, co jego poprzednik, zawiodły. O tym jednak za moment.

Warto w tym miejscu nadmienić, jak Castello prezentuje się z zewnątrz. Zatem, na stosunkowo stromym i nierównym, brukowanym chodniku zostały ustawione trzy mini stoliki z drewna wraz ze skromnymi krzesełkami, które w żaden sposób nie zachęcają do zatrzymania się przy nich na dłużej. Fasada została ograniczona do minimalistycznej szyby, na której szczycie figuruje logo restauracji na czarnym tle. I choć skojarzenia z nazwą lokalu ("zamek") są raczej odległe, to powstrzymaliśmy się przez chwilę od oceniania go po okładce.

Wewnątrz lokalu, pierwszą rzeczą, która uderza w gości jeszcze zanim przetrą oczy ze zdumienia (a wydźwięku tej czynności można się tylko domyślać), jest drastycznie nasilony zapach nieświeżego oleju, zagłuszający wszystkie inne zapachy. Jeśli próżno oczekiwać, że wrażenia zapachowe będą nas oczarowywać, to może warto byłoby przynajmniej liczyć na wrażenia estetyczne. Trudno tutaj nawet opisać stopień zmieszania, jakie wywołuje bliższa analiza wzrokowa choćby samych ścian w Castello. Rustykalne, swojskie, przyjazne i przytulne niegdyś wnętrze przepoczwarzyło się w mgnieniu oka w coś, co moja towarzyszka opisała skrótowo jako "klubowy wystrój aspirujący do lokalu na PKP". A gdyby te słowa nie wystarczyły, Castello przypomina raczej zaciemniony loch o szarych ścianach bez wyrazu, z bordowymi dodatkami z plexi, czarnymi stołami z wyjątkowo taniego, chropowatego plastiku, udekorowanymi mizerną kompozycją kilku kwiatków i bordowymi kanapami, oddzielonymi od siebie niczym loże w przeciętnym klubie. Te rzeczy widać nawet bez zagłębiania się w szczegóły. Dorzucając do tego kartę win... pochodzących wyłącznie z Hiszpanii, w restauracji serwującej teoretycznie "włoską" kuchnię, czy wielki ekran LCD w rogu lokalu, wyświetlający teledyski i odpowiedzialny za muzykę...klubową, otrzymujemy nieoceniony wstęp do dramatu. Bezcelowe jest wodzenie wzrokiem, w celu odnalezienia przynajmniej jednego fragmentu korespondującego z "włoskim charakterem" w owym przedsionku zaciemnionego inferna, gdzie o klimatyzacji mało kto kiedykolwiek słyszał.

Po zajęciu miejsc przy stoliku powitała nas miła kelnerka, przynosząc pospiesznie karty i sprawiająca wrażenie przepracowanej. To w zasadzie nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na cały lokal przypadała tylko jedna osoba obsługująca, co może się sprawdzać przy małym ruchu (nota bene panującym w Castello w momencie naszego przyjścia), jednak kilka chwil później zaczęło wręcz przeszkadzać. Nie czekając zbyt długo, by nie przesiąknąć nieprzyjemnym zapachem tłuszczu, zamówiliśmy jedynie dania główne - tagiatelle w wersji sycylijskiej z serami i brokułami, spaghetti frutti di mare oraz wodę gazowaną, by nie mieszać smaków. Po chwili na stoliku pojawił się barowy koszyczek z syntetycznego materiału, zawierający sztućce, wzbudzający w nas pewien niepokój. Wierzyłem, jak się później okazało - ślepo - że zostanę jeszcze zaskoczony czymś pozytywnym podczas tej wizyty. Finalnie, makarony okazały się potężnym rozczarowaniem i fiaskiem kulinarnym, potęgując aurę niezadowolenia. Obie propozycje były rozgotowane, przygotowane niedokładnie i...po prostu bez wyrazu. Tagiatelle wręcz prosiło się o większą ilość brokułów, bez których było zwyczajnie mdłe, a spaghetti w połączeniu z lekko rozgotowanymi owocami morza z mrożonki dosyć stanowczo zniechęcało do konsumpcji. Oba dania zostały podane na talerza o kształcie lekko zbliżonym do kształtu logo, lecz nawet znaczna gramatura tego, co się na nich znajdowało, nie przemawia jednak na korzyść kuchni. W końcu, o wiele lepsze byłoby doskonale przygotowane danie, lecz o mniejszej objętości. Jak się pewnie domyślacie, nasze talerze pozostały po części nietknięte, a po wyjściu jeszcze przez dłuższy czas w ustach dominowało zdegustowanie.

Podsumowując tą wizytę, stwierdziliśmy, iż zdecydowanie nie warto polecać nikomu z naszych znajomych tego lokalu, nawet jeśli mieliby okazję zamawiać za pół ceny. Wystrój może być zależny od gustu, preferencje zapachowe także, ale jeśli te dwa elementy zawiodą - to oferowane jedzenie jest ostatnią deską ratunku, niestety nieobecną w Castello.

Uwzględniając system ocen, zbliżony do tego, stosownego przez autorów bloga Zjeść Poznań, przyznaliśmy następujące noty:

Jedzenie: 2
Obsługa: 3+
Wystrój: 2-
Jakość do ceny: 2


III  wyróżnienie - U mnie, czy u ciebie (Pina)

Pomówmy o miejscu, które zapewne z założenia ma być odpowiedzią na dość powszechny problem: Gdzie się spotykamy? U mnie? U ciebie? Wniosek jest prosty: w „U mnie czy u ciebie”.

Kawiarnio-restauracja położona w ścisłym centrum Poznania (dosłownie! – bo skrzyżowanie ulic Gwarna i święty Marcin ma być ponoć samiutkim środkiem tego miasta!). Z ruchliwej ulicy wchodzimy do przytulnego wnętrza urządzonego ze smakiem w jednej ze starych kamienic. Miejsce sprzyja rozmowie i spotkaniom w niewielkim gronie przyjaciół – nastrojowa muzyka, przyciemnione światło i fotograficzne parawany pomiędzy stolikami zapewniają prywatność i relaks.

Ponoć bardzo znane miejsce na kulinarnym szlaku Poznania, w którym można zjeść przede wszystkim to, co w Wielkopolsce najlepsze – ziemniaki pod każdą postacią.

My jednak postawiliśmy na coś bardziej wyszukanego, przepisując bezpośrednio z menu zamówiliśmy: udziec z indyka pieczony z jabłkami, podlany rumem, z modrą kapustą i pyzami; tilapię panierowaną w sezamie i chilli z dipem orzechowym i z warzywami po tajsku; zupę krem dyniowo-kokosowy i dwa małe piwa.

Zupa ku mojemu zdziwieniu została podana w wysokiej szklance z uszkiem. Dość niekonwencjonalny i mało praktyczny pomysł. Ciężko jeść dużą łyżką stołową, a nie da się jej po prostu wypić, bo za gorąca. W każdym razie smaczna – choć ani dynia, ani kokos nie były wyczuwalne. Gdyby nie świadomość tego, o co prosiłam, nigdy nie zgadłabym co właśnie jem.

Dania główne okazały się być bardziej udane. Udziec aromatyczny i kruchy, pyzy puszyste, a kapusta bardzo dobra. Ale jabłka! Pokrojone w cieniutkie plasterki, pieczone na maśle, po prostu rozpływały się w ustach. Jak dla mnie za cały obiad starczyłby duży talerz tych jabłek – dawno nie jadłam czegoś tak smacznego! Dla nich samych warto tam zajrzeć!

Tilapia chrupka od sezamowej panierki, bardzo dobrze smakowała z podanym sosem. Warzywa jednak jak dla nas niezjadalne – za dużo marynaty i za bardzo tajskie dla polskich podniebień. Do tego z trzech dodatków do wyboru zamówiłam ziemniaki pieczone. I słusznie właśnie to warzywo ma być wizytówką miejsca, bo okazało się być najlepsze ze wszystkiego co zostało podane na talerzu. Młode ziemniaczki pokrojone w półksiężyce pieczone najwidoczniej na świeżo, a nie – jak to zwykle bywa – po wcześniejszym rozmrożeniu. Pycha!

Porcje były na tyle duże, że ze spokojem można było wszystko zjeść i się najeść – nie dojadając później, ale też nie zostawiając połowy z przejedzenia.

Jeśli zaś chodzi o obsługę, to była miła, acz niekompetentna. Postanowiliśmy więc przyjąć, że dopiero się przyucza do pracy, żeby nie tracić żółci na narzekanie na to, że jedno z nas już zdążyło zjeść swoje danie, zanim drugie dopiero swoje dostało. Na szczęście najedzeni jesteśmy wyrozumiali, choć obyło się bez napiwku.;)

Łącznie portfel zelżał o 68 złotych.

Podsumowując więc wizytę Waszym wzorem:

Jedzenie: 4
Obsługa: 4
Wystrój: 5
Jakość do ceny: 4

Pewnie jeszcze tam wrócimy!

7 komentarzy:

bobrzyca pisze...

gratuluje Zwyciezcom!!!

mysle, że dokonaliście (Wy, czyli jury:) właściwych wyborów. Miło poczytać, uważajcie, rośnie Wam konkurencja ;)

slavkosnip pisze...

Ciekawie napisałas tak od podszewki o kulisach konkursu:)

Ania pisze...

ykhm, będę się czepiać, "zamówiliśmy jedynie dania główne - tagiatelle w wersji sycylijskiej z serami i brokułami, spaghetti frutti di mare". Pasty w kuchni Włoskiej to dania pierwsze, nie główne.

Fakcja pisze...

Bardzo dziekuje autorom bloga za I wyróżnienie - naprawdę je doceniam, tak jak i mam nadzieję, że moje podniebienie doceni restaurację GOKO, której tez mogę podziękowac, że chce mnie goscic w ramach sponsoringu w swoich progach. Gratuluje takze laureatom II i III miejsca - może spotkamy sie w GOKO :-) Cieszę się, że mogłam rozpropagować kuchnię indyjską na Ratajach.

Anonimowy pisze...

Ania: masz rację, pasty są uznawane za primi piatti, natomiast w karcie Castello nie ma takiego rozróżnienia, dlatego tak zostało to ujęte w recenzji. Mimo wszystko, słuszna uwaga.

Pozdrawiam,
Palermitan

Martucha pisze...

Autorka 3. recenzji chyba nie zauwazyla iz restauracja "u mnie czy u ciebie" przeszła ostatnio metaomorfoze za sprawa zmiany wlasciciela. Nie podaje sie juz tam dan ziemniaczanych, a do menu wkroczyly nowe smaki - tajskie, orientalne, których wczesniej tam nie było. Zmiany nie widac praktycznie we wnetrzu, ale wnoszac po opisie opoznienia w podaniu dan (przeciez to niedopuszczalne w restauracji!) wraz z wlascicielem musiała zmienic sie takze obsługa kelnerska...

Monika pisze...

Jeśli chodzi o Castello, byłam tam ostatnio (również w ramach promocji, o której pisze recenzent) i przyznaję, że daleko jej do doskonałości. Sałata z szynką parmeńską okropna. Szynka wyglądała i smakowała tak, jakby pochodziła z opakowania próżniowego z supermarketu. Szparagi z puszki. Sałata obficie zlana kiepskim octem. Pełna obaw przystąpiłam do dania głównego - pierś z kurczaka faszerowana suszonymi pomidorami. O dziwo to danie akurat bardzo mi smakowało, ale przyznaję, że może być jednym z nielicznych, które kucharz potrafi przyrządzić. Innymi słowy - cieszę się, że poszczęściło mi się z tym kurczakiem, ale do Castello nie wrócę. Pozdrawiam, Monika!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...